MISTRZOSTWA DEKADENCJI
Powiedz mi jak się upada
Tak z wdziękiem i po cichu
Skrzydła tracą pióra
A głowy wypełnione są wrzącym piorunem
Patrz do cholery
Kryształ, który na początku
Otrzymaliśmy
Roztapia się teraz w niezgrabnych dłoniach
I jakoś grząsko pod stopami, jakby ziemia upominała się o swoje prochy
Powiedz mi
Co nas dręczy, co przechodzi
Zastygamy pośród śnieżyc
I meta już nieaktualna
Spłowiałe sztandary i kości z gwizdkiem
My, którzy wspinaliśmy się tak dzielnie
Chcemy spocząć teraz w bramie jak kloszard nieznany
Jak ściek w kanale
Kiwamy głową ze wstrętem i znużeniem
Rzucamy wszystko na pożarcie
Na miłość boską
Ile wytrzymacie!
Powiedz ile trwa to upadanie
I czy potem jest tylko biel
Czemu usilnie zaciskasz nasze dłonie?
Naznaczone artretyzmem bezsilności
Jak lajki nad tandetą
Jakbyś wierzył, że to co nieudolne
Jest do czegoś jeszcze zdolne
Usilnie wmawiasz, że jest jutro
Stos niezmytych naczyń
Czystych szyb, zza których znów będziemy marzyć
Ktoś wspomni kawał, ktoś się wyżali
My nawet nie odpowiemy,
Nie jesteśmy tak wytrwali
Któż zliczy te ziarna piachu
Które wysypują się nam z rąk
Jedyne co możemy, to
Zsypać resztki z szali
Niech ktoś inny ma
Swój cement

Komentarze
Prześlij komentarz