LALKA

BIEDNY PAN WOKULSKI

 

Pamiętam, jak w szkole przerabialiśmy „Lalkę”. Dla wielu z nas, znudzonych już mocno wydumanymi abstrakcjami Słowackiego czy zbyt patetycznymi frazami Mickiewicza, ta historia o bogatym kupcu, który stworzył siebie od nowa (self-made man) była naprawdę czymś ożywczym a może nawet inspirującym. Nawet ci, którzy nie przepadali za językiem polskim mówili, że wreszcie jest coś do poczytania, bo wcześniej to jakieś poetyckie pierdoły, jakieś widma duchy i nie wiadomo, jak w ogóle to ogarnąć…zwłaszcza w arkuszu maturalnym, gdzie liczy się przecież ścisłość wypowiedzi. Chociaż w tamtym nerwowym czasie przygotowywania do matury trudno było tak po prostu się zrelaksować nad książką, gdy jeszcze były inne przedmioty do zaliczenia. Zestresowany młody czytelnik nie tyle skupiał się nad urodą języka, urokiem historii, tylko patroszył tekst, szukając potrzebnych motywów, tropów, które miał odpowiednio przedstawić podejrzliwej pani polonistce. A jak pominąłeś któryś z nich. Raaaaaany boskie. Giń przeklęty. Tragedia! Dopiero po latach, gdy człowiek ma już za sobą te wszystkie stresy, wypracowania, kartkówki, ten absurd odpowiadania wedle klucza na to czy tamto pytanie na wielce POWAŻNYM EGZAMINIE MATURALNYM. Dopiero wtedy można spokojnie usiąść z kubkiem herbaty czy szklanką czegoś mocniejszego, włączyć audiobooka albo otworzyć sobie książkę i chłonąć kolejne fragmenty tej niezwykłej historii.

Rozejrzyj się panie dookoła, nadstaw uszu, jak tu wszyscy o wszystkich plotkują, rozmawiają, dysputują. Jest o czym! Bo wojna, bo polityka, bo interesy, romanse, wynalazki i oczywiście kondycja tego społeczeństwa. Trzeba zająć czymś myśli i języki. Uciec od własnego życia i zatopić w cudzych skandalach, gdy ktoś odważył się tak bezczelnie żyć inaczej. A o Wokulskim wciąż można dyskutować. To chyba jeden z najbardziej fascynujących bohaterów literatury polskiej. Wciąż przywoływany w tym czym innym kontekście, obstawiany tak chętnie na corocznej maturze. Po prostu fajnie o nim gadać i fajnie o nim pisać. Ta postać jak żadna inna otwiera tyle furtek wyobraźni, że aż się nie obejrzysz, a już masz kolejny esej, recenzję, felieton czy pracę magisterską. Znów go śledzimy. Idzie zasępiony pan Wokulski. O czym tak myśli? Dobrze wiemy. Ale co za rozkosz odkrywać to na nowo. Metal lżejszy od powietrza. Co za piękna wizja. Unieść się ponad ten cały zgiełk i brud społeczny. Zobaczyć więcej albo w ogóle odfrunąć gdzieś w nieznane, gdy tu na tym padole człowiek wciąż nieszczęśliwy, niedoceniony, niekochany przez tą jedyną. Snuje się zamyślony jak zjawa w tym drogim płaszczu. Podpiera się elegancką laską. Doskonale zamaskował swoje dawne życie. Że niby to teraz taki wytworny pan, prawie arystokrata, choć kiedyś przed laty Wokulscy to była szlachta. A dziś… tylko kupiec. Przebieraniec, strojący się w wytworne piórka. Jednak nie może sobie kupić upragnionego szczęścia, więc kupuje je innym. Ot taki skutek uboczny wewnętrznego konfliktu między romantyzmem a pozytywizmem. Patrz pan jaki mecenas! Jak chce inwestować w to lub tamto. Ale jednak jego inwestycje są wyjątkowe. Inwestuje bowiem przede wszystkim w człowieka, nie chcąc przy tym urazić jego godności. Nie zamierza rozdawać pieniędzy na lewo i prawo, chociaż z tą kamienicą od Łęckich to przepłacił. On daje możliwości, które wyprowadzą upadłą istotę z tej krainy niebytu. Bo tylko w pracy, procesie, rytmie odnajdzie ona spokój. Zbawca jakich mało na tym padole egoizmu. Inżynier i architekt społeczny, który patrzy głębiej. Na pewno uważniej niż subiekt, pan Klein, który tak bardzo zapatrzył się w socjalizm.

Stanisław zawsze widział więcej, tak, jakby stał na szczudłach albo unosił się w powietrzu i obejmował wzrokiem całą panoramę społeczną od tych nadętych arystokratów po biedaków leżących na ulicach jak jakieś śmieci. Nie dziwne, że ktoś patrzący tak daleko, szybko dorobił się majątku. Obserwować i przewidywać, skąd zawieją wiatry — to dobre cechy biznesmena. Mógł wprawdzie zostać uczonym, inżynierem i budować jakieś niezwykłe maszyny, a w wolnych chwilach zapisywać swoje filozoficzne rozterki, ale wybrał coś innego – biznes, kupiectwo. Gdy kupuje się od kogoś taniej, by sprzedać komuś drożej. Nic specjalnego, nic twórczego, ale przynajmniej pewny kawałek chleba. Wystarczyło się wkupić w łaski Minclów. Tak, to może ten największy wstyd Stasia, który rozpoczął swoją karierę od bogatego ożenku, by potem już rozwijać się coraz bardziej i pokazać ludziom, że on to jednak potrafi robić pieniądze. Midas jakiś! Niech wiedzą. Ale ile można tak udowadniać swoją wartość? Czy to nie słabość charakteru? A może słabość do kogoś?

I do kogo on tak wzdycha, komu podporządkował całe swoje działanie? Tej niewzruszonej, rozpieszczonej Izabeli Łęckiej, w której imieniu rezonuje włoskie „piękno” czyli „bella”. Bella tu, bella tam. Najpiękniejsza ze wszystkich dam. Spróbuj zadać temu kłam. A tu w sklepie bela z płótnem. O kim teraz mowa? Wybacz roztargnienie. Albo ja nie widzę różnicy. Kobieta i odzienie. Pusta bela, bela owinięta konwenansami i drogimi kieckami. Wspierająca się jeszcze na tej chybotliwej, arystokratycznej dumie, nieprzeciętna, jaśniejąca w tłumie. Księżniczka czekająca na wielkiego księcia. Jeszcze ma spore szanse do wzięcia. Pan Tomasz Łęcki też liczy na bogatego zięcia. On zapewni Beli wszystko, by w razie kryzysu nie upadła zbyt nisko. Niezdobyta i wyniosła, góra lodowa, zimna i śliska. Na jej twarzy to raz uśmiech, to znowuż jakaś obojętność i o zgrozo… drwina. To jest mina, która wysadzi cię…ze wszystkiego. Czy drwi ona ze mnie, z ciebie? Nie będziemy w niebie. Kto popadł w niełaskę? Ona milczy. Ma na twarzy porcelanową maskę. Jak ją podejść, jak na nią zasłużyć? Jakiego użyć katalizatora, by pokonać obcości potwora. By ta reakcja chemiczna wreszcie zaskoczyła. By ta obca, była dla niego miła. Nie Stasiu, to nie nauka. To równania ludzkich uczuć, które są najbardziej męczące ze wszystkich. Kapryśne, niejednomyślne. Ale nie zaprzeczy Stanisław, że sławny i zamożny stał się niejako przez Belę. Dla niej podporządkował wszystkie swe cele. Ona go inspirowała, by był na tyle bogaty, by teraz wykupywał arystokratyczne graty i stroił się w te wytworne szaty. By wreszcie zasiadł z jaśnie państwem do stołu, tracąc resztki swego humoru, honoru. Pogawędził o tych wszystkich bzdurach, bo przecież nie o pracy i życiowych trudach. Wstrzymał oddech w tym gorsecie nadętej elegancji. Słuchał opowieści o cudownej Francji. Rzucił oczywisty komentarz, pusty żart jak kart. Monotonii elementarz. Co to za życie? Rany boskie! Cmentarz. Masz, czego chciałeś mój drogi Stasiu. Masz tyle pieniędzy. Tyle mocy! Ale wciąż jesteś dla nich właściwie obcy. I co gorsza! Dla siebie również. Jesteś w potrzasku. Dokąd teraz pójdziesz? Czasem na własne troski, najlepsze są cudze problemy. Hrabina Zasławska. Łaska, łaskawa pani. Jakiś dziwny wyjątek w tym wytwornym towarzystwie. Być może jedyna bratnia dusza, która potrafi zrozumieć, bo też kochała. Kochała prawdziwie wuja Stasia, lecz musiała się wyrzec tego uczucia. Ona dobrze wie, czym jest zmarnowana miłość. Czy to ostrzeżenie, czy inspiracja? Czy kochać Izabelę mimo wszystko, czy też kochać inną, wrażliwszą kobietę? Tak by się chciało uratować tego biedaka. Klepnąć w ramię, powiedzieć: daj spokój! To bajka! Wyrwać spod wpływów tej próżnej wiedźmy, Łęckiej. Ale on myśli ciągle o niej. Więcej i więcej. Narkotyk to jakiś czy obsesja, że ona uczyniła z niego swego więźnia. Chyba podświadomie rozkoszuje się tym ideałem dworskiej miłości, niezdobytej, niespełnionej, przy której tylko ogryza kości. Pragnie bronić tylko honoru damy serca, ale nigdy nie znajdzie tego miejsca: sam na sam z nią w świątyni spełnienia. Nie zdobędzie się na tą spontaniczną zabawę, na ten flirt, pocałunek. Niech to robią inni. Młodsi, bezczelni, po stokroć winni. Jak choćby ten Mraczewski albo uroczy Starski. Królowie towarzystwa, co zmieniają kobiety jak maski.

Doktor Szuman tylko wzdycha, wieszcząc jakąś tragedię. Życiem człowieka rządzą takie brednie, że aż szkoda. Szkoda patrzeć jak Stachu w tej melancholii więdnie. Dorobił się majątku, żeby już nie pracować. Tylko jak znudzony flaneur sobie spacerować. Chodzić tu i tam. Myśleć o wszystkich ludziach dookoła i o jednej z wielu dam. Ach po co u diabła uganiać się za tymi spódnicami, rozkoszami, namiętnościami, widmami? Dotkniesz, pocałujesz. I nic. Gdzie ta rozkosz, gdzie to szczęście. Jakiś dreszcz, zmysłów więzień. Koniec. Dajcie mi kieliszek wódki. Następny, następny! Ja nie taki piękny. Niestety. Posępny gbur, a-dur, ciągle spięty, który nie potrafi wyznać wprost, co czuje od głowy po pięty. Jak bardzo się cieszy, jak ją adoruje, miłuje. On tylko płaci, rachunki reguluje i zza kulis kimś podstawionym umiejętnie dyryguje. Nie dla niej takie gierki kierki. Kim ona? Duch jakiś, zjawa. Natchnienie i odraza. Daj już spokój tym torturom duszy. Nadstaw na ploteczki lepiej uszy. Klub kawalerów wita i służy. Doktor Szuman klepie po ramieniu i zaprasza, Ignaś Rzecki coś wspomina i powtarza. Od pogrzebu do ołtarza. Stasiu drogi, ja przepraszam. Że się wtrącam, co tak słychać na dnie duszy. Czy coś wreszcie w tobie ruszy? Ja tak z troski, ja tak czule. Eee, szkoda o tym gadać. Kogo kochać, z kim się bratać. Zgryźliwość, sentymenty. Oto nasze kawalerskie dziś obrzędy. Może lepiej, żebyś nie był z nami tym zajęty. Masz jeszcze szansę na miłość kobiety. Więc gdy to towarzystwo zbrzydnie tak Stachowi, niech spojrzy w otchłań ciekawych nowin. Powabna i piękna. Dawna kochanka naszego Stasia. Nauka — niezawodna pocieszycielka zdradzonego kochasia. Czas wreszcie na wielkie idee. Wreszcie sam sobie będziesz sterem. O tak! No dalej, ruszaj tym pociągiem. Już czekają nauki przyjaciele. Geist, Ochocki. Czy to grzech nosić wzniosłe cele? Nie macie nic do stracenia. Żadnej rodziny, żadnego mienia. Tylko Idea, idea! Wolni patrzycie w niebo, gdzie już szybuje między chmurami ta piękna wizja. To jest cel, to jest misja! Leonardo byłby z was dumny. Śpieszcie się, nie oddawajcie tej idei do trumny. Stan, Stan Sław! Stań się sławny Stasiu! Choć nie zapomnij o starym Ignasiu. Innowacje, technologie. Za tym trzeba iść jak w ogień. Póki jeszcze życia krótki dzień. Aż ona, ta przeklęta! Rzuci cień.

Kręci się karuzela, a na niej lalki-kalki znanych już żywotów. Tańczą tak ze sobą, obracają ręką, głową. Tańczą wokół jednej, samotnie stojącej lalki. Ta jakoś nie znalazła swojej bajki. Któż to wszystko tak nakręcił? Kto te lalki tak na drutach uwięził. Grozę życia w ironiczną pozytywkę zmienił. Kręcą się tak lalki, podskakują wesoło. Jesteś między nimi. Choć masz tak strapione czoło. Przez kogo i dlaczego? Nie odpowiesz nam już nigdy. Lepiej odejść w tajemnicy i zapomnieć o tamtej pięknej spód...nicy, która jak kurtyna zasłoni wreszcie ten smutny spektakl.

 

No i znowu się rozpisałem o Stachu

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

GREG ZORBA. PIĘKNA KATASTROFA

BAJKA O POCIĄGU