BAJKA O POCIĄGU

BAJKA O POCIĄGU, KTÓRY CHCIAŁ BYĆ AUTOBUSEM 

 

Zapowiadał się piękny dzień na wyścig. W blasku słońca lśniły wszystkie małe pociągi, które miały ze sobą rywalizować o tytuł najszybszego. A było o co walczyć, bo zwycięzca miał obsługiwać najbardziej wyjątkową trasę Zielonego Rogu, gdzie czekały go najpiękniejsze widoki i najgrzeczniejsi pasażerowie. Aż chciało się zagwizdać, rozgrzać koła i sunąć po torach jak najszybciej. Pośród sześciu pociągów, które brały udział w wyścigu, na szczególną uwagę zasługiwały tu dwa: Arno i Rufus, które już od dawna ze sobą rywalizowały. To oczywiste, że obaj nie bardzo się lubili. Arno należał do szczególnie wrednych. Podobno miał oszukiwać, choć nigdy tego nie udowodniono. Póki co był on jednym z najszybszych i wszyscy go podziwiali albo bardzo mu zazdrościli.

Cały wyścig miał się odbyć pod czujnym okiem Wielkiej Lokomotywy, która przeciągnęła już bardzo dużo wagonów pełnych różnych pasażerów. To ona ogłosiła uroczyście, że wyścig się zaczął i zadzwoniła swoim złotym dzwonkiem.

Arno i Rufus popatrzyli na siebie groźnie i zagwizdali głośno, po czym ruszyli po torach. Wszystkie pozostałe pociągi, małe i duże w wielkim skupieniu obserwowały zacięty wyścig. Było na co popatrzeć, bo Arno i Rufus jechali cały czas w tej samej linii, jakby byli połączenie, wyprzedzając w tyle cztery pozostałe pociągi. Arno wesoło zagwizdał i nagle z drzewa, pod którym jechał Rufus, spadła gałąź, a tuż obok jakieś wredne, czarne ptaszysko zaczęło stukać w obudowę Rufusa, przez co on sam zwolnił: „sss, buuch, bach”, podczas gdy Arno bez problemu dotarł do mety. Znów się okazało, że to Arno był niepokonany, a Rufus z pozostałymi pociągami musieli się usunąć w cień.

 — Ten Arno zawsze oszukuje! A teraz przez niego stałem się wolniejszym pociągiem! Wyląduję na złomowisku i się rozpadnę. — Zamartwiał się Rufus.

 — Co ty opowiadasz? Jesteś jeszcze tak młodym pociągiem! Jeszcze niejeden raz przegrasz, ale już za zakrętem może czekać cię coś nowego. Tylko pomyśl, ile jeszcze możesz zwiedzić, ilu ludzi podwieźć.— Pocieszał go wuj, stary parowóz, który już coraz rzadziej jeździł i odpoczywał sobie na przystani wśród innych starych pociągów, na których już rdza zostawiała coraz wyraźniejsze ślady.

 — Łatwo ci mówić, ty już nie musisz się ścigać. Nie musisz co chwila pokazywać, że jesteś najszybszy i najlepszy. — Odparł przygnębiony Rufus.

 — Bo tylko czekam, aż rozkręcą mnie na części, tak? — Dokończył wuj, a Rufus cały poczerwieniał ze wstydu.

 — Nie to chciałem powiedzieć, ale…

 — Wierz lub nie, ale kiedyś i ja również się ścigałem, by znaleźć swoje miejsce.

 — I co wygrałeś?

 — Wygrałem tylko z najwolniejszym pociągiem, Euzebiuszem. To był dopiero ślimak w porównaniu ze mną. Miło to sobie przypomnieć, by wiedzieć, że zawsze jest ktoś od nas szybszy i ktoś wolniejszy. Natomiast my jesteśmy pośrodku i powinniśmy jechać własnym torem, by wypełniać swoje obowiązki.

 — Och te głupie tory i przystanki. Zazdroszczę autobusom. — Powiedział znudzony Rufus, patrząc na ulicę, na której co chwila śmigały kolorowe auta.

 — Dlaczego?

 — Bo nie jeżdżą po wytyczonych torach, tylko jeżdżą, gdzie chcą.

 — Jeżdżą po ulicach i stoją w korkach. A poza tym też muszą zawieźć pasażerów w określone miejsca. — Wyjaśnił wuj, a Rufus tylko westchnął i odczepił się od wagonów.

 — A gdybym tak wybrał się w samotną podróż? Tak jeden raz przed siebie — Powiedział rozmarzony.

 — Mój drogi, jesteś pociągiem i masz służyć pasażerom, zawieźć ich tam, gdzie potrzebują, a nie jeździć, gdzie ci się podoba. To wbrew naszym zasadom. — Odpowiedział wuj.

 — Zasady, zasady. A gdzie marzenia? — Powiedział zdenerwowany Rufus i popatrzył ze smutkiem w niebo. Wuj tylko westchnął

 — Och ta młodość. — I odjechał do swojego garażu. Rufus się zastanawiał, gdyby tak zmienił sobie koła, mógłbym jechać, gdzie chce, tak jak autobus. To byłoby wspaniałe. Wreszcie by stąd uciekł i zapomniał o jakiś głupich wyścigach z Arno, który i tak zawsze wygra. I gdy tak Rufus sobie marzył, przypomniał sobie, że tu niedaleko w warsztacie są wymienne koła i opony. Tylko co z tego? Rufus pewnie uważał, że gdyby założył na swoje koła takie opony jak skarpetki lub buty, to zmieniłby się w autobus. I myślicie, że nie spróbował? Oczywiście, że tak, ale jakoś nie szła mu jazda z tą jedną oponą, którą z trudem założył na swoje metalowe koło. Nic z tego. Nie zmieni się w ciągu jednej nocy w szybki autobus i nie ucieknie stąd, jak sobie marzył. Posmutniał i nawet zachciało mu się płakać, chociaż pociągi zwykle nie płaczą. Wtem ktoś wszedł do warsztatu. Sądząc po brudnym ubraniu, był to chyba mechanik. Spojrzał zdziwiony na stojący pociąg i zapytał:

 — A co ty tu robisz? — Rufus się trochę zdziwił, bo pierwszy raz jakiś człowiek zwracał się do niego osobowo.

 — Nie bój się. — Mówił nieznajomy patrząc prosto w oczy Rufusa.

 — Kim pan jest? — Zapytał smutny Rufus.

 — A jak ci się zdaje? — Odpowiedział pytająco mechanik i uśmiechnął się tajemniczo. Rufus wreszcie zrozumiał, że mechanik chce z nim porozmawiać, jakby zawsze rozmawiał z różnymi maszynami. Nigdy czegoś takiego nie doświadczył. Słyszał tylko rozmowy motorniczych i konduktorów, a oni nie słyszeli jego mowy, tylko warkot silnika. A teraz nagle pojawił się ktoś, kto rozmawiał z nim jak równy z równym, który na dodatek zadał mu podstępne pytanie. Rufus jednak zdecydował się odpowiedzieć:

 — No nie wiem, chyba jest pan mechanikiem.

 — Prawie zgadłeś. Jestem kimś więcej niż tylko mechanikiem.

 — Tak?

 — Tak. Widzisz, potrafię przerabiać różne maszyny, zmieniać ich zastosowanie. W tajemnicy ci powiem, że jestem czarodziejem. — Pochwalił się nieznajomy Pan.

 — Czarodziejem?! To może by pan coś zmienił u mnie? — Zaproponował nieśmiało Rufus.

 — A co ci dolega? — Zapytał troskliwym tonem Mechanik.

 — Nie chcę być pociągiem, tylko… autobusem. — Wyjąkał Rufus.

 — Ach tak. To ciężka sprawa. Rzadko kto lubi być sobą. Zawsze chcemy być inni. — Przyznał mechanik.

 — To źle? — Zapytał Rufus.

 — Każdy z nas potrzebuje zmian, ale nie każda zmiana może być dla nas dobra.

 — Gdybym miał chociaż takie koła jak autobus. — Mówił rozmarzony Rufus.

 — Czy to jest twoje życzenie? — Zapytał Mechanik.

 — Tak, chciałbym być jak autobus! — Wykrzyknął Rufus, na co Mechanik odpowiedział.

 — Skoro takie jest twoje życzenie, niech tak się stanie. Będziesz jak autobus.

 — Naprawdę? Hurrraaaa. — Ucieszył się Rufus.

 — Ale jest jeden warunek. — Zaznaczył Czarodziej Mechanik.

 — Jaki?

 — Spełnię twoje życzenie, ale przyjdzie moment próby, gdy będę chciał czegoś od ciebie, a ty będziesz musiał mi być posłuszny, rozumiesz? Może będę chciał, żebyś mnie podwiózł i będziesz musiał to zrobić, bo jeśli nie, to staniesz się bezużyteczną maszyną, która trafi na złomowisko.

 — Pouczył go Czarodziej.

 — Gdy tylko pan poprosi, chętnie pana podwiozę, gdzie tylko pan sobie życzy.

 — Zatem niech się stanie! Bądź autobusem. — Powiedział spokojnie mechanik.

Minęło parę godzin od tej trudnej operacji, gdy ciężkie koła pociągu zmieniły się w wielkie koła autobusu. Teraz Rufus mógł jeździć, gdzie chciał. Nie ograniczały go żadne tory. Nie tracąc ani chwili Rufus z kołami autobusu zapalił wszystkie swoje światła i wyjechał z warsztatu, a potem tak się rozpędził, że wyważył ogrodzenie i ruszył przed siebie w blasku księżyca. Nie wiedział jednak, że ktoś za nim jedzie na bocznym torze.

Tymczasem w pewnym domu dwoje dzieci, Ala i Gacek siedzieli przy chorym tacie listonoszu i podawali mu lekarstwa.

 — Wszystko mnie boli, a miałem jeszcze dostarczyć jedną paczkę. – Stękał tata i podnosił się, jakby chciał wyjść, a potem znów opadał na łóżko i ciężko wzdychał. Siedziała tam też ciotka Leokadia, siostra taty i co chwila go upominała:

 — Leż Henryczku spokojnie, jesteś chory. Nie czas teraz na roznoszenie paczek.

 — Kiedy ja muszę, to mój obowiązek.

 — Nie przejmuj się paczką, tylko swoim zdrowiem. — Upominała go ciotka i podsuwała Henrykowi kolejne lekarstwa.

 — To ważna przesyłka, wszystkie są ważne. — Szeptał Henryk.

 — My to zrobimy tato! – Oświadczył z dumą Gacek i podniósł rękę, jakby się zgłaszał na lekcji do odpowiedzi.

 — My? — Zdziwiła się Ala, która podobnie jak ciotka Leokadia nie była przekonana co do pomysłu swego genialnego brata.

 — Ale jak teraz?! Jest już późno, ciemno, to niebezpieczne. Poczta nie pracuje tak późno – protestowała ciotka.

 — To ważna przesyłka. – Powtarzał tata.

 — On ma gorączkę, nie słuchajcie go. Idźcie do swojego pokoju. — Powiedziała ciotka.

 — To niebieskie pudełko, trzeba je koniecznie dostarczyć. – Wystękał tata i znów opadł na poduszkę, a ciotka przyłożyła swemu choremu bratu nowy kompres.

Gacek rozejrzał się po przedpokoju, gdzie było parę różnych przesyłek i szybko wziął niebieską paczkę ze sobą, po czym dał znak siostrze, by z nim wyszła do przedpokoju. Sam spakował bardzo dużo różnych rzeczy do plecaka i zarządził:

 — Idziemy, dostarczymy tą paczkę. Musimy pomóc tacie. — Ala spojrzała zdziwiona na Gacka, ale już po chwili poczuła, że brat ją ciągnie za drzwi mieszkania. Ledwo zdążyła wziąć swój plecak. I tak oboje wymknęli się z domu.

 — Przecież nigdy nie dostarczaliśmy paczek. — Wyszeptała.

 — Najwyższy czas poznać pracę naszego taty. Poczujemy się tak, jak święty Mikołaj.

 — Tylko nie ma śniegu. I nie masz czerwonej czapki i brody. A tak w ogóle chce mi się spać i boję się. — Mówiła Ala.

 — Ale na tą paczkę ktoś czeka. Nie możemy go zawieść. — Powiedział Gacek, a Ala zerknęła na adres odbiorcy.

 — Ulica Wesoła? Nie znam takiej.

 — Wesoła, brzmi ładnie, chyba mieszkają tam weseli ludzie. — Gacek wyciągnął mapę i sprawdził, gdzie to może być.

 — Przygotowałeś się braciszku.

 — Jak zawsze. Mam kompas, latarkę, śniadanie.

 — Wczorajsze śniadanie.

 — Ale zawsze. — Gacek poświecił na mapę i przejechał palcem po planie miasta.

 —Zobaczmy. Wesoła, Wesoła, o tutaj.

 — Daleko. — Powiedziała zawiedziona Ala.

 — Nie ma rady, pojedziemy autobusem. — Zarządził Gacek. Dzieci ruszyły przed siebie. Ala jednak wciąż miała wątpliwości, gdy coraz bardziej oddalała się od domu.:

 — A może trzeba było zostać? – Zatrzymała się i spojrzała na brata, który jednak nie zamierzał zawracać.

 — Idziemy, nie marudź.

 — Zawsze musisz zgrywać bohatera?

 — A ty zawsze musisz się wszystkiego bać? Masz, teraz ty poniesiesz paczkę, ja niosę plecak. — Ala przejęła paczkę od brata i stwierdziła z niezadowoleniem:

 — Jest bardzo ciężka.

 — Co ty opowiadasz? Jest bardzo lekka. — Odparł Gacek. Ala uznała, że kłótnie z bratem nie mają sensu. Ruszyli przed siebie w poszukiwaniu najbliższego przystanku autobusowego.

Z kolei w innym domu pewien rezolutny chłopak imieniem Bart pakował swoje rzeczy, by za chwilę z niego uciec. Nie chciał już chodzić do szkoły i nie chciał mieszkać w tym wielkim domu pełnym zabawek. Rodziców akurat nie było, bo jak zwykle wyszli na jakieś spotkanie i znów nie mieli dla niego czasu. Bart mógł się spokojnie przygotować i wreszcie uciec. Wielki plecak był już wypchany różnymi rzeczami, jak ubrania, gry, chrupki, czy narzędzia. Chłopiec widząc, że chyba już wszystko spakował, ruszył do drzwi. Zamierzał wsiąść do byle jakiego autobusu i jechać cały czas przed siebie, oddać się przygodzie, tak jak jego bohater z komiksu Billy Uciekinier. Nagle zagrzmiało i już chłopak poczuł na swoim nosie pierwsze krople deszczu.

 — No nie, tego jeszcze brakowało. — Powiedział do siebie i zdenerwowany nakrył kaptur na głowę, bo o parasolce rzecz jasna zapomniał. Ale co tam, Billy Uciekinier też przetrwał niejedną ulewę. W drogę.

Tymczasem gdzie indziej Gacek popędzał siostrę:

 — Szybko pośpieszmy się! Pada coraz mocniej! — Ala jednak zwolniła i wyjęła ze swojego plecaka parasol.

 — Ty oczywiście nie wziąłeś parasola, prawda? — Zapytała uszczypliwie.

 — Nie jestem taki delikatny jak ty. Nie roztopię się. Chodźmy. Jesteśmy już zbyt daleko od domu, żeby wrócić. — I znów zaczęli iść w milczeniu.

A w innej części miasta pociąg Rufus, który wyglądał teraz jak autobus jechał sobie spokojnie, czując się taki swobodny i wolny. Wreszcie bez żadnych torów, rozkładów jazdy, bez pasażerów i ich ciężkich bagaży. Jechał przed siebie i wciąż był ciekaw, co będzie dalej? Chciał tak całe, swoje nowe autobusowe życie jechać sam dla siebie. Kilka razy zlekceważył stojących pasażerów na przystankach, bo nie chciał psuć rozkładu jazdy prawdziwych autobusów. Gdy skręcał za wielkim kasztanem, nagle ktoś wyskoczył z krzykiem na ulicę. – Rufus zazgrzytał i z piskiem nowych opon zahamował.

 — Niech ktoś nam pomoże! — Odezwał się słaby głos.

 — Nie przewożę ludzi ani bagaży. — Oświadczył Rufus i już miał ruszać dalej, gdy jakiś uparty człowiek znów stanął mu na drodze, przypatrując mu się z zaciekawieniem.

 — Mówiący autobus, a to niespodzianka. Żadnego kierowcy, tylko autobus, ha, ha.

 — Chcę już jechać, więc zejdź mi z drogi. — Mówił Rufus, który już rozgrzewał silnik do czerwoności.

 — Och, nie. Zabierz nas szybki autobusie. Błagamy, mój przyjaciel źle się czuje, potrzebujemy transportu do najbliższego lekarza albo szpitala.

 — Bardzo, bardzo mnie boli. — Powtarzał drugi człowiek, choć nie wyglądał na chorego.

 — Ale ja… — Zająknął się Rufus, bo przypomniał sobie, co mówił jego wuj, że przecież bycie pociągiem czy autobusem to misja dostarczania ludzi do ich celu. Ale on chciał teraz jechać przed siebie bez żadnych pasażerów. Tak marzył o tej wielkiej wyprawie. Nieznajomy postanowił jeszcze bardziej przekonać Rufusa, by ten go wpuścił.

 — Zabierz nas, słyszeliśmy o tobie, że jesteś wspaniałym autobusem Rufusie. Jeżeli nam pomożesz, zapewnisz sobie tytuł najszybszego autobusu.

 — Skąd znacie moje imię? — Zdziwił się Rufus.

 — Och wszyscy je znają i masz je napisane na sobie!

 — No tak, napisane. — Przyznał nieskromnie Rufus.

 — Proszę pomóż nam. — Nalegał nieznajomy.

 — No dobrze, wsiadajcie. — Odparł niechętnie Rufus, który musiał teraz przyjąć rolę karetki pogotowia, by jak najszybciej dostarczyć obolałego podróżnika do szpitala. Rufus otworzył drzwi, po czym dwaj wędrowcy weszli do środka i rozsiedli się z ulgą na siedzeniach.

 — Więc gdzie jest ten szpital? — Dopytywał się Rufus.

 — Jedź cały czas prosto, a potem na skrzyżowaniu skręcisz w lewo, dalej będzie las i wreszcie nasz znajomy doktor… — Pokierował jeden z podróżników o imieniu Teodor, na co Rufus odparł:

 — Tam chyba nie ma szpitala? — Dziwił się Rufus, pamiętając, że kiedyś tam przejeżdżał.

 — Tam mieszka nasz znajomy doktor. Pomoże nam. — Zapewniał Teodor i szturchnął tego drugiego, który od razu zaczął jęczeć.

 — Oj boli, boli. — Powtarzał drugi podróżnik o imieniu Bron, ale Rufus jakoś mu nie wierzył. Po prostu ten pasażer nie wyglądał na cierpiącego. Ale cóż. Może to tylko mylne wrażenia. Rufus westchnął i odparł.

 — Chciałem przygód, więc będę je miał. — Po czym ruszył, zastanawiając się cały czas, co ci dwaj pasażerowie ukrywają? Dalsza droga miała to pokazać.

 — Za niedługo dotrzemy do naszej kryjówki w lesie i przełożymy skarby, tam przyjedzie po nas Szef i jedziemy dalej. — Powiedział cicho Teodor.

 — Taaa, obyśmy się nie spóźnili Szef tego nie lubi. — Odparł Bron zerkając na zegarek.

 — Udawaj lepiej chorego, to ten głupi autobus przyspieszy. — Poradził szeptem Teodor.

 — Oj jak, boli, boli! — Bron znów zaczął się zwijać z bólu.

Tymczasem gdzieś na drodze stali Ala i Gacek. Szli już jakiś czas, szukając najbliższego przystanku.

 — Myślisz, że to dobry pomysł? — Pytała Ala.

 — Na pewno zatrzyma się jakiś autobus i dotrzemy na miejsce. — Odparł Gacek.

 — Spójrz tam jedzie jakiś dziwny pojazd. — Wskazała Ala.

 — Dziwne, wygląda jak pociąg, a jedzie jak autobus.

Rufus skręcił i nagle na drodze zobaczył wbiegającego na ulicę chłopca z wielkim plecakiem, który dawał znak, by się zatrzymać. Rufus z trudem zahamował, aż jego nowe opony zapiszczały.

 — Co ty wyprawiasz? — Zapytał Rufus.

 — I on jeszcze mówi, ale dziwny pojazd! — Skwitował Gacek.

 — Nie jestem dziwny, jestem szybkim autobusem i mam na imię Rufus.

 — Ale wyglądasz jak pociąg, tylko masz koła od autobusu. — Zauważył Gacek i poświecił latarką na koła Rufusa. Już po chwili zniecierpliwiony Teodor wychylił się przez okienko i krzyknął:

 — Czego tu chcecie smarkacze?!

 — Musimy jechać na ulicę Wesołą, żeby dostarczyć cenną paczkę. Nasz tata listonosz jest chory i musimy go zastąpić. — Zawołał Gacek.

 — A co nas obchodzi wasz tata?! My byliśmy pierwsi. Kolega bardzo cierpi, jedziemy do szpitala! — Krzyknął Teodor i znów szturchnął Brona, który zaczął udawać chorego:

 — Oj boli, jak boli, oj ja nieszczęśliwy.

 — Szpital chyba jest gdzie indziej? Źle jedziecie. — Zauważył Gacek.

 — Nie wtrącaj się smarkaczu! Jedziemy do znajomego pana doktora, który mieszka tu niedaleko w lesie. — Odparł Teodor, ale Gacek nie odpuszczał.

 — Proszę, pomóżcie. Nie zostawiajcie nas w tym deszczu.

 — Wynocha smarkacze! Jedźmy! — Krzyknął Teodor, jakby to on kierował autobusem. Wreszcie do dyskusji włączył się Rufus.

 — Hej to ja tu decyduję, kogo mam wpuścić na mój pokład.

 — Przecież chciałeś jechać sam! — Zauważył Teodor.

 — A jednak was wpuściłem do siebie, więc ich też wpuszczę do siebie. Wsiadajcie dzieci. — Oświadczył stanowczo Rufus i otworzył drzwi. — Ala i Gacek ucieszyli się i weszli do autobusu.

 — Dziękujemy. —Powiedziała Ala. Dzieci zajęły miejsca jak najdalej od Teodora i Brona, którzy bacznie ich obserwowali, a w szczególności to niebieskie pudełko.

 — Cenna paczka? — Zagadnął Gacka Teodor, któremu błysnęły oczy na widok pudełka, w którym mógł być jakiś skarb.

 — Dla mojego taty każda przesyłka jest cenna. —Odparł dumnie Gacek.

 — Dla mnie również każda paczka jest cenna. — Odpowiedział Teodor ze śmiechem.

 — To gdzie jest ta ulica Wesoła? — Zapytał Rufus. Gacek wyciągnął mapę i wyjaśnił:

 — Teraz powinniśmy skręcić w prawo i dojechać do ratusza, a potem jeszcze raz w prawo. Teodor i Bron popatrzyli po sobie z niezadowoleniem.

 — Ale najpierw do lekarza. Zdrowie jest najważniejsze. — Polecił Teodor. Na dworze się całkiem rozpadało, a nawet grzmiało i błyskało.

 — Nieźle jak na pierwszą wyprawę. — Powiedział do siebie Rufus i już po chwili cała ulica tonęła w deszczu. Szkoda, że teraz Rufus nie mógł zamienić się w łódkę.

Bart nie chcąc już dłużej błądzić w tych ciemnościach, postanowił sprawdzić, czy nie wrzucił do plecaka latarki i parasola. Zajęty szukaniem potrzebnych rzeczy, nawet nie zauważył, jak coś zbliża się w jego kierunku. Dopiero w ostatniej chwili, gdy dźwięk maszyny był bardzo wyraźny, zorientował się, że wielki pojazd jedzie prosto na niego. W ostatniej chwili odskoczył, a Rufus najechał na jego plecak i gwałtownie zahamował, tak, że niemal cała czwórka pasażerów poleciała z siedzeń.

 — Gdzie ty stoisz mały? Przecież tu jest ulica! Mogłem ci zrobić krzywdę! — Zdenerwował się Rufus. Bart wytrzeszczył szeroko oczy i zapytał z niedowierzaniem.

 — Czy ten pociąg do mnie mówi?

 — A widzisz tu kogoś innego?

 — No nie, ale… pierwszy raz słyszę, żeby pociąg mówił…

 — Nie jestem pociągiem, tylko autobusem. — Oburzył się Rufus. Bart podniósł się z ulicy i spojrzał na swój zgnieciony plecak.

 — Zobacz co zrobiłeś. — Powiedział ze smutkiem Bart i podniósł swój plecak.

 — Trzeba było uważać. Kto to widział, żeby w nocy, na środku ulicy sprawdzać coś w plecaku.

 — Znowu jakiś przybłęda na drodze. — Syknął Teodor.

 — Może pośpieszymy się wreszcie? — Popędzał Bron, który znów udawał, że coś go boli. Rufus jednak chciał się dowiedzieć czegoś o Barcie.

 — Co tu robisz?

 — Uciekłem z domu i chcę się stąd wydostać. Byle jak najdalej.

 — Coś mi to przypomina. — Roześmiał się Rufus.

 — Niby co takiego? — Zapytał zniechęcony Bart.

 — Ja też uciekłem ze swojej zajezdni. Może cię podwiozę?

 — Najpierw do lekarza. — Wtrącił się Teodor.

 — Oj jak boli, boli. — powtarzał Bron.

 — Najpierw zawieźć paczkę. — Dodał Gacek, ale Ala go szturchnęła.

 — Wsiadaj mały. — Powiedział Rufus do Barta.

 — Nie jestem mały. — Odparł oburzony uciekinier.

 — Na pewno jesteś mniejszy od mnie. — Podsumował Rufus.

 — No fakt, mniejszy od pociągu, znaczy…autobusu. — Poprawił się Bart.

 — A ja jak mam ci mówić? — Zapytał Rufus.

 — Po prostu Bart.

 — Jestem Rufus, wsiadaj na mój pokład.

 — Dzięki. — Przemoczony Bart się pozbierał ze swoimi rzeczami, po czym wszedł do pociągu, który był autobusem. Kiwnął tylko głową w stronę innych i usiadł gdzieś z brzegu, żeby się nie narzucać. Rufus ruszył, przedzierając się przez gęsty deszcz. Przez jakiś czas wszyscy jechali w ciszy, aż w końcu Ala zapytała Barta.

 — Dlaczego uciekłeś z domu?

 — Ala daj spokój. Nie bądź ciekawska. — Upomniał ją Gacek. Bart spojrzał groźnie na Alę i odpowiedział pytaniem:

 — A dlaczego wy szwendacie się nocą? Może też uciekliście z domu?

 — Ależ nie, chcemy dostarczyć paczkę, żeby tak pomóc naszemu choremu tacie. — Wyjaśniła Ala.

 — Wzruszające, chyba się popłaczę. — Odpowiedział oschle Bart i odwrócił wzrok od nich.

 — Hej mógłbyś być bardziej uprzejmy. — Upomniał go Gacek.

 — Bo co?! Bo rozmawiam z twoją siostrą? Dajcie mi spokój! — Odezwał się Bart.

 — Proszę się nie kłócić na moim pokładzie! — Upomniał wszystkich Rufus i znów zrobiło się cicho. Wszyscy wyglądali z niepokojem przez okienka. Burza się rozszalała na dobre. Wiało, padało, grzmiało i błyskało, a Rufus coraz bardziej żałował, że nie jest łodzią podwodną.

 — Uwaga! — Nagle najechał nieostrożnie na jakieś wzniesienie na drodze i mocno się przechylił, a wszyscy pasażerowie polecieli na bok. Na dodatek zgasło światło w środku pociągu. Wszyscy się przepychali, próbując złapać równowagę. Gacek poczuł, że ktoś go mocno szturchnął, a potem odepchnął tak, że chłopiec od razu wypuścił z rąk niebieskie pudełko.

 — Pudełko, gdzie moje pudełko?! — Krzyczał.

 — Co się stało?

 — Nie ma pudełka! — Gacek zapalił latarkę i zobaczył, jak Teodor trzyma niebieską paczkę.

 — Oddaj je natychmiast! — Zareagował ostro Gacek.

 — Ciekawe, co jest takiego cennego w tej paczce, że tak o nią walczysz? Może sprawdzimy?

 — To nie moja paczka. Mam ją dostarczyć w imieniu mojego taty.

 — Oddaj ją nam! — Krzyczała Ala i rzuciła się na Teodora, ale znacznie większy i silniejszy bez trudu odepchnął małą dziewczynkę, która upadła na podłogę. Gacek widząc, jak Teodor potraktował jego siostrę rzucił się na niego i zaczął go okładać pięściami, ale ten tylko się śmiał.

 — Daj spokój mały. Nie łaskocz mnie. Nie pokonasz nas.

 — Co to znowu za awantury? — Dopytywał się Rufus.

Teodor z paczką ruszył do wyjścia, lecz po chwili się potknął i upadł. To Bart podłożył mu nogę i od razu przechwycił paczkę. Bron rzucił się na niego, ale chłopiec sprytnie wymknął mu się, a Bron już leżał na ziemi cały obolały. Bart spojrzał na paczkę a potem na zaniepokojonego Gacka.

 — I co? Mam ci to oddać?

 — Powinieneś. Muszę ją dostarczyć. — Powtarzał Gacek.

 — Jak na razie masz przez nią same kłopoty. Wszyscy chcą ci ją zabrać. — Stwierdził Bart przyglądając się pudełku.

 — Ty też?

 — A czemu nie. Też jestem ciekaw, co w tym pudełku jest?

 — Nie wiem. — Odparł bezradny Gacek.

 — Proszę, oddaj to nam. — Szeptała Ala. Bart się roześmiał złośliwie i rzucił pudełko na podłogę krzycząc:

 — Kto pierwszy, ten lepszy! — Gacek nawet nie zdążył podbiec, bo już Teodor zagarnął pudełko.

 — Ty zdrajco. — Syknął Gacek do Barta. Tymczasem Bron i Teodor wzięli pudełko i ruszyli do wyjścia.

 — Oddajcie mi to!. Rufusie! Pomóż nam! — Krzyczał Gacek, ale Teodor był sprytniejszy, wziął jakiś metalowy pręt i uderzył nim w skrzynkę, w której było mnóstwo guziczków, lampek i kabelków. Coś świsnęło, zaiskrzyło i Rufus nie mógł się ruszyć w pogoni za sprytnymi złodziejami, którzy już zniknęli w ciemnym lesie.

 — Nie mogę się ruszyć, zepsułem się. — Stękał Rufus.

 — To wszystko przez ciebie! — Powiedziała Ala do Barta, który kompletnie się tym nie przejął.

 — Muszę odzyskać to pudełko. — Oświadczył Gacek i już miał ruszyć do wyjścia, gdy Ala go powstrzymała.

 — Poczekaj, już straciliśmy dosyć nerwów przez to pudełko. Może nie warto ryzykować. Jest ciemno, pada deszcz i ten okropny las. Nie znajdziesz ich. Odpuść już sobie. Powiemy tacie, że dostarczyliśmy to pudełko i będzie zadowolony. — Tłumaczyła Ala, lecz Gacek nie chciał jej słuchać.

 — Przestań Ala, nie możemy tak postępować.

 — A co się nagle zrobiłeś taki honorowy. Ile razy okłamałeś tatę, nie mówiąc mu o złych ocenach w szkole, a teraz zgrywasz bohatera? — Gacek się zaczerwienił i od razu wyjaśnił siostrze.

 — Właśnie dlatego chce raz postąpić uczciwie. Idę. — Odparł Gacek.

 — A ty?! Nie chcesz nam pomóc? — Zapytała zdziwiona Ala.

 — A dlaczego miałbym wam pomagać. Jesteście dla mnie obcy i jakoś was nie lubię. — Przyznał obojętnie Bart.

 — No jasne, czego się można spodziewać po takim, co ucieka z domu? Jesteś tchórzem. — Powiedział Gacek z uśmiechem, a Bart zrobił się cały czerwony na twarzy.

 — Wy też uciekliście z domu. Nic o mnie nie wiecie! — Odpowiedział Bart i wyjrzał przez okno. Ala i Gacek już zniknęli gdzieś w ciemnym lesie. Bart westchnął i usiadł, uderzając nogą o metalową rurkę. Wreszcie Rufus się do niego odezwał.

 — No i co narobiłeś? Łatwo zrażasz do siebie ludzi.

 — Bo każdy mi działa na nerwy.

 — Ach tak. I dlatego uciekłeś z domu?

 — A co ci do tego. Jesteś pociągiem, nie zrozumiesz mnie.

 — Przecież ci mówiłem, że też uciekłem ze swego domu. Miałem dosyć tego, że zawsze jestem w cieniu. Miałem dosyć tego, że codziennie wyjeżdżam w różne trasy, ciągnę ciężkie wagony pełne takich złośliwych pasażerów jak ty.

 — Nie jestem złośliwy.

 — Przecież to ty rzuciłeś niebieskie pudełko, które od razu przechwycili ci złodzieje. Powinieneś to naprawić.

 — Nie będę za nimi biegał po ciemnym lesie, to niebezpieczne.

 — A jednak zdecydowałeś się uciec z domu w nocy. — Podsumował Rufus ze śmiechem.

 — Też czułem się gorszy jak ty.

 — A teraz?

 — Może ci pomogę? — Oświadczył z podnieceniem w głosie Bart i wyciągnął ze swojego plecaka mały zestaw narzędzi, po czym uważnie przyjrzał się skrzynce, w którą uderzył Teodor.

 — To niezbyt bezpieczne zajęcie dla dziecka. — Zauważył Rufus.

 — Wiem co robię, sporo już naprawiłem rzeczy w domu i u innych.

 — Znasz się na tym?

 — Lubię te wszystkie kabelki, światełka, guziki. Może coś uda mi się tu zaradzić, żebyś ruszył z miejsca.

 — Jak na razie stoję.

 — Spokojnie, chwila. — Zapewniał Bart, po czym wyjął śrubokręt i jakieś klucze. Zaczął kręcić, zwijać, przekładać. Co jakiś czas prosił, aby Rufus spróbował ruszyć, ale wciąż nic się nie działo, aż wreszcie drgnęło:

 — Poczekaj, chyba mogę jechać. — Zawołał Rufus i odpalił głośno silnik. „dududum, drrrrrum, brrrrrrrum”. Bart jeszcze zszedł na dół i uchylił klapę przy silniku, by się przyjrzeć, jak wszystko działa.

 — No i jak? — Zapytał dla pewności, a w odpowiedzi Rufus przejechał parę metrów.

 — W porządku! No to wskakuj na mój pokład. — Bart szybko wbiegł do autobusu i od razu zarządził jak kapitan:

 — Jedźmy do lasu, może odnajdziemy pozostałych.

 — Mogłeś z nimi iść wcześniej. — Zauważył Rufus.

 — Mogłem w ogóle nie uciekać z domu, teraz bym nie kłócił się z jakąś Alą i Gackiem i nie siedział tutaj, i nie rozmawiał z przemądrzałym autobusem.

 — Zawsze możesz wrócić do domu. — Roześmiał się Rufus.

 — W taką pogodę raczej nie. Ale teraz chcę im pomóc.

 — Ja też.

 — Zatem jedziemy. — Oświadczył dumnie Rufus.

Tymczasem Teodor i Bron, cali zdyszani i mokrzy od deszczu dotarli wreszcie do starej kopalni.

 — Już za chwilę odbierzemy naszą nagrodę. — Powiedział uradowany Teodor i podszedł do wielkiej skały, za którą znajdowała się drewniana skrzynia. Razem z Bronem ją wysunęli i otworzyli.

 — To był udany dzień. Ukradliśmy tyle skarbów. — Ucieszył się Teodor.

 — I na koniec jeszcze zabraliśmy tym dzieciakom to niebieskie pudełko. Fajnie tak żyć. Ha, ha, ha. — Roześmiał się Bron.

 — Musimy się spakować i uciekamy stąd. — Zarządził Teodor. Obaj dźwignęli skrzynię i przesunęli na drogę. Bron zerknął na swój zegarek i oznajmił zniecierpliwiony.

 — Za niedługo powinni po nas przyjechać.

 — Mam nadzieję, że nas nie wystawili.

 — Spokojnie, na pewno przyjadą, choćby dla samych skarbów. Tylko pomyśl, jesteśmy bogaci jak nigdy przedtem. — Ucieszył się Teodor

 — Jeszcze nikt nie okradł tego muzeum.

 — A nam się udało. Nie dość, że będziemy bogaci, to jeszcze sławni. Ha, ha. — Mimo złej pogody, humor im dopisywał. I właśnie wtedy gdy Teodor i Bron śmiali się w najlepsze, ktoś postanowił przerwać ich radosne chwile.

 — Jesteś pewien, że dobrze robimy? Oni są niebezpieczni. Po co jeszcze nam takie problemy? — Dopytywała się Ala, lecz Gacek od razu jej odpowiedział.

 — Przestań histeryzować. Zabierzemy im nasze pudełko i będzie po sprawie.

 — No jasne, to takie proste zabrać tym olbrzymom to pudełko. — Powiedziała drwiąco Ala i westchnęła. Gacek przygotował Latarkę i wyjaśnił siostrze.

 — Ja będę świecił latarką. To na pewno zwróci ich uwagę. Jeden z nich zapewne pójdzie sprawdzić, co jest nie tak. Drugi z nich pewnie zostanie, by pilnować skarbu. Wtedy ty rzucisz kamieniem albo też poświecisz latarką. Ten drugi powinien sprawdzić, co jest nie tak. Może wtedy uda nam się odebrać pudełko.

 — Ale mogą nas też złapać. — Zauważyła Ala

 — Istnieje taka możliwość siostrzyczko. Gotowa? — Zapytał przejęty Gacek.

 — Chyba tak. — Odparła Ala.

Gacek skinął głową i zapalił latarkę, po czym skierował światło w stronę Teodora i Brona, którzy akurat sobie spokojnie rozmawiali. Wtem Bron zauważył, że coś połyskuje między drzewami, kilkanaście metrów od nich.

 — Ty, co tam tak świeci? Ktoś daje nam znaki?

 — Przecież inaczej się umawialiśmy z Szefem. Mieli od razu przyjechać po nas, a nie dawać jakieś sygnały. Co to ma być? — Denerwował się Teodor.

 — Idź sprawdź. — Polecił Bron.

 — Dlaczego ja? — Pytał zdziwiony Teodor, nie odrywając oczu od dziwnych błysków między drzewami.

 — No ja będę pilnował skarbu, a ty sprawdzisz. — Wyjaśnił Bron.

 — Ja też mogę pilnować, a ty możesz sprawdzić.

 — Może chcesz rzucić monetą i przekonamy się, kto ma pilnować.

 — A daj już spokój. Skoro jesteś takim tchórzem, to pójdę sprawdzić! —Odparł niezadowolony Teodor i ruszył w stronę światła, które nagle zaczęło się przemieszczać w prawo. To Gacek z latarką biegł w stronę wielkiego dębu. Planował wyprowadzić Teodora tak daleko, aby Ala mogła spokojnie odebrać niebieskie pudełko. Ale ona najpierw musiała jakoś zdezorientować Brona, który został na posterunku. Wzięła parę żołędzi i kamyków i zaczęła nimi rzucać w stronę Brona, który trochę się zaniepokoił. Wziął latarkę i poświecił, ale nigdzie nic nie zauważył. Tymczasem co chwila dało się słyszeć jakieś szelesty i dziwne odgłosy. To Ala próbowała udawać różne zwierzęta, co wychodziło jej dość marnie.

 — Co się dzieje? Kto tutaj jest? — Ryknął Bron, by jakoś oswoić strach, który go coraz bardziej przytłaczał. Jakieś światło błysnęło w jego stronę. — Tym razem Ala zaczęła się bawić latarką. Bron zaczął iść w stronę mrugającego światła.

 — Pokaż się wreszcie tchórzu. — Krzyczał Bron.

Nagle się o coś potknął, a gdy wstał zobaczył jakąś dziwną zjawę. Zupełnie zdezorientowany upuścił pudełko, zaczął krzyczeć i uciekać.

 — Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa. Ratunku. — Ala zdjęła z krzaków kawałek płótna i wyłączyła latarkę — tak się robi duchy. Już miała wrócić, by odzyskać pudełko, gdy się zorientowała, że nigdzie go nie ma.

 — Jak to możliwe? — Podeszła bliżej wejścia do starej kopalni, ale i tam nie było niebieskiego pudełka. Był za to ktoś sprytniejszy od Ali.

 — A więc to znowu ty mała. — Powiedział Bron, który już nie był tak przestraszony jak wcześniej. Za to Ala wyglądała tak, jakby zobaczyła ducha.

 — Ja, ja, nie chciałam. Ja tak tylko… — Wystraszyła się. Bron chwycił ją za rękę, ale nie zaszli daleko, bo już po chwili usłyszeli za sobą krzyk.

 — Zostaw ją. — Zdziwiony Bron odwrócił się i zobaczył Barta, przy którym stało niebieskie pudełko.

 — Powiedziałem, zostaw ją.

 — Bo co mi zrobisz smarkaczu? — Zapytał Bron i już miał ruszyć w kierunku Barta, gdy ten wyciągnął procę i wystrzelił z niej swój pocisk, kasztan, który trafił Brona między oczy.

 — Auaaaaaaa. — Ryknął Bron, a Bart szybko odciągnął Alę od rabusia i zarządził.

 — Prędko, do naszego autobusu.

 — Przecież był zepsuty. — Zdziwiła się Ala.

 — Ale się naprawił. — Odparł Bart i pociągnął Alę za sobą, nie zapominając oczywiście o niebieskim pudełku, które wziął pod pachę.

 — A co z Gackiem? — Zapytała przerażona Ala.

 — Spokojnie, odbijemy go. — Pocieszał Bart. Nagle skręcili w prawo i schowali się za krzewami, by zmylić Brona, który biegł za nimi. Ten zupełnie stracił rozeznanie w terenie. W końcu zaczął krzyczeć:

 — Teodor, to smarkacze z autobusu. Teodor, słyszysz? — Teodor usłyszał i wreszcie zauważył, kto z nim się bawi w chowanego między krzakami. Gacek pośpiesznie zgasił latarkę i skrył się za krzewem, ale Teodor już go dopadł.

 — Widzę cię smarkaczu, wyłaź stąd! —Krzyknął Teodor i chwycił mocno Gacka za ramię.

 — Widzę, że lubisz przeszkadzać.

 — To wy nam ukradliście niebieskie pudełko. Oddajcie je nam, to sobie pójdziemy! — Odparł Gacek.

 — Ty i to twoje głupie pudełko. Chyba naprawdę musi być tam coś cennego, skoro się tak fatygowałeś — Odezwał się Teodor. Wtem mocne światło zupełnie go oślepiło.

 — Niespodzianka. — Zawołał Rufus i zaczął jechać w stronę Teodora, tymczasem Gacek wskoczył do autobusu, gdzie zobaczył Barta, Ankę i oczywiście niebieskie pudełko, które spoczywało bezpiecznie na siedzeniu.

 — Jak to? Autobus działa?

 — To zasługa naszego zdolnego kolegi. — Odezwał się Rufus, który coraz bardziej przyspieszał, ścigając przestraszonego Teodora, krzyczącego na całe gardło.

 — Ratunku. Autobus mnie ściga! — Bron słysząc te krzyki wrócił pod kopalnię i szybko wyjął ze skrzyni tyle skarbów, ile tylko mógł unieść i zapakował je do worka. Zapomniał jednak, że w tym lesie rzeczywiście od czasu do czasu straszy. Nawet jeśli to legendy, to jednak jakieś ździebełko prawdy musi w tym być. Bron poczuł, że chyba ktoś go obserwuje. Jakieś dziwne odgłosy i światła znów zaczęły go niepokoić. Zaczął uciekać.

Las się przerzedzał, a tuż obok była już ulica, po której właśnie jechał radiowóz policyjny. Jeden z policjantów trochę się zdziwił, bo zdawało mu się, że chyba coś słyszał. Dla pewności zapytał kolegę:

 — Te odgłosy?

 — Jakieś krzyki? — W tym momencie niedaleko przejechał między drzewami jakiś wielki pojazd podobny do autobusu lub pociągu.

 — Widziałeś?

 — Co to, pociąg? Przecież tam nie ma torów.

 — Może autobus?

 — Ale w lesie?

 — W tym lesie dzieją się różne dziwne rzeczy.

 — Nie bądź śmieszny, chyba nie wierzysz w te legendy o duchach zamieszkujących ten las.

 — No wiesz….

 — Co się tu dzieje? — Dziwili się policjanci, ale autobus gdzieś zniknął za zakrętem.

Nagle ktoś im wyskoczył na drogę.

 — Uważaj! — Policjant gwałtownie zahamował.

Na drodze siedział wystraszony Teodor, a po chwili dogonił go zdyszany Bron, który widząc policjantów już chciał zawracać, ale nie zdążył.

 — Zaraz, chwila, co panowie tu robią w taką pogodę? — Zapytali policjanci. A jeden podszedł do Brona i zerknął na worek.

 — Dlaczego chciał pan uciekać, gdy nas zobaczył? Co pan tam ma w tym worku?

 — Yyyyy, nic, moje bagaże.

 — Ścigał nas gadający autobus. Lepiej, żebyście go złapali! —Krzyknął Teodor.

Policjanci spojrzeli zdziwieni na siebie.

 — Gadający autobus. Dobre sobie. Może jeszcze spotkaliście duchy w tym lesie.

 — O tak, goniły mnie jakieś zjawy. — Przyznał zdyszany Bron.

Drugi policjant rozpakował worek Brona i zobaczył, że kryje w sobie mnóstwo cennych skarbów.

 — A cóż my tu mamy? Same podręczne rzeczy na biwak. Coś mi się przypomina, że nie tak dawno mieliśmy tu w okolicy włamanie do muzeum.

 — Ale panie policjancie, to nie tak. — Tłumaczył się Bron, ale Teodor już na niego nakrzyczał.

 — Ty bałwanie, miałeś zostawić skarby w skrzyni i czekać.

 — Bałem się, że ktoś je nam zabierze. — Wyjąkał Bron.

 — Zabierzemy was z tymi skarbami na komisariat. Porozmawiamy sobie o skradzionych rzeczach i tym nawiedzonym lesie. Wsiadajcie. Podwieziemy was. — Powiedział uprzejmie policjant i zaprosił Brona i Teodora do samochodu.

A tymczasem Bart, Gacek i Ala siedzieli w autobusie o imieniu Rufus, który właściwie był pociągiem, ale zawsze marzył, aby być autobusem. Wiem, to trochę skomplikowane. Ale wy też czasem macie tak, że chcielibyście być jakimiś superbohaterami, a jesteście tylko sobą.

Ale zarówno autobusy i pociągi mają swoją najważniejszą rolę: zawieść pasażera pod wskazany adres. Rufus wedle wskazówek Gacka kierował się na ulicę Wesołą, gdzie mieszkał adresat niebieskiego pudełka, którego już wszyscy mieli serdecznie dość. Gacek był ciekawy, jak też Bart naprawił Rufusa. Ten pokazał mu z dumą zestaw swoich narzędzi, które zawsze mu pomagały w najtrudniejszych chwilach.

 — To się zawsze przydaje. Zawsze można coś dokręcić, przyciąć, naprawić. — Tłumaczył Bart.

 — A gdybyś naprawił coś w swoim domu, może wtedy nie musiałbyś z niego uciekać? — Zauważyła Ala. Bart się uśmiechnął i odparł:

 — Kłopot w tym, że mój dom jest zbyt idealny. Nic się w nim nie psuje.

 — A w naszym co chwila psuje się kran, albo odpada kawałek ściany. — Podsumowała Ala.

 — To fajnie, macie co naprawiać. Ja się ciągle nudzę w swoim domu, a rodzice kupują mi wszystko, co tylko zechcę. Tylko, że ja sam już nie wiem czego chcę. To tak jakbyście stanęli przed stołem pełnym różnych słodkości. Chcecie wszystkiego spróbować, a potem jest wam niedobrze. Chciałem przeżyć jakąś przygodę, tak jak mój bohater z komiksów Billy Uciekinier.

 — No i przeżyłeś — Zażartował Gacek.

 — Powinieneś wrócić do domu i spróbować coś zepsuć, a potem naprawić, najlepiej wspólnie z rodzicami.

 — Oni nie mają czasu. — Powiedział zniechęcony Bart.

 — Może jednak go znajdą. — Zapewniała Ala.

Tymczasem Rufus wjechał już na ulicę Wesołą.

 — Zaczekam tuż obok. — Oświadczył Rufus i stanął przy drzewie, podczas gdy dzieci wysiadły i rozejrzały się po okolicy. Stało tu kilka starych domów. W którymś z nich mieszkał właściciel niebieskiego pudełka.

 — To chyba tu. Wesoła 10 albo 110. — Powiedział niepewny Gacek.

 — No to jak w końcu?

 — Adres trochę się zatarł. — Przyznał zawstydzony Gacek.

 — No nie. Możemy teraz tak błądzić po całej okolicy i pytać, czy ktoś nie oczekuje przesyłki? Powodzenia. — Mówił niezadowolony Bart.

 — Nie musisz, jeśli nie chcesz! — Oburzyła się Ala, ale Bart nic nie odpowiedział, tylko odchrząknął.

Szukanie w kliku kamienicach właściwego adresata było dość trudne. Niektórzy twierdzili, że nie czekają na żadną przesyłkę, inni z kolei wspominali, że być może coś zamówili, tylko czy mówili prawdę?

 — Najłatwiej byłoby otworzyć to głupie pudełko, zobaczyć co tam jest i pokazać ludziom. Może ktoś się zgłosi. — Powiedział zniecierpliwiony Bart.

 — A co jeśli jest tam coś cennego, każdy będzie chciał to mieć? — Zaniepokoił się Gacek.

 — Czekajcie, tu jest coś napisane. — Zauważyła Ala i zaczęła czytać etykietę na pudełku: „Części…yyyy zamienne”.

 — Niewiele nam to mówi. — Westchnął Bart.

 — Czas sprawdzić ostatnią kamienicę. — Wskazał Gacek na dom z cegły z ostro zakończonym dachem. Ta kamienica wyróżniała się na tle innych domów, ponieważ była pomalowana na różne kolory. Jedno piętro było fioletowe, inne czerwone, zielone, żółte a z kolei parter niebieski, a do tego jeszcze każda rama okienna była w innym kolorze, zupełnie jakby ten dom był jedną wielką kolorowanką, którą jakieś dziecko ozdobiło w swój niepowtarzalny sposób.

 — Ciekawy domek. — Podsumował Bart, po czym zauważył szyld nad drzwiami „Pałac dziecka”

 — Cóż to takiego?

 — Tu chyba mieszkają dzieci, tylko, że bez rodziców. — Wyjaśniła Ala. Bart jakoś poczuł się nieswojo.

Weszli do środka, przeszli przez korytarz, a potem w górę na pierwsze piętro.

 — Pukajcie, gdzie się da, może wreszcie znajdziemy tą osobę. — Zarządził Gacek i pukali tu i tam.

 — Już palce mnie bolą od tego pukania. — Odparł zmęczony Bart, który teraz pukał do drzwi w kolorze błękitnym. Chwilę zaczekał, po czym odszedł.

 — I znowu pudło! Znaczy nikogo tu nie ma.

 — Może zostawimy tu pudełko?

 — Nie, powinniśmy je dostarczyć do rąk własnych. Tak robi zawsze tata.

 — Idziemy dalej szukać. — Ale właśnie wtedy drzwi się otworzyły i jakaś uśmiechnięta pani w niedbale uplecionych włosach wychyliła się na korytarz.

 — Tak, słucham? — Zapytała nie kryjąc zdziwienia obecnością trójki dzieci z niebieskim pudełkiem.

 — My właśnie… przynieśliśmy paczkę.

 — Dla mnie? — Zapytała zdziwiona.

 — Właśnie nie wiemy, czy dla pani?

 — Nie ma adresata ani nadawcy?

 — No właśnie się zatarł. — Powiedział zawstydzony Gacek.

 — Ach tak, no to rzeczywiście jest problem. Nie macie pewności, czy oddajecie paczkę we właściwe ręce?

 — No właśnie. — Zgodzili Gacek i Ala.

 —Pozwólcie zatem, że się przedstawię, nazywam się Malwina Kaser, jestem dyrektorką tego ośrodka, gdzie leczymy różne dzieci. Rzeczywiście czekam na pewną część do wózka. Może to właśnie to?

 — Otwórzmy to pudełko i będzie po sprawie. — Nalegał Bart. W końcu Gacek niechętnie zaczął otwierać pudełko, w którym znajdowało się ciut mniejsze pudełko…

 — Nie wytrzymam tego. — Powiedział przez zęby Bart zaglądając chciwie przez ramię Gacka, by wreszcie się dowiedzieć, co jest w tym pudełku. Wreszcie otworzyli je, a w nim znajdowało się…

 — Koło? Ale do czego? — Dziwiła się ciekawska Ala. Pani Malwina się uśmiechnęła i dała znak, by iść za nią. Przeszli parę pokoi, aż wreszcie znaleźli się w pomieszczeniu, gdzie na wózku siedział smutny chłopiec, mniej więcej w wieku Gacka, Ali i Barta.

 — Mateuszu! Zobacz, co te miłe dzieci przyniosły dla ciebie. To koło do twojego wózka. Będziesz mógł jeździć, jak dawniej. Cieszysz się? Będziesz znów najszybszym chłopcem. Teraz trzeba tylko poodkręcać parę śrubek, zdjąć stare koło i wstawić nowe. I będzie wspaniale. — Mówiła z radością Malwina, po czym podeszła do Mateusza i popatrzyła na Gacka i Barta.

 — Pomożecie chłopcy? Przeniesiemy Mateusza na fotel. — Wszyscy w trójkę podnieśli chłopca i ostrożnie posadzili na fotelu. Ala zerknęła na Barta i mrugnęła do niego okiem.

 — Może chcesz coś przykręcić? — Zapytała. — Bart się otrząsnął, spojrzał na Mateusza, potem na wózek, zdjął plecak i wyjął z niego skrzynkę z narzędziami.

 — A kolega lubi naprawiać? Jak miło. — Ucieszyła się pani.

 — Spróbuję. — Oświadczył Bart i jeszcze raz popatrzył na smutnego Mateusza. — Gacek przytrzymał wózek, Bart odkręcił stare koło, a już po chwili wstawił nowe, zapewniając wszystkich, że narzędzia to skarb, które zawsze warto mieć.

 — Jesteście cali przemoczeni. Powinniście się wysuszyć. Może coś chcecie ciepłego do picia i jedzenia? — Zapytała pani Malwina.

 — Nie dziękujemy. — Odpowiedziała Ala, ale Gacek spojrzał na nią groźnie.

 — Może jakieś ciasteczka… — Powiedział cicho.

 — Ależ oczywiście drogie dzieci. — Pani wyszła do kuchni, a Bart zażartował.

 — Może dostaniemy pierniki jak Jaś i Małgosia, ha, ha.

 — Jak możesz. — Oburzyła się Ala i popatrzyła na Mateusza, który tylko lekko się uśmiechnął. Ala postanowiła się przedstawić.

 — Hej, jestem Ala, a to mój brat Gacek.

 — Cześć. — Odparł cicho Mateusz.

 — A to Bart.

 — Do usług. — Powiedział i przykręcił kolejne śrubki. W końcu weszła pani Malwina i postawiła talerz pełen ciastek, mówiąc:

 — Częstujcie się. — Gacek z przyjemnością wziął jedno ciastko, podczas gdy Bart jeszcze sprawdzał, jak kręci się koło na osi. Po chwili wypróbowali wózek, który już gładko jeździł po podłodze.

 — No chyba wszystko w porządku. — Ocenił Bart. Mateusz wskazał na klucz, który miał przy sobie Bart.

 — O co chodzi? — Pani Malwina od razu wyjaśniła.

 — Mateusz niewiele mówi. Jeszcze przed chorobą mówił za dwóch i wiele podróżował. Raz nawet wybrał się sam w taką podróż. Wyobrażacie sobie? Całkiem sam!

 — To tak jak ty. — Szepnęła Ala do Barta. Natomiast Mateusz cały czas wskazywał na klucz.

 — Ten klucz, chcesz go zobaczyć? — Zapytał Bart, na co Mateusz pokiwał głową. Bart podał mu klucz, tłumacząc:

 — To jeden z tych kluczy, dzięki którym można naprawić bardzo dużo. Zawsze warto go mieć, by coś przykręcić lub odkręcić. Z takim kluczem czujesz się tak, jakbyś mógł otworzyć wszystko. Jak chcesz mogę ci dać taki klucz. Mam ich w domu całe mnóstwo. Mateusz pokiwał głową na znak, że chce klucz.

 — Jest twój. — Oświadczył Bart.

 — Oj nie trzeba, naprawdę. — Powiedziała wzruszona pani Malwina.

 — Ten klucz idealnie nadaje się do skręcania takich wózków, przyda się tutaj. — Powiedział zawstydzony Bart, a Mateusz skinął głową.

 — On ci dziękuje. — Wyjaśniła Malwina.

 — Tak wiem.

 — A teraz cię posadzimy królewiczu na tronie. — Zarządziła pani i wraz z Bartem i Gackiem podnieśli Mateusza i posadzili na wózku. Bart popchnął wózek z Mateuszem i przejechał się z nim kilka razy.

 — No, dojedziesz tam, gdzie chcesz. — Powiedział Bart i przypomniał sobie o swoim domu, z którego uciekł.

 — Dziękuję wam dzieci. — Powiedziała Pani Malwina, po czym nagle do pokoju weszły inne dzieci.

 — Woow, mamy gości. To oni przyjechali tym super pojazdem. Widzieliśmy przez okno.

 — Przyjechaliśmy autobusem. — Wyjaśnił Gacek.

 — A wygląda jak pociąg albo wehikuł czasu. Może przejedziemy się nim? — Nalegały dzieci.

 — Może kiedyś. A teraz poznajcie Barta, Gacka i Alę, naprawili wózek Mateusza. — Oznajmiła z radością pani Malwina.

 — Wooooow, to może mi naprawisz lalkę? A mnie kolejkę. A mnie samochód. A mi rower, albo lepiej kupisz nowy rower. Proszeeeee. — Mówiły wszystkie dzieci naraz.

 — Spokój dzieci i do łóżek, spać!

 — Ale te dzieci nie śpią. — Dziewczynka wskazała palcem na Alę.

 — Nie dyskutujcie. — Dzieci pomachały na pożegnanie i zniknęły w sypialni.

 — Może kiedyś nas odwiedzicie? Mateusz na pewno się ucieszy. I zawsze można coś naprawić, ha, ha. — Zażartowała pani Malwina.

 — A może przejedziemy się kiedyś tym pociągiem. — Zażartował Bart. I tak pożegnali się. Dzieci wyszły na dwór, a tam już na szczęście przestało padać.

 — To co, pora wracać? — Zapytał Gacek zerkając na zegarek.

 — Mam nadzieję, że tacie się polepszyło. — Powiedziała Ala.

 — Ciotka na pewno nie dopuści, żeby było gorzej.

 — Ale jak się dowie, że się wymknęliśmy z domu będzie dla nas gorzej.

 — Spokojnie siostrzyczko. Pokonaliśmy dwóch bandytów, to czemu mamy się bać własnej ciotki. Ha, ha. — Żartował Gacek.

 — No tak.

 — Wracasz z nami? — Zapytał Gacek. Bart westchnął i odparł:

 — Chyba tak.

 — Wracasz do domu, do rodziców? — Zapytała zaskoczona Ala.

 — Chyba powinienem. Pora jednak coś naprawić u siebie. — Odparł Bart, przyglądając się Rufusowi, którego historia ciągle mu przypominała o jego ucieczce.

Rufus czekał już długo na dzieci i powoli się nudził. I właśnie wtedy usłyszał obok siebie znajomy głos. Głos ten należał do Mechanika Czarodzieja, który nie tak dawno sprawił, że Rufus pociąg stał się autobusem.

 — Mój drogi autobusie czas na twoje zadanie. Musisz mnie podwieźć, jestem w potrzebie. — Oświadczył Mechanik. Ale Rufus nie był zadowolony, bo przecież czekał na dzieci, które miał odwieźć do domu.

 — Nie mogę teraz, czekam na moich przyjaciół. — Wyjaśnił.

 — Autobus zawsze ma zawieźć każdego do jego celu. Obiecałeś, że będziesz mi służył, gdy cię o to poproszę. — Pouczał niezadowolony Mechanik.

 — Wiem, ale oni też mnie potrzebują. Zaczekaj. Odwiozę ich, a potem przewiozę ciebie.

 — Nie chcę jechać z dziećmi.

 — Nie mogę wybierać między jednym pasażerem a drugim! Wszyscy są równi.

 — Gdybyś pojechał ze mną, trafiłbyś do krainy, gdzie wszyscy bardzo dbają o takie piękne i szybkie autobusy, jakim ty jesteś. Wszyscy by cię codziennie czyścili i sprawdzali silnik, a potem ruszali by z tobą na niezwykłe wycieczki. Przed tobą roztaczałyby się codziennie coraz piękniejsze widoki, a woziłbyś samych radosnych ludzi, a nie takich smutasów z problemami jak tu. — Mówił rozmarzony Mechanik.

 — Byłbym szanowanym autobusem? — Zapytał podekscytowany Rufus.

 — A jakże. Byłbyś niczym król, o którego wszyscy dbają. — Dodał Mechanik, na co Rufus odpowiedział.

 — Dzieci już podwiozłem na Wesołą, więc spełniłem swój obowiązek. Teraz mogę jechać wreszcie przed siebie. — Mechanik Czarodziej się uśmiechnął i wsiadł do autobusu. Rufus włączył silnik i zaczął jechać coraz szybciej.

 — Bardzo dobrze Rufusie, zapomnij o nich i jedź do krainy, gdzie szanują autobusy. — Powtarzał Mechanik. A Rufus coraz bardziej przyspieszał, chcąc zrealizować to wielkie marzenie. Bart spojrzał zdziwiony na Rufusa, który nie przybliżał się do nich, tylko oddalał.

 — Dokąd on jedzie, przecież miał czekać na nas? — Dzieci ruszyły w pościg za uciekającym Rufusem, krzycząc co chwila:

 — Stój, dokąd jedziesz?! — Rufus jednak zdawał się nie słyszeć krzyków dzieci. Jechał na oślep myśląc o tej niezwykłej krainie, o której mu wspominał Mechanik. Tak się zapatrzył gdzieś w te marzenia, że zupełnie nie zauważył przed sobą Barta, który coś do niego krzyczał. W ostatniej chwili zahamował i uderzył w drzewo. Ala i Gacek podbiegli od razu do Barta, który leżał na ziemi.

 — Nic mi nie jest. — Zapewniał Bart i po chwili wstał. Wypadało też sprawdzić, co z Rufusem. Zaniepokojone dzieci podeszły do autobusu, a on zawstydzony długo nie mógł wyjaśnić, co się stało? Właśnie zorientował się, że tajemniczy Mechanik Czarodziej, który namówił go do tej ucieczki gdzieś zniknął, podczas gdy Bart, Gacek i Ala, od których chciał uciec, stoją przy nim.

 — Czemu nagle odjechałeś? — Zapytała Ala.

 — Miałem problemy z silnikiem. — Powiedział zawstydzony Rufus.

 — Akurat. — Roześmiał się Bart. Rufus zrozumiał, że nie warto ukrywać prawdy i wreszcie wyjaśnił.

 — Chyba chciałem od was uciec, chciałem ruszyć przed siebie, tak jak wtedy, gdy uciekłem z zajezdni. Chciałem być autobusem dla samego siebie, a przecież tak naprawdę jestem pociągiem. Ale czy jestem pociągiem czy autobusem, powinienem każdego odwieźć do domu i sam także powinienem wrócić do swoich. — Przyznał zawstydzony Rufus.

 — Lepiej jednak sprawdźmy, czy wszystko w porządku z twoim silnikiem. — Powiedział Bart i razem z Gackiem uchylili klapę, by zajrzeć do środka. Gacek poświecił latarką, a Bart obejrzał wszystkie kabelki.

 — Może jakoś dojedziemy. — Stwierdził niepewny.

Jechali spokojnie, lecz od czasu do czasu Rufusem trzęsło, jakby miał dreszcze i drgawki, aż nagle coś strzeliło w silniku: „csss, buch, bamm, trrrrytytumm” i pojawił się dym, aż w końcu Rufus się zatrzymał

 — Oj i znów się zepsułem. — Stwierdził ze smutkiem i zobaczył, że właśnie zatrzymał się tuż przed torami kolejowymi, którymi kiedyś jeździł jako pociąg.

 — Może uda mi się to naprawić. — Zaproponował Bart, przygotowując znów swoje narzędzia.

 — Czekajcie, ktoś tam jedzie! — Zauważyła Ala. Nagle z ciemności i mgieł wyłonił się jakiś dziwny kształt. Rufus się wystraszył

 — Czy to pociąg widmo, o którym mówił mi kiedyś wujek?

 — Pociągi widmo nie istnieją. — Roześmiał się Bart.

 — Tak samo jak mówiące pociągi, czyż nie? — Skwitował Gacek. Kiedy Rufus dojrzał, kto tu podjechał jeszcze bardziej się przeraził.

 — Wolałbym, żeby to był jednak pociąg widmo. — Przyznał.

 — Dlaczego? — Oto tuż obok, na torach stał dumny pociąg Arno, z którym nie tak dawno Rufus przegrał wyścig. Co za wstyd. Arno stał z podciągnikiem, jakby był przygotowany na tą trudną sytuację.

 — Może przyda ci się pomoc? —Zaproponował Arno i zaczepił hakiem o Rufusa. Ten chwilę się zastanowił, bo nie chciał, żeby akurat Arno mu pomagał. Ale co można było poradzić? Lepiej chyba wrócić z Arno, niż tak stać na tej pustej drodze, tym bardziej że Gacek, Ala i Bart chcieli wrócić do swoich domów. Trzeba była zapomnieć o swoim wstydzie.

 — No dobrze. — Zgodził się w końcu Rufus. Arno się uśmiechnął i zaczepił hak. Gacek, Ala i Bart wysiedli z pociągu. Arno wciągnął Rufusa na przyczepę, a sam zaprosił dzieci do siebie.

 — To wskakujcie dzieci, podwieziemy was. — Dzieci popatrzyły po siebie i wsiadły do Arna, który od razu ruszył.

Jechali tak już kilkanaście minut, kiedy Rufus przerwał ciszę pytaniem, które trochę brzmiało jak pretensje.

 — Skąd się tu w ogóle znalazłeś, skąd wiedziałeś, że tu będę? — Arno się uśmiechnął z satysfakcją i odparł.

 — Śledziłem cię. Widziałem, jak wymknąłeś się z warsztatu. I zaciekawiło mnie, że nie jedziesz po torach, tylko po zwykłej drodze.

 — Tak, mam koła jak autobus.

 — Tyle, że teraz się zepsułeś.

 — Nie musisz mi o tym cały czas przypominać. — Odpowiedział urażony Rufus.

 — Spokojnie. Nie chcę cię gnębić. — Bart pociągnął hamulec i dał znak.

 — To mój przystanek, dalej już sobie poradzę.

 — Poczekaj, odprowadzimy cię. — Powiedział Gacek.

 — Nie musicie.

 — Ale chcemy. — Zaznaczyła Ala.

 — Nie będę się kłócił. — Powiedział Bart i podszedł do Rufusa, aby się pożegnać:

 — Dzięki za tą przygodę. To była moja najlepsze przejażdżka autobusem.

 — Polecam się na przyszłość. — Odparł Rufus.

 — Ale jako autobus czy pociąg? — Zapytał Bart.

 — Zrozumiałem, że jednak moje miejsce jest na torach. Jestem pociągiem. I dziękuję ci, że próbowałeś mnie naprawić.

 — Szkoda, że mi się nie udało.

 — Zrobi to ktoś inny.

 — Trzymaj się… torów. Ha, ha. Kto wie, może jeszcze kiedyś się przejedziemy?

 — Może.

 — Na razie.

 — Do zobaczenia dzieciaki! — I tak pociągi pojechały swoim torem, a dzieci poszły swoją drogą, bo tak już musi być, że pociągi wracają torami do zajezdni, a dzieci po przygodach wracają do domu.

 — Strasznie ciemno. — Przyznała Ala. Istotnie, aleja ukryta między drzewami nie była zbyt dobrze oświetlona, ale była to najkrótsza droga do ich osiedla.

 — Od czego mamy latarki. — Dodał Gacek i po chwili z jego latarki rozbłysło jasne światło, które ukazało dzieciom dalszą drogę.

 — To gdzie w końcu mieszkasz? — Zapytała Ala.

 — Za tym zakrętem. — Odparł Bart.

 — To niedaleko nas. Jak to możliwe, że nigdy się nie spotkaliśmy? — Zapytał Gacek.

 — Może się widzieliśmy, ale nie pamiętamy tego. — Odpowiedział Bart.

 — Odprowadzimy cię.

 — Nie wierzycie, że wrócę do domu sam, tak?

 — Lepiej żebyśmy wszyscy wrócili do naszych domów cali i zdrowi. — Powiedziała Ala. Bart się nagle zatrzymał i oznajmił:

 — Póki jeszcze nie zapomniałem. Chciałem wam to dać. — I wyciągnął z kieszeni:

 — Klucze? — Zdziwił się Gacek.

 — Do skręcania, odkręcania, przykręcania. Na pewno się przyda, gdy będziecie chcieli coś naprawić. Zawsze lepiej spróbować coś naprawić, niż wyrzucić, czy uciec, nie?

 — Racja. — Zgodzili się Ala i Gacek. Gacek po chwili wyciągnął z kieszeni zapasową latarkę i podał Bartowi.

 — A to dla ciebie.

 — Latarka? — Zdziwił się Bart.

 — Żebyś zawsze znalazł drogę do domu, nawet gdy jest bardzo ciemno. — Powiedziała bardzo pięknie Ala.

 — Dziękuję. Na pewno się przyda. — Odparł Bart i od razu zapalił latarkę.

Przeszli kolejne parę metrów oświetlając sobie drogę, aż wreszcie Bart oznajmił.

 — Tutaj właśnie mieszkam. — Wskazał na wielki dom.

 — Rety, to jest twój dom?! Wygląda jak pałac. — Powiedziała zaskoczona Ala.

 — I ty chciałeś uciekać z takiego domu? Nie rozumiem cię. — Dziwił się Gacek.

 — Ja też czasem siebie nie rozumiem. Może mam za dużo zabawek i wolnego czasu, i dlatego czasem popełniam takie gafy. — Przyznał Bart. Nagle zza rogu wyszli jacyś państwo, którzy od razu na widok Barta zawołali:

 — Synku, szukaliśmy cię w całym domu, gdzie ty się podziewałeś?

 — Mieliście wrócić dopiero jutro. — Powiedział oburzony Bart.

 — Ale wróciliśmy dzisiaj. A ty? Gdzie byłeś?

 — Na spacerze z przyjaciółmi. — Oznajmił Bart i mrugnął okiem do Ali. Rodzice Barta popatrzyli zdziwieni na Gacka i Alę.

 — Nie mówiłeś, że masz przyjaciół.

 — Za to mam nadmiar zabawek w domu. — Odparł z pretensjami w głosie Bart.

 — Ale dlaczego w nocy wyszliście na ten spacer? — Drążyli rodzice.

 — To długa historia mamo. Odwiedziliśmy pewnego chłopca, który potrzebował pomocy.

 — Ty pomagałeś? — Dziwili się rodzice, nie mogąc połączyć tych wyjaśnień w logiczną historię.

 — Tak naprawił wózek pewnemu chłopcu w szpitalu. — Potwierdziła Ala.

 — Może jeszcze jakoś będziemy mogli mu pomóc albo innym? Zawsze znajdą się jakieś prezenty. — Zaproponował tata Barta i popatrzył na wzruszoną żonę.

Gacek i Ala wracali do domu śmiejąc się i żartując z tego całego spotkania. Nawet nie zauważyli, gdy stali już pod drzwiami swego domu. Za to zauważyła ich ciotka Leokadia, bo od razu otworzyła drzwi i oczywiście musiała zadać to ważne pytanie, które wcześniej zadali rodzice Barta:

 — Gdzie wyście się podziewali w taką burzę? Usłyszałam was właśnie na klatce. Co to za nocne wycieczki?

 — My właśnie, yyyyy… — Zająknął się Gacek patrząc na siostrę, która od razu opanowała sytuację, tłumacząc:

 — Tak, właśnie dostarczyliśmy pewnej miłej pani to niebieskie pudełko, o które prosił tata.

 — Same kłopoty z tym głupim pudełkiem! Marsz do domu. Natychmiast! Do łóżek i spać —Zarządziła ciotka Leokadia niczym generał. Dzieciom nie pozostawało nic innego, jak odpowiedzieć po żołniersku: „Tak jest”.

 — A jak się czuje tata?

 — On w przeciwieństwie do was smacznie śpi i jest grzeczny! — Kiedy już Gacek i Ala leżeli w łóżkach, nie mogli się powtrzymać, by wreszcie zapytać siebie.

 — Co za dziwna przygoda. A może wszystko to nam się śniło? Tylko pomyśl jechaliśmy autobusem…

 — To był pociąg. — Zwrócił uwagę Gacek

 — No dobra jechaliśmy pociągiem, który mówił i chciał być autobusem. Przecież to było jak sen! Ale spotkaliśmy fajnych ludzi. Super, że jeszcze tam pojedziemy z różnymi prezentami i odwiedzimy te dzieciaki. — Mówiła Ala. Lecz Gacek jej już nie odpowiedział, bo spał w najlepsze.

 — Jak zwykle gadam do siebie. — Westchnęła Ala.

Tymczasem dwa pociągi: Arno i Rufus wracając do zajezdni gadały ze sobą w najlepsze.

 — Wiesz, trochę boję się wrócić.

 — Daj spokój, któż by nie chciał się wyrwać z tej zajezdni? Każdy pociąg od czasu do czasu o tym marzy.

 — Ty też? Przecież jesteś najszybszym pociągiem w tej zajezdni? — Dziwił się Rufus.

 — Ale też marzę, by czasem pojechać inną drogą niż mam w planie. Swoją drogą byłeś bardzo odważny, że uciekłeś z tej zajezdni.

 — Chciałem być inny, szybszy, nie być ograniczonym przez tory, a teraz wracam jako przegrany i to jeszcze z kołami od autobusu. Co za wstyd. — Zamartwiał się Rufus.

 — Ale przecież spełniłeś swoją misję, dostarczyłeś te dzieci do miejsca, do którego chciały.

 — Ale się zepsułem.

 — W warsztacie postawią cię na cztery kółka. Ha, ha! — Pocieszał go Arno.

 — Wiesz, mimo wszystko miło być podwiezionym przez najszybszy pociąg w naszej zajezdni.

 — I miło ciągnąć tak uprzejmy pociąg jak ty drogi Rufusie. — Przyznał Arno.

Dojechali do zajezdni, a potem Rufus zjechał powoli do warsztatu. Wstydził się pokazać innym pociągom, bo wciąż miał koła autobusu. Wstydził się tego co zrobił, ale nie mógł już cofnąć czasu. I chociaż nie mógł płakać, to właśnie teraz przeżywał taką chwilę, w której każdy człowiek, któremu jest bardzo smutno, płacze. Wtem jednak usłyszał znajomy głos:

 — No i jak, ciężko być autobusem, prawda? Ciężko okłamywać siebie, że jest się kimś innym? — Był to głos Czarodzieja Mechanika, który zmienił Rufusa w autobus.

 — Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym znowu być pociągiem i jeździć po torach jak moi znajomi z drużyny. — Mówił rozmarzony Rufus.

 — Skoro takie twoje życzenie, niech tak będzie. Ale stawiam ci jeden warunek. — Zaznaczył czarodziej.

 — Znowu będę musiał cię podwieźć?

 — Przede wszystkim zawsze służ swoim pasażerom i ciesz się z tego, że jesteś pociągiem, że jesteś sobą.

 — Będę służył. Będę najwygodniejszym i najszybszym pociągiem, który każdego dowiezie na czas. — Przysięgał Rufus.

A rano, gdy pierwsze promyki słońca dotknęły lśniących wagonów stojących w zajezdni, Rufus się zorientował, że właśnie wyjeżdża na swój nowy kurs. Nikt niczego nie zauważył, nikt nic nie naprawiał, nic nie przykręcał, nikt się nie śmiał. O co tu chodzi? Rufus zdał sobie sprawę, że znowu jest pociągiem, który ciągnie za sobą kilkanaście wagonów. Ucieszył się bardzo. Po chwili podjechał do niego stary wuj i powiedział:

 — No dziś twój wielki dzień. Nowa trasa przez Zieloną Krainę.

 — Nie wiedziałem. Bardzo się cieszę. — Odparł wzruszony Rufus.

 — I pamiętaj mój mały, całe nasze życie to jedno wielkie koło, na którym spotykamy ciągle tych samych ludzi, ale zawsze na innych przystankach.

I tak na jednym z peronów Rufus zauważył Gacka, Alę i Barta z dużymi torbami pełnymi różnych prezentów, a tuż obok stała jeszcze grupka dzieci z różnymi narzędziami.

 — Tata chciał nas podwieźć, ale ja się uparłem, by jechać naszym ulubionym pociągiem. Poza tym mamy tu jeszcze grupę pomocników, która chętnie coś naprawi. — Powiedział Bart i mrugnął okiem do Ali.

 — I kogo ja znów widzę! Podwieźć was? — Ucieszył się Rufus.

 — Wooow, ale pociąg. — Odezwały się dzieciaki.

 — Jedziemy na ulicę Wesołą zawieźć trochę prezentów i trochę ponaprawiać. — Oznajmiła Ala.

 — Wszystko dla moich pasażerów. — Oświadczył z radością Rufus. Tam gdzie tory mnie poniosą. „Odjazd!” Ssss, Buch, du, du du, dum.

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

GREG ZORBA. PIĘKNA KATASTROFA

LALKA