BAJKA O GITARZE

 DOPÓKI STRUNY SĄ W GITARZE

 

Był raz sobie młody grajek, co zwał się Horacy Horek Gromek. Nieustannie przemierzał kolejne miasteczka, aby grać dla ludzi, bo to lubił najbardziej. Mimo, że jego gitara była zrobiona z drewnianej, zniszczonej skrzynki, w której mieszkała mała myszka imieniem Reszko, to jednak muzyka wydobywająca się z tego instrumentu, sprawiała wszystkim radość. Kiedy Gromek dawał koncerty, sprytny Reszko wychodził do ludzi z wielką czapką i tańczył przed nimi, by zebrać trochę złotych monet. A nawet jeśli ludzie niewiele sypali pieniędzmi, to chętnie zapraszali Horka i Reszka na obiad i nocleg. A gdy brzuchy były pełne i ciała wypoczęte, ruszali dalej w drogę. I tak płynęło życie tych dwóch na podróżowaniu między różnymi miasteczkami, od wschodu do zachodu słońca i koncertowaniu dla wszystkich, biednych, bogatych, złych i dobrych. Czy upał, czy deszcz, Horacy Gromek uparcie trzymał swoją gitarę i grał na niej niezwykłe melodie, śpiewając sobie wesoło: „dopóki struny są w gitarze, możemy spełnić tysiąc marzeń” — zapominał o tym, co złe i szedł dalej.

Trudno uwierzyć, że Gromek kiedyś wiódł zupełnie inne życie. Był bowiem synem Gromisława Potężnego, władcy Krainy Nudziarzy, gdzie wszystko było nudne. Wszyscy się nudzili, począwszy od króla po jego poddanych, a dookoła panowała okropna cisza. Aż tu nagle jedyny syn Gromisława, Gromek Horek postanowił, że będzie żył inaczej. Uparcie tworzył w swoim pokoju różne wynalazki, ale najchętniej sięgał do swojego dziwnego instrumentu, który sobie zbudował z drewnianej skrzynki, deski i metalowych strun. Wierzył, że swoją muzyką odmieni nudne królestwo Gromisława. Ale na znudzonych chyba nie było dobrego lekarstwa. Gdy im grał, wszyscy i tak sprawiali wrażenie zimnych posągów. Wreszcie młody książę postanowił, że nie chce żyć w tym nudnym i smutnym królestwie. Męczyło go ubieranie się w drogie szaty i udawanie, że jest kimś bardzo ważnym. W końcu postanowił, że ucieknie z domu, gdzieś daleko, gdzieś przed siebie, tak jak codziennie niosły go muzyka i wyobraźnia.

I tak minęły długie lata na zwiedzaniu miast i miasteczek i graniu dla różnych ludzi. Aż któregoś dnia, gdy Horek grał sobie jak zwykle na ulicy, czarując różnymi dźwiękami, przejeżdżała obok akurat wielka, złota kareta, ciągnięta przez cztery białe konie. Wszyscy na ulicy przystanęli, by przyjrzeć się jej dokładnie. Kareta się zatrzymała i wysiadł z niej pewien pan w pięknym ubraniu, który z pewnością był kimś ważnym. Podszedł do Horacego i przyjrzał mu się z uwagą, po czym poprosił, żeby ten jeszcze raz zagrał. I Gromek zagrał tak pięknie, jak tylko potrafił. Ważny pan docenił to i przedstawił się:

 — Jestem sekretarzem księcia Arcymira. Słyszę, jak pięknie grasz. Książę szuka takich utalentowanych ludzi na swój dwór, bo nie lubi się nudzić. Chce się otaczać artystami i wynalazcami. Jeśli chciałbyś, mógłbym cię jutro zabrać i przedstawić księciu. — Gromek spojrzał na Reszka, który pokiwał główką. To była ich życiowa szansa.

 — A niech mnie struna! Oczywiście. Będę zaszczycony! — Podskoczył z radości Horek.

 — Zatem dobrze, czekaj na mnie w tym samym miejscu, jutro o dziesiątej rano. — Przykazał ważny pan i wrzucił do czapki Horacego sporo pieniędzy, po czym się skłonił i wsiadł do złotej karety. Gromek również się ukłonił i zatarł ręce. Był tak podekscytowany, że nawet przestał grać. Chodził w kółko, zastanawiając się, jakby to było na dworze wielkiego księcia. Wreszcie znalazłby wygodny dom i to w samym pałacu. Może byłby ulubionym muzykiem księcia? Codziennie jadłby pyszne uczty i stroił się w piękne ubrania. Może kiedyś sam zostałbym księciem? Ale nie! Przecież on sam kiedyś uciekł ze swego królestwa! Po co mu taki ciężar? Myślał o tym wszystkim, chodząc tu i tam, aż nagle zerknął przez przypadek na lustro, które znajdowało się w witrynie sklepowej i zasmucił się wielce, bo zobaczył siebie takiego, jakim był. W obdartym ubraniu, z brudną twarzą i zniszczoną gitarą, która właściwie była skrzynką z przybitą deską, gdzie mieszkała mysz, nie wyglądał jak ktoś, kto mógłby odwiedzić wielkiego księcia. Zaniepokoił się wielce. Przecież książę go nie przyjmie! A nawet jeśli, to z pewnością na dworze księcia wszyscy równie ważni ludzie go wyśmieją. Z drugiej strony przecież sekretarz nic nie wspominał o jego złym stroju. Może dadzą mu jakieś inne ubranie na miejscu, aby mógł wystąpić przed księciem, nie czując wstydu? Chwila, moment! Przecież dostał trochę pieniędzy od tego ważnego pana. Mógłby sobie kupić jakieś ładne szaty, porządnie się umyć i być gotowym na spotkanie z księciem. Zastanawiał się nad tym wszystkim, czując się coraz bardziej niepewnym, aż tu ktoś wyrwał mu czapkę z pieniędzmi i pobiegł, znikając w tłumie ludzi.

 — A niech to struna! Hej! Złodziej! — Krzyknął Horek i ruszył w pogoń za uciekinierem, który był tak szybki, że zostawiał za sobą tylko szarą smugę. Za każdym razem, gdy Gromek czuł, że jest blisko złodzieja, ten już mu znikał z oczu za kolejnym przechodniem.

 — Łapcie złodzieja! — Krzyczał Horek, ale kto by tam się przejmował obdartym grajkiem, który równie podejrzanie wyglądał, jakby sam coś przed chwilą ukradł.

Wybiegł z miasteczka na polanę i na chwilę przystanął, by złapać powietrze w płuca. Nigdy jeszcze tak się nie zmęczył, a przecież był młody i silny. Cały czerwony i słaby ledwo stał na nogach, ale nie mógł odpuścić. W czapce było sporo pieniędzy, w tym hojna zapłata od samego sekretarza księcia. Wziął głęboki oddech i znów ruszył w pościg za złodziejem. Wreszcie pokonawszy kamienistą szosę, wbiegli do ciemnego lasu pełnego poskręcanych drzew, między którymi błyskały złowrogie oczy. Nieostrożny Horek w końcu potknął się o jeden z wielkich korzeni, jakie wystawały na drodze i upadł na ziemię, raniąc się w brodę. Teraz to już zupełnie wyglądał nieciekawie. Zdyszany otarł pot z czoła, a z brody ściekała mu krew. Rozejrzał się dookoła, ale nigdzie nie było złodzieja.

 — Nigdy go nie znajdę. — Powiedział zrezygnowany, rozglądając się po ciemnym lesie. Rozpłakał się i myszka Reszko też była smutna. A żeby było jeszcze smutniej, zaczęło padać i trzeba było się gdzieś skryć. Gromek dojrzał między drzewami jaskinię. Zawahał się i przeszedł go dreszcz na myśl o tym, że gdzieś głębiej w tej jaskini może mieszkać niedźwiedź albo jakiś inny stwór? Ostrożnie wszedł do środka, ale wolał zostać w przedsionku. Przysiadł przy wielkim głazie i obserwował deszcz. Chętnie by sobie pograł na gitarze, ale bał się, że swoją muzyką przywoła jakiegoś strasznego zwierza. Wtem coś zalśniło w tej ciemnej głębi. Co to mogło być? Czy oczy jakiegoś stwora, czy może skarb? Horek walczył z ciekawością. Co tu robić? Może wysłać zwiadowcę? To jest myśl! Sprytny i zwinny Reszko zakradł się pierwszy i zniknął w ciemnościach. Jakoś nie słychać było pisku myszy czy pomruków potwora. Wreszcie myszka wyłoniła się z ciemności i dała znak, że można iść.

Zaintrygowany Gromek wszedł do czegoś, co przypominało komnatę pełną skarbów, które lśniły w świetle świec. Szczególną uwagę zwracała piękna, złota gitara z motywami liści klonu i rzeźbioną głową lwa. Horek wziął ją w ręce i uważnie się jej przyjrzał. Wyobrażał sobie, że ta piękna gitara należy tylko do niego. Nie chciał już jej wypuszczać z rąk. Nagle teraz to on był złodziejem czyjejś własności. A co tam! Niech właściciel bardziej pilnuje swoich skarbów i nie chowa ich w jaskiniach! Gromek jak zahipnotyzowany ruszył z gitarą do wyjścia, ale jakoś nie mógł znaleźć powrotnej drogi. Czyżby zabłądził w tym labiryncie? Biegał zdenerwowany tu i tam. Gdy już zdawało mu się, że widzi znajomy tunel, wchodził nagle w jakiś nieznany zakamarek. Wtem na drodze uciekiniera pojawiło się wielkie lustro, w którym zobaczył swoje odbicie. Swoje, a jednak inne. Bo chociaż rozpoznał siebie z twarzy, która teraz była czysta jak nigdy, to był ubrany zupełnie inaczej. Zdobiły go kolorowe szaty, poprzetykane złotem, jakby rzeczywiście był na dworze księcia, a w jego rękach lśniła ta piękna, złota gitara. Zachwycił się tym odbiciem i ucieszył, że w jakiś dziwny, może magiczny sposób udało mu się tak dobrze wyglądać. Ale wtedy usłyszał czyjś ciepły głos:

 — Czyż w lustrze nie chcemy wyglądać lepiej? Chcemy być młodsi, piękniejsi i dobrze ubrani. — Z ciemności wyłoniła się piękna pani, która odbiła się w lustrze i stanęła obok Horka, ale co dziwne, gdy Horacy obejrzał się za siebie, nie widział nikogo.

 — A niech to struna, gdzie pani jest? — Pani była tylko widoczna w lustrzanym odbiciu, do którego teraz zapraszała zlęknionego wędrowca.

 — Podejdź tu do mnie, przekrocz ramy lustra, wtedy się spotkamy twarzą w twarz. — Zachęcała z uśmiechem i Gromek ruszył w kierunku lustra. O dziwo nie zderzył się ze swoim odbiciem, tylko przekroczył ramę tak, jak framugę drzwi i wszedł do innego pomieszczenia, gdzie stała właśnie tajemnicza pani w srebrnej sukni, która miała coś ważnego do powiedzenia młodemu grajkowi.

 — A teraz do rzeczy mój drogi. Od dawna szukałam kogoś, kto podejmie się tego ważnego zadania.

 — Jakiego? — Zapytał zdziwiony Horek.

 — Trzymasz je w swoich rękach. — Zwróciła uwagę. Zawstydzony Gromek spojrzał na gitarę, którą parę minut temu chciał ukraść.

 — Czyż nie chciałeś jej wziąć ze sobą, tak jakby była zawsze twoja?

 — A niech mnie struna! Nooo, tego, yyy, tak jakby. — Zająknął się Horek.

 — Wpierw musisz ją dostarczyć czarodziejowi Karadynowi, który ukrył w tej gitarze pewien cenny skarb i tylko on może go z niej wyciągnąć, nie niszcząc przy tym instrumentu.

 — Ale jaki to skarb?

 — Nie mogę ci powiedzieć. Masz sześć dni, aby dostarczyć gitarę do zamku Karadyna na Różanym Wzgórzu. Oto mapa i kompas, które zawsze wskażą ci kierunek, gdy nie będziesz wiedział, dokąd iść. — Tu podała Horkowi akcesoria i kontynuowała:

 — Musisz zdążyć w ciągu sześciu dni, aż złota gitara stanie się czarna i wybije srebrny dzwon, a ja skończę szyć moją srebrną suknię. — Tu pokazała lśniącą suknię i złotą igłę.

 — Ale ja muszę zdążyć na bal do księcia Arcymira! — Krzyknął zniecierpliwiony Horek.

 — Najpierw musisz spełnić moje zadanie. — Powiedziała twardo Pani.

 — A co jeśli nie zgodzę się na tą wyprawę? — Zapytał drwiąco Gromek. Pani się uśmiechnęła zagadkowo i przyznała:

 — Oczywiście, że możesz nie iść. Ale jako że chciałeś ukraść tą gitarę, musi cię spotkać kara. Zostaniesz uwięziony w tym miejscu na długie lata. Chyba że… — zawiesiła głos. Gromek poczuł niepokój.

 — Chyba że spełnisz moje polecenie i ruszysz do czarodzieja Karadyna. — Zagroziła pani. Horek zerknął na Reszka, który pokiwał główką.

 — A niech to struna! Niech będzie. — Powiedział zrezygnowany Gromek, przyglądając się mapie i kompasowi.

 — Wspaniale. Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz.

 — A mam jakieś inne wyjście? — Zapytał z ironią.

 — Pamiętaj, że jeśli zboczysz z drogi, również spotka cię kara.

 — Gorzej być nie mogło. — Powiedział smutny Gromek.

 — Masz sześć dni! Patrz na kompas i mapę, gdzie będzie widoczna twoja droga. A nade wszystko! Staraj się w tej podróży pomagać innym ludziom i pamiętaj, że ta złota gitara i jej struny mają magiczną moc. Gdy znajdziesz się w niebezpieczeństwie lub będziesz chciał komuś pomóc, użyj ich bez wahania! — Pouczyła pani i gitara zalśniła.

 — Będą jakieś niebezpieczeństwa? — Zapytał wystraszony Gromek.

 — Jak to w każdej przygodzie. Nic nie przychodzi łatwo. — Roześmiała się Pani, ale Horkowi nie było do śmiechu.

 — W co ja się wpakowałem? — Powiedział do siebie.

 — Chciałeś ukraść gitarę, więc ją dostarczysz. I wykażesz się odwagą.

 — A czemu pani nie może jej dostarczyć?

 — Bo mam ważniejsze obowiązki, jak choćby szycie tej sukni.

 — No jasssne! Też wolałbym szyć suknię. — Odparł zrezygnowany.

 — Ale chyba byś jej nie nosił? — Zażartowała i Reszko zapiszczał, jakby się śmiał.

 — Bardzo śmieszne! — Obraził się Horek.

 — No idź już! — Powiedziała stanowczo i zerwała ze ściany purpurową kurtynę, za którą ukazała się droga. Gromek niepewnie przekroczył próg i zdał sobie sprawę, że jest już na świeżym powietrzu. Słońce świeciło, niebo było bezchmurne i aż chciało się iść. Gdy Horacy obejrzał się za siebie, nie było już widać jaskini, ani pięknej pani w srebrnej sukni. Nowa droga niosła obietnicę niezwykłej przygody.

Po spokojnym spacerze przez łąki i jabłkowe sady, Horek i Reszko musieli przyspieszyć, bo oto usłyszeli za sobą coś, czego nie chciałby usłyszeć żaden wędrowiec, przemierzający samotnie drogę. Oto stado głodnych wilków ruszyło w pogoń za biednym Gromkiem. Każdy z nich pokazywał co chwila swoje ostre zęby, jakby były u dentysty.

 — A niech to struna! Tylko tego mi brakowało. — Przeraził się Gromek, lecz Reszko od razu mu przypomniał, że przecież ma niezwykłą gitarę i może ją wykorzystać. Czy te wilki aby nie są zbyt zdenerwowane? Może gdyby usłyszały piękną muzykę, złagodniałyby trochę? Horek jednak nie miał czasu zagrać jakiejś pięknej melodii, bo wilki wręcz deptały mu po piętach. A jeden nawet odgryzł kawałek ubrania Gromka. Na szczęście nasz bohater w porę zobaczył przed sobą jakieś wysokie, okazałe drzewo i pomyślał, że to może być jego szansa na wytchnienie. Szybko wdrapał się jak najwyżej, skąd obserwował z niepokojem, jak wilki właśnie otoczyły dąb. Reszko próbował zniechęcić wrogów, rzucając w nich żołędziami, ale to jeszcze bardziej pogorszyło sytuację. Gromek wreszcie zaczął grać na gitarze jakąś łagodną melodię, która mogłaby być kołysanką. Podczas gdy wilki wydawały przeraźliwe odgłosy, Horacy uparcie grał. I w końcu stała się rzecz niezwykła, bo po paru minutach wilki wreszcie usnęły. Horek ucieszył się, że jego muzyka łagodzi obyczaje. Szybko i po cichu zszedł z drzewa i ruszył dalej przed siebie zdecydowanym krokiem. „Dopóki struny są w gitarze, możemy uciec od złych zdarzeń!” — Śpiewał sobie wesoło i zerkał na kompas, przemierzając kolejne łąki, lasy i sady. Po paru kilometrach usłyszał za sobą jakieś krzyki. Odwrócił się i zobaczył dwóch uciekających panów, a za nimi biegł zdyszany pan policjant, wołając:

 — Złodzieje!

Horek podłożył nogę jednemu ze złodziei, a ten runął na ziemię, po czym drugi potknął się o niego i również upadł jak kłoda drewna. I tak leżeli jeden na drugim, ciężko sapiąc, bo chyba już przebiegli sporo kilometrów. Wreszcie dobiegł do nich pan policjant z zamiarem związania ich, lecz nie miał przy sobie ani kajdanek, ani tak długiego sznura.

 — Czym ja was zwiążę? Zapomniałem dziś kajdanek. — Zapytał, drapiąc się po głowie.

 — Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej. — Zaśmiał się jeden ze złodziei.

 — Ja nic nie ukradłem. — Tłumaczył się drugi.

 — Ja też nic nie ukradłem. — Dodał pierwszy.

 — Wszyscy tak gadają. — Skwitował policjant, przeszukując obu. Aż wreszcie wyciągnął z ich kieszeni jakieś skarby.

 — To moje! Należy do mnie! — Wołali jednocześnie.

 — Wydaje mi się, że należy do kogoś innego.

 — Nie, to należy do mnie od bardzo dawna. Ja nic nie zrobiłem!

 — I ja też. — Tłumaczyli się tak samo.

 — To czemu uciekałeś? — Zapytał Gromek.

 — A bo lubię sobie biegać. — Odparł złodziejaszek i zaśmiał się z drugim, po czym ruszyli znowu przed siebie.

 — Stójcie! — Krzyczał zdyszany policjant.

 — Wolimy uciec. Ha, ha! — Reszko poklepał Gromka po ramieniu, a ten coś sobie przypomniał. Wyciągnął szybko strunę z gitary i zarzucił nią tak, jak kowboj zarzuca lasso. Pętla zacisnęła się na ramionach uciekinierów tak mocno, że od razu upadli na ziemię. Horek zwinnie zawiązał węzełek, po czym przekazał strunę policjantowi.

 — Dziękuję ci młody człowieku. Bardzo mi pomogłeś.

 — Więc nadal nie wie pan, kto jest złodziejem? — Zapytał Gromek.

 — Ja tylko łapię takich jak ci tutaj, a osądzi ich sędzia. Teraz musimy wracać na posterunek. A to kawał drogi. Wszystkie mnie już boli. — Skarżył się policjant.

 — Trzeba było nas puścić. — Żartował jeden z uciekinierów. Reszko poklepał Horka w ramię i wskazał na stary drewniany wózek, który leżał w trawie.

 — Niech pan wejdzie na ten wózek i trzyma mocno strunę, a związani niech go ciągną. Będzie miał ich pan na oku, a jednocześnie się pan nie zmęczy.

 — Co za głupi pomysł! — Oburzyli się uciekinierzy.

 — Mamy być jak konie, ciągnące ten stary wózek? — Zdziwił się drugi złodziej.

 — Odpoczniecie sobie na posterunku.

 — A jeśli się wcześniej rozwiążemy, to co?

 — Ta struna pochodzi z magicznej gitary, nie puści was, dopóki nie dojedziecie na miejsce, wskazane przez pana policjanta. — Zapewnił Horek. Złodzieje popatrzyli po sobie przerażeni i zaczęli się szarpać ze struną, ale za nic nie mogli jej zdjąć z siebie. Musieli biec tam, gdzie wskazał policjant, a potem czekać na sprawiedliwy wyrok. I ruszyli przed siebie, ciągnąc wózek z policjantem. Horek odprowadził ich z uśmiechem i podrapał się po głowie, zastanawiając się, w jaki jeszcze inny sposób mógłby wykorzystać tą niezwykłą gitarę. Struna, która wydawała piękny dźwięk, złapała teraz złodziei. Co będzie dalej? Aż strach pomyśleć. Naszemu bohaterowi pozostawało łapać kolejne, dziwne przygody. Bo dopóki struny w gitarze, trzeba się cieszyć z obecnych zdarzeń.

Szedł tak już jakiś czas Gromek, brzdękając sobie wesoło na nowej gitarze i gwiżdżąc, gdy wreszcie napotkał rolników, którzy pracowali w polu. Pomyślał sobie, że może tu trochę odpocznie i przy okazji zagra jakieś wesołe melodie, które wprawią w dobry nastrój zmęczonych robotników. W końcu zawsze gdy grał, ludzie się cieszyli przy jego muzyce, ale jednak teraz było inaczej. Zamiast pochwał, usłyszał pretensje:

 — Hej, mógłbyś nam tu nie hałasować! Denerwuję mnie to! — Krzyknął rolnik, starający się związać siano, lecz sznurek mu się zerwał.

 — Jak to hałasować?! Przecież to najpiękniejsza muzyka! Ty się nie znasz! Masz tylko to siano! — Oburzył się Horacy.

 — Z którego zrobię mąkę, a potem chleb i nakarmię nim innych głodnych. — Wyjaśnił rolnik z dumą.

 — A ja mam tylko gitarę, jest lekka i nosi w sobie tyle melodii, które cieszą wielu ludzi.

 — Ale ja tu nie potrzebuję melodii. — Odparł krótko rolnik, starając się związać siano.

 — Czemu tak bardzo chcesz teraz związać to siano? — Dziwił się Horek.

 — Mój dziadek mówił, że jak człowiek zwiąże wszystkie swoje problemy, łatwiej mu je nieść na barkach. Ale teraz muszę jakoś przenieść to siano, by uchronić je przed deszczem.

 — A ja wolę swoje problemy przełożyć na piękne melodie. Od razu mi lżej, jak sobie zagram i ludziom się to podoba. Nagradzają mnie oklaskami…

 — A ty znowu swoje! — Zdenerwował się rolnik.

 — Przecież zawsze gdy grałem, ludzie się cieszyli. Przy mojej muzyce ich praca była lżejsza. — Bronił się Gromek

 — Będzie lżejsza, jak przestaniesz hałasować i pomożesz mi z tym sianem. — Odpowiedział rolnik.

 — Pobrudzę sobie ubranie. — Powiedział z żalem Gromek, zerkając na swoje piękne szaty.

 — Więc zdejmij je i pomóż mi wreszcie. — Odparł zniecierpliwiony rolnik. Horek zdjął szatę, odłożył gitarę i próbował jakoś związać z rolnikiem siano. Również mały Reszko chciał pomóc, ale rolnik go przepędził.

 — Zabieraj stąd tą mysz!

 — To mój przyjaciel!

 — A dla mnie to wróg! Mam dosyć myszy w moim sianie! — Reszko się obraził i odsunął na bok.

 — Lepiej nie lekceważ tej małej myszki. Niejeden raz mi pomogła i niejeden raz pokona tego czy innego wroga — Pouczył rolnika Gromek.

 — Och już się boję. Na razie niech się trzyma z dala od mego siana! A teraz spróbujemy jeszcze raz. — Zarządził rolnik, obwiązując sznurkiem siano, które przytrzymywał Gromek. Ale i po raz kolejny się nie udało. Sznurek pękł.

 — Ech! Potrzebuję jakiegoś mocnego sznura, albo… — Tu rolnik zawiesił głos i spojrzał na gitarę, po czym powiedział z uśmiechem:

 — Albo właśnie takiej struny. — Podszedł i dotknął mocnych strun gitary.

 — Jak śmiesz dotykać brudnymi rękami moją gitarę?! — Krzyknął Gromek.

 — Tylko zaproponowałem. Nie gorączkuj się tak. — Ale wtedy Horek się zamyślił, bo przypomniał sobie słowa czarodziejki, że ta gitara jest magiczna i pomoże każdemu, gdy będzie potrzebował pomocy. Reszko pokiwał głową i po chwili Gromek niechętnie wyjął strunę, która okazała się dłuższa, niż by się wydawało na pierwszy rzut oka i była w sam raz, aby związać siano.

 — No nareszcie! Bardzo mi pomogłeś młodzieńcze. To rzeczywiście prawda, że muzyka pomaga, ha, ha. — Po czym wyciągnął ze swojej torby bochenek chleba i mleko w butelce.

 — To dla ciebie chłopcze. — Oznajmił, po czym jeszcze wyciągnął z torby mały kawałek żółtego sera i podał Reszkowi.

 — A to dla twojej myszy. Zasłużyliście. — Gromek, rolnik i Reszko zjedli razem skromne śniadanie, po czym Horek ruszył dalej w drogę, zastanawiając się, jak zastąpić brakujące struny w złotej gitarze. Mimo tej straty, cieszył się, że znowu pomógł komuś. „Dopóki struny są w gitarze, możemy spełnić tak wiele marzeń!” — Śpiewał sobie wesoło i szedł dalej przed siebie, a wierny Reszko siedział mu na ramieniu.

Teraz jednak, po przebyciu kolejnych kilometrów sam Gromek potrzebował pomocy w pokonaniu rwącej rzeki. Nigdzie nie widział żadnej łódki, mostu czy czegokolwiek, co pomogłoby mu dostać się na drugi brzeg. Zapytacie pewnie, dlaczego musiał koniecznie pokonać rzekę. Bo nie mógł zboczyć z trasy. Patrzył na kompas i na mapę, które wyraźnie wskazywały, że ma przepłynąć rzekę. Jednak pomysłowy Reszko wskazał łapką na gitarę. Ale dlaczego na gitarę? Bo ta gitara była wyjątkowa! Nie tylko wydobywała z siebie piękne dźwięki, ale również mogłaby pływać jak łódka. Doprawdy? Aż szkoda było zanurzać w wodzie tak piękny instrument. Ale co tam. Liczyło się pokonanie kolejnej przeszkody. Gromek przeszedł tam, gdzie był najniższy brzeg. Ostrożnie położył gitarę na wodzie, po czym niepewnie wszedł na nią jak na małą tratwę i o dziwo instrument utrzymał się na powierzchni wody. Ale jak tu płynąć dalej? Reszko wskoczył do wody i zaczął pchać małą tratwę. Zawstydzony Horek nie mógł pozwolić, aby jego mniejszy przyjaciel pchał gitarę z nim samym, więc wskoczył również do wody i zaczął pchać łódkę, na której odpoczywał sobie teraz Reszko.

Dopłynęli do jakiejś dziwnej wysypy, która również była zaznaczona na mapie jako bardzo istotny punkt całej przygody. Horacy rozejrzał się dookoła, ale nie było to zbyt przyjemne miejsce. Wyglądało bardziej jak wysypisko śmieci. Wszędzie walało się mnóstwo porozrzucanych sprzętów, na środku zaś stała jakaś wielka konstrukcja podobna do zegara, w której zamocowane były zębate koła, drążki, dźwignie, sprężyny i inne dziwne części. Horacy długo przyglądał się temu mechanizmowi, nie mogąc zrozumieć, do czego to służy.

 — Nie działa. Pik, pik, tuk. — Usłyszał za swoimi plecami. Przestraszony odwrócił się i zobaczył jakiegoś rozczochranego pana w wielkich okularach, który był wyraźnie smutny. Na kieszonce od jego koszuli widać było jeszcze blady napis: „Inżynier Śrubka”.

 — A niech to struna! Dlaczego nie działa? — Zapytał zdumiony Gromek, podczas gdy Reszko skakał między zębatymi kołami, chcąc je wprawić w ruch.

 — Nie mam odpowiedniej części. Pik, tuk.

 — Ale jakiej? — Inżynier spojrzał na niego z uśmiechem i powiedział drwiącym tonem:

 — Nie obraź się chłopcze, ale mi nie pomożesz. Jesteś tylko zwykłym grajkiem i włóczęgą. Nie masz raczej pojęcia o maszynach.

 — Niech pan nie ocenia tak łatwo ludzi, oni nie są jak te maszyny. — Pouczył go Gromek. Inżynier Śrubka zamyślił się chwilę i wreszcie podał rękę Horkowi.

 — Wybacz mi. Być może za długo przebywałem między maszynami, a za mało doceniałem ludzi. Nazywam się inżynier Śrubka, od lat buduję różne dziwne maszyny, które i tak są nieprzydatne dla ludzi.

 — Bo nie poznał pan dobrze ludzi i ich potrzeb. To jest sekret dobrego wynalazcy. Ja mam na imię Horek Gromek, a to mój towarzysz, Reszko. Wiem, że ludzie potrzebują muzyki, która może wyrazić tak wiele, od wzruszenia po radość. Dlatego wędrujemy to tu, to tam i gramy dla ludzi różne melodie, by sprawić im przyjemność. Tego właśnie ludzie potrzebują od takich jak ja. A czego pan potrzebuje, aby uruchomić wreszcie tą maszynę?

 — Ach, pik, pik tuk, tuk, potrzebuję cienkiego drucika, albo czegoś podobnego do struny. — Wyjaśnił inżynier.

 — I co wtedy?

 — Założę ten drucik i maszyna powinna działać.

 — Ale co będzie robić?

 — Sam już nie wiem.

 — Jak to?

 — Już zapomniałem, do czego miała służyć. Wszystkie moje maszyny, które budowałem, nigdy nie miały funkcji, bo zawsze zapominałem, do czego miały służyć. A ludzie i tak ich nie potrzebowali.

 — Ale jak można zapomnieć, co się budowało?! — Dziwił się Horek.

 — Taki już mój los, że zawsze zapominam, do czego miały służyć moje maszyny.

— No tak. Jak ja gram na gitarze, też zapominam o całym świecie. Ale muzyka daje mi radość, tak samo jak daje radość ludziom, dla których gram. Pozwala im zapomnieć o problemach.

 — Więc zagraj i dla mnie, może wtedy sobie przypomnę, do czego służy ta maszyna. — Zaproponował wynalazca. Gromek się ucieszył, bo dawno nie grał dla nikogo, aby mu pomóc w rozwiązaniu jego problemu. Zagrał jakąś ciekawą, inspirującą melodię, a wynalazca się zamyślił.

 — No i co? — Zapytał wreszcie Horek, przestając grać.

 — Nic, nadal nie wiem. — Drapał się po głowie Śrubek. Gromek się zawziął i grał dalej, zarówno wolne jak i szybkie utwory, ale żaden z nich nie pomógł wynalazcy przypomnieć sobie, do czego służy jego maszyna. Reszko szturchnął Horka i wskazał na struny. Gromek przerwał grę i wreszcie zapytał.

 — Powiedział pan, że potrzebuje jakiegoś drucika albo struny. Może to by się przydało? — Wyciągnął z gitary kolejną strunę i podał wynalazcy. Ten obejrzał ją dokładnie i powiedział zachwycony.

 — Wygląda obiecująco. Ale… to przecież z twojej gitary. Jeśli pozbędziesz się struny, nie zagrasz wszystkich dźwięków. — Zmartwił się wynalazca.

 — Niech pan spróbuje. — Nalegał Horek. Śrubek wsunął strunę między dwa walce, przekręcił jeszcze parę śrub swoim kluczem. Pociągnął za łańcuch, z wielkiego komina buchnął błękitny obłok i nagle cały mechanizm ruszył. Wielkie i małe koła zaczęły się kręcić, a między nimi przesuwały się spirale. Wreszcie wielkie mechaniczne skrzydła wznosiły się i opadały, a dotąd złożone żagle, nagle się rozwinęły jak na statku przed rejsem.

Cały ten mechanizm cieszył oczy, ale nadal nie było wiadomo, co właściwie robi ta dziwna maszyna. Do czasu, gdy Horek nie zorientował się, że wyspa zmieniła położenie. Okazało się bowiem, że wyspa płynęła właśnie dzięki tej maszynie.

 — Ha! Nareszcie wiem, co zbudowałem! — Ucieszył się Śrubka, obserwując, zmieniające się widoki. „Dopóki struny są w gitarze, spełnią wiele marzeń!” — Śpiewał sobie Horek, ciesząc się również tym odkryciem.

Tymczasem widok płynącej wyspy przyciągnął uwagę pewnego pirata, co właśnie patrzył przez lunetę w poszukiwaniu jakiś statków, na które mógłby napaść wraz ze swoimi towarzyszami. Gdy zobaczył płynącą wyspę, od razu naradził się z kolegami piratami.

 — To pewnie jakiś zamaskowany statek?

 — Może kryje w sobie mnóstwo skarbów?

 — Zaatakujemy go. Do stu dukatów! Musi być nasz. — Zarządził kapitan Bazyli.

 — Taak jest! — I jak postanowili, tak zrobili. Szybko zbliżyli się swoim statkiem do płynącej wyspy.

 — Poddajcie się! Jesteśmy piratami. Pokonamy was w mig! — Krzyczeli brodaci panowie, wymachując szablami i pistoletami. Rozbawiony Śrubka spojrzał na Horka, a ten na Reszka, który skinął główką.

 — Pokażmy im! — Krzyknął wynalazca i przekręcił jakąś dźwignię w maszynie, dzięki czemu wyspa nagle przyspieszyła.

 — Zabawimy się z nimi. Pik, tik, tuk! — Powiedział ze śmiechem Śrubka do zdumionego Gromka, który z wrażenia się przewrócił.

 — Do stu dukatów! Wyprzedził nas! — Zdenerwował się kapitan piratów, który nie znosił, jak ktoś go wyprzedzał. Zapędził szybko do pracy marynarzy, którzy zaczęli energicznie wiosłować, a dodatkowo wiatr dął w żagle statku. Szykował się wielki wyścig między pływającą wyspą a pirackim statkiem. Kto wygra? No kto? Ten, kto potrafi w porę zahamować. Bo oto nagle piracki statek uderzył o jakąś skałę, zrobiła się wielka dziura w burcie i woda zaczęła się wlewać do środka.

 — O nie! Zatoniemy! — Krzyczeli marynarze.

 — Pomóżcie nam! Wygraliście z nami. Oddaję wam honor i przepraszam! — Wołał zdesperowany kapitan. Inżynier spojrzał na Horka i zatrzymał płynącą wyspę, mówiąc:

 — Jacy dobrze wychowani piraci. Trzeba im pomóc. — Po czym się cofnął i podpłynęli do piratów, którzy już wyskakiwali z tonącego statku. Śrubka uruchomił wielki dźwig, na który wdrapał się Horacy i wyjął kolejną strunę ze swojej gitary, aby się przekonać, czy będzie ona na tyle mocna, aby udźwignąć piracki statek i wyłowić go na brzeg. Skoro struny z tej magicznej gitary tyle razy pomagały, to i teraz musiało to zadziałać. Gromek przerzucił strunę jak łańcuch, a Reszko wraz z marynarzami przywiązał ją do dziobu statku. Śrubka włączył ciągnik. Wielkie koło zaczęło się obracać, a napięta struna przesuwała się do góry, by po paru minutach wyciągnąć piracki statek na brzeg. Teraz na wyspie można było się spokojnie zabrać za naprawę okrętu, gdzie inżynier również Śrubka miał parę pomysłów na nową konstrukcję łodzi, którymi chętnie się podzielił z kapitanem.

Drugiego dnia od momentu, gdy statek był już na wyspie, zerwała się okropna burza, która połamała maszt. Przerażeni piraci robili co w swojej mocy. I również teraz Horek postanowił pomóc, ale w tym zamieszaniu zgubił mapę, którą dostał od srebrnej Pani. Wiatr wyrwał mu ją z kieszonki. Mapa poszybowała na wietrze i być może spadła gdzieś do wody, by już nigdy nikomu nie wskazać drogi.

Nazajutrz po tej okropnej burzy, przystąpiono do nowego remontu statku. Gromek po raz kolejny skorzystał z mocy strun w magicznej gitarze i naprawił maszt, gdzie akurat zerwała się linka. Żagiel na wietrze znów dumnie się wypiął, by być gotowym na kolejny rejs. Mimo że statek był poważnie uszkodzony, mógł przecież płynąć na ruchomej wyspie, o ile Inżynier Śrubka nie miał nic przeciwko temu. O dziwo obecność piratów nie specjalnie przestraszyła wynalazcę, który nadzorując prace remontowe statku, mógł wreszcie zbudować jakieś użyteczne maszyny, które ułatwiłyby życie marynarzom, jak: mechaniczna obieraczka do warzyw, robot kuchenny do robienia ciasta, poławiacz ryb albo wykrywacz złota. Horek także postarał się, aby złowić jakieś ryby na kolację. Jego skromna wędka z prostego kijka i struny pochodzącej z gitary, okazała się dość skuteczna, by złapać na obiad kilka dużych ryb. Niestety nie były to złote rybki, które spełniałby życzenia. Ale co tam. Dopóki struny były w gitarze, można było spełnić tysiąc marzeń.

Nic jednak nie zastąpi pięknej muzyki, jaka wszystkim zebranym towarzyszyła na wyspie, gdy pracowali przy naprawie statku i odpoczywali wieczorami przy ognisku. Chociaż to Horek w tym towarzystwie był najbardziej znanym muzykiem ze swoją niezwykłą gitarą, to jednak gdy i on pomagał przy naprawie uszkodzonej burty statku, skądś dobiegała do jego uszu niezwykła melodia.

 — Skąd to słychać. Kto tu gra? — Dopytywał się Gromek, lecz piraci zbywali jego pytania, jakby skrywali jakąś tajemnicę. A może tylko jemu się wydawało, że coś słyszy? Dopiero wieczorem, przy ognisku kapitan Bazyli przedstawił Horacemu swoją córkę, piękną Elizę, która grała na harfie.

 — A niech mnie struna! Jaka ona piękna. — Wyszeptał Gromek do Reszka, który siedział mu na ramieniu.

 — A więc to pan jest naszym wybawicielem! Słyszałam, że naprawił pan maszt i wyciągnął statek, gdy ten tonął. A to wszystko za pomocą strun w pana pięknej gitarze. — Powiedziała z uznaniem w głosie. Gromek się tylko zaczerwienił, czując dumę, że tak piękna dziewczyna zna jego zasługi. Eliza zauważyła na ramieniu siedzącego Reszka i od razu o niego zagadnęła.

 — A to pański przyjaciel? Pierwszy raz widzę taką mysz.

 — Towarzyszy mi od lat, w najlepszych i najgorszych chwilach. — Przyznał Horek. Eliza pogłaskała Reszka, a ten wesoło zapiszczał i się ukłonił.

 — Jaki uroczy. — Dodała. Gromek w życiu nie widział tak pięknej i sympatycznej dziewczyny. Z chęcią przebywałby w jej towarzystwie całymi dniami, aby grać i rozmawiać z nią. Jednak Eliza nie mogła zbyt często bywać na dworze. Wiele chorowała. Niektórzy z załogi uważali, że jej stan był związany z pewnym wypadkiem na wyspie Jaga, kiedy to złośliwa czarownica zerwała jedną strunę w harfie dziewczyny. W skutek czego muzyka Elizy nie brzmiała swoją pełnią, więc i sama córka kapitana, dla której muzyka była wszystkim, nie czuła się zbyt dobrze, jakby miała ciągłą gorączkę.

 — Trzy lata temu zła czarownica zerwała strunę w harfie mojej córki i od tego czasu Eliza nie czuje się zbyt dobrze. Nie wychodzi już tak często na dwór, tylko siedzi bezpieczna w swojej kajucie. Tą harfę podarował nam kiedyś Władca Czterech Mórz, kiedy Eliza była jeszcze dzieckiem. Od tego czasu ten instrument towarzyszył jej zawsze, a jej muzykę słyszymy podczas każdego rejsu. — Wyjaśnił Bazyli. Gromek patrzył zauroczony na Elizę, która była tak piękna, że nawet zapomniał o tym, co powinien w tej chwili zrobić. Dopiero Reszko klepnął go w ramię i dał znak, że oto warto poświęcić kolejną strunę, by tym razem ratować zdrowie córki kapitana Bazylego. „Dopóki struny są w gitarze, trzeba spełnić tysiąc marzeń”.

 — Skoro już uratowałem wraz z inżynierem Śrubką wasz statek i naprawiłem maszt za pomocą strun, to może i struna z mojej gitary będzie pasowała do twojej harfy droga pani? — Zaproponował. Eliza popatrzyła na kapitana Bazylego i się uśmiechnęła.

 — Och, byłabym niezmiernie wdzięczna i szczęśliwa. Spróbujmy. — Odparła, klaszcząc w dłonie, ale po chwili się zawahała.

 — Ale przecież pan nie będzie mógł grać. Stracił pan już zbyt dużo strun w swojej pięknej gitarze.

 — Proszę mi dać szansę pomóc. Jeśli pani zyska strunę w swojej harfie, będziemy się uzupełniać na wspólnym koncercie, dobrze? — Zapytał Gromek i spojrzał Elizie głęboko w oczy, aż ta się zarumieniła. Horek wyjął strunę. Którą to już z kolei? Liczyliście? Chyba czwartą, a może piątą i założył w harfie.

 — Proszę teraz spróbować. — Powiedział. I Eliza zaczęła grać, tak że wszyscy ucichli, a już po chwili Gromek dołączył do niej i z każdym nowym dźwiękiem harfy uzupełniał go swoją gitarą, która nawet bez kilku strun, brzmiała nadal wspaniale. Widać było, że córce kapitana wyraźnie się polepszyło zdrowie. Ale czy był to efekt naprawienia harfy czy może obecność Gromka tak działała tak kojąco na Elizę?

Gdy noc była w pełni, Horek już przymykał leniwie oczy przy ognisku, słuchał jeszcze jakiś historii opowiadanych przez starego bosmana i marzył jednocześnie o tym, aby już zawsze grać z Elizą. Poczuł nagle, że ktoś go szturcha. Spojrzał na śpiącego Reszka, a potem zerknął w górę i od razu otworzył szeroko oczy. Nad sobą miał śliczną buzię Elizy, która czuła się tak dobrze, że postanowiła się wybrać na nocną wycieczkę. Potrzebowała jednak towarzysza.

 — Słyszałam, że w tych okolicach rosną smaczne owoce, nazywające się „awarto”. Kiedyś je próbowałam. Były tak pyszne. Teraz, gdy wyzdrowiałam, chciałabym znowu ich spróbować. Znudziła mnie już dieta, jaką serwują na statku. Popłyniesz ze mną?

 — Ale dokąd? — Zapytał zdziwiony Gromek.

 — Na sąsiednią wyspę.

 — Nie lepiej poczekać z tym do rana?

 — Oj wiesz, jaki jest mój ojciec, ciągle mnie pilnuje. Teraz mam trochę luzu.

 — Ale czym popłyniemy? — Dziwił się Horek.

 — Mamy tu małą łódkę. Weźmiemy ją. — Oznajmiła spokojnie Eliza.

 — Widzę, że jesteś dobrze przygotowana.

 — Jestem córką kapitana piratów, jakże mogłabym nie być przygotowana. — Powiedziała z błyskiem w oku. Gromek tym razem zostawił śpiącego Reszka na plaży, za to nie zapomniał wziąć ze sobą swojej gitary, która zawsze ratowała go z najgorszych tarapatów. Wyprowadzili łódź na morze i popłynęli na wyspę. Ów wyspa nie była zbyt duża, ale znaczniej bardziej porośnięta gęstym lasem i łatwo można było się tam zgubić, zwłaszcza w nocy.

 — To chyba nie był zbyt dobry pomysł. — Skomentował Horek, ale Eliza tylko przewróciła oczami, westchnęła i przyspieszyła kroku, oświetlając sobie drogę latarenką. Wreszcie się zatrzymała i uradowana wskazała na krzewy obrośnięte żółtymi owocami.

 — Oto i one. — Zerwała i od razu ugryzła, zachęcając przy tym Gromka.

 — Spróbuj, jakie słodkie. — Horek również ugryzł, ale skrzywił się, czując dziwny smak. Eliza zaczęła zrywać jednego po drugim i wrzucać do plecaka. Jednak po chwili przestała. Zamarła, bo jej uwagę zwróciło coś innego.

 — Co się stało? — Zapytał Gromek. Eliza zmrużyła oczy.

 — Spójrz! Coś tam błyszczy! — Zbliżyli się. Na starym pniu, ozdobionym różnymi płaskorzeźbami, leżał złoty talerz.

 — Jaki piękny. — Wyszeptała dziewczyna, której twarz się rozpromieniła złotym blaskiem. Wzięła do rąk talerz, lecz Horek szybko jej go odebrał i odłożył z powrotem, mówiąc:

 — Lepiej nie.

 — Jestem córką kapitana piratów! — Tupnęła nogą Eliza.

 — Nie musisz mi tego ciągle powtarzać.

 — Wiesz, jak mój tata by się ucieszył, gdybym zdobyła ten skarb. Muszę go wziąć. Bo inaczej to nie wiem! — I podekscytowana znów go zabrała.

 — A ja ci mówię, że nie! — Powiedział stanowczo Gromek i znów odebrał jej talerz.

 — A kim ty jesteś, żeby mi mówić, co mam robić? — Zdenerwowała się Eliza. Sytuacja stawała się coraz bardziej nerwowa. Eliza i Gromek zaczęli się szarpać, aż upadli na ziemię. Owoce się wysypały z plecaka, a talerz upadł na ziemię, robiąc nieprzyjemny hałas, który wreszcie obudził mieszkańców wyspy. Gromka przeszły ciarki, gdy zauważył nad sobą wielkie sylwetki i złowrogie oczy wpatrzone w niego. Szturchnął Elizę, która również spojrzała w górę.

 — Czuję, że znów jestem chora. — Wyszeptała i zadrżała.

 — Szkoda, że wcześniej nie czułaś się słaba. Nie dotarlibyśmy tutaj. — Odparł Horek.

 — No wiesz! Jak możesz tak mówić? — Oburzyła się Eliza. Ale wszelkie kłótnie były teraz nie na miejscu. Oboje czekali, co powiedzą mieszkańcy wyspy, którzy zebrali się nad nimi.

 — Złodzieje! Chcieli ukraść mój złoty talerz i owoce z naszej wyspy. Zamknąć ich w klatce! A tak! — Nakazał ten, który chyba był tu szefem. Miał bowiem na głowie coś w rodzaju korony w postaci kolorowego pióropusza. Eliza i Horacy z niepokojem oczekiwali, jaki będzie kolejny rozkaz władcy wyspy.

Tymczasem kapitan Bazyli również wydawał rozkazy, by przygotować załogę na nocną wachtę. Wreszcie się zorientował, że nigdzie nie ma jego córki ani także Gromka.

 — Gdzie moja córka i ten grajek? Przeszukajcie całą wyspę! — Krzyczał na wszystkich, także na biednego Reszka, który zupełnie nie wiedział, gdzie może być jego przyjaciel, Horek. Wiedział jednak, że musi go znaleźć przed rozgniewanym kapitanem.

W tym samym czasie Eliza i Gromek wisieli już w wielkiej klatce i czekali, co będzie dalej. Wreszcie władca z pióropuszem na głowie, który miał na imię Awanturek oznajmił twardo:

 — Ukradliście moje owoce i chcieliście także ukraść mój złoty talerz. Musicie ponieść karę. A tak, a tak! Będziecie obiadem dla Kromy Żarłoka. A tak! — I tu wskazał na wielkiego potwora, który trochę przypominał małpę.

 — A niech to struna! — Przestraszył się Gromek.

 — O nie! Mam być zjedzona przez taką paskudę. Proszę mnie stąd wypuścić, jestem córką kapitana piratów! Oni was pokonają! Zobaczycie! — Rozpłakała się Eliza.

 — Chcesz mi zrobić awanturę? Tylko ja się potrafię awanturować. Dlatego nazywają mnie Awanturek! A tak, a tak! — Krzyczał Władca. Horek jednak nie zamierzał rozpaczać. Przypomniał sobie, że wcześniej jego gitara pomogła mu, gdy uciekał przed stadem wilków. Może teraz też by to pomogło, o ile taki potwór, jak Kroma Żarłok był czuły na muzykę.

 — Spróbuję nas uratować moją muzyką. — Oznajmił Gromek.

 — Ale jak? — Dziwiła się Eliza, ocierając łzy z policzków.

 — Jeśli potrafisz, to śpiewaj ze mną. — Horek zaczął grać na gitarze, a Eliza śpiewała. Ich muzyka rozniosła się po całym lesie, a może i na sąsiednią wyspę. — Potwór Kroma już sięgał po zakładników, jakby w ogóle nie słyszał tej melodii, ale za to ktoś inny bardzo się wzruszył i zaprotestował.

— Nie rób tego! — Krzyknął Awanturek. Kroma się zatrzymał, a Eliza i Gromek wstrzymali oddech.

 — Wcześniej myślałem, że tylko awantury i krzyki są najlepszą muzyką. A teraz słyszę ten piękny koncert i nie mogę oderwać uszu. — Powiedział wzruszony władca wyspy.

 — Więc wypuść nas. — Poprosiła Eliza.

 — O nie! Będziecie teraz grać dla mnie cały czas, zwłaszcza, gdy będę jadł obiady. A tak, a tak!

 — No nie! — Oburzyła się Eliza i spojrzała gniewnie na Gromka. Ten również poczuł się bezradny. Nie wiedział, jak się wydostać z tej klatki i uciec z wyspy, gdzie pewnie było więcej różnych silnych potworów, które schwytałyby ich w mig.

Kapitan Bazyli też był coraz bardziej rozgniewany z powodu ucieczki Horka i Elizy. Któryś z marynarzy poinformował o zniknięciu jednej łodzi, co stanowiło już jakiś poważny trop w poszukiwaniach.

 — Zatem wypłynęli! Tylko gdzie?! — Krzyczał kapitan, ale nikt nie znał odpowiedzi.

Krzyczał również Awanturek, by wciąż mu grać, bo inaczej Kroma Żarłok zje Elizę i Gromka. Zmęczony Horek z trudem pociągał za struny, a głos Elizy coraz bardziej się załamywał, jakby chciała płakać, ale mimo tego ich muzyka roznosiła się coraz dalej, jak kręgi na wodzie. Jakby w tym nieszczęściu, byli jeszcze silniejsi. Inżynier Śrubek przyłożył do ucha dziwny wynalazek o kształcie wielkiej trąby i bacznie nasłuchiwał.

 — Słyszę jakiś śpiew z daleka. Może to oni? A może syreny? Dźwięk za bardzo się odbija od różnych miejsc. — Powiedział Śrubka, starając się wyłapać jeszcze jakieś sygnały za pomocą małej anteny.

 — Musimy wypłynąć na rzekę, może wtedy coś usłyszymy? — Kapitan polecił przygotować małą łódź i załogę, wśród której nie mogło zabraknąć pomysłowego inżyniera Śrubki oraz Reszka, który stał dumnie na dziobie łodzi. Marynarze zaczęli równo wiosłować, a Śrubka nieustannie przekręcał trąbę z anteną, by namierzyć nowe dźwięki. Płynęli tak może kilkanaście minut, gdy znaleźli się w obrębie kilku nowych wysp. Śrubka przekręcił trąbkę i dał znak, aby być cicho. Wszyscy zamarli, a inżynier nasłuchiwał. Wreszcie stwierdził.

 — Wydaje mi się, że dźwięki dobiegają z tamtej wyspy. — Wskazał na prawo, na wyspę króla Awanturka.

 — Więc płyńmy. Do wioseł! — Krzyknął kapitan Bazyli. Łódź ruszyła. Błyskawicznie zbliżyli się do wyspy i wreszcie usłyszeli wyraźnie śpiew Elizy i gitarę Horka.

 — Są tu gdzieś niedaleko! — Klasnął w dłonie kapitan, wysiadając na brzeg i od razu zauważył pozostawioną łódkę.

 — To łódź z naszego statku, więc muszą tu być. — Śrubka sprawdził mapy i dodał.

 — Kiedy zawitałem po raz pierwszy w te okolice, słyszałem, że te wyspy słyną z pysznych owoców, które nazywają się „awarto”. Jednak trzeba uważać. Te wysypy zamieszkuje niezbyt sympatyczny lud Awnaturków. Często porywają takich poszukiwaczy jak my, więc uważajcie.

 — Nie z takimi sobie radziłem. — Zapewnił kapitan, pokazując swoją szablę.

 — Nie róbmy hałasu. Musimy sprawdzić dyskretnie, co i jak. — Ściszył głos Śrubek.

 — Może ja pójdę! — Zgłosił się jeden z wielkich marynarzy.

 — Nie, to musi być ktoś mały i cichy, kto przejdzie niepostrzeżenie. — Kapitan wskazał na Reszka.

 — Oto wierny przyjaciel naszego Horka. Niech on sprawdzi, gdzie jego towarzysz i moja córka. — ku zdumieniu wszystkich Reszko zasalutował i ruszył do lasu

 — Co za dzielna mysz. — Roześmiał się bosman. Reszko podążał za roznoszącym się dźwiękiem gitary i wreszcie zobaczył drewnianą klatkę, zawieszoną na drzewie, w której siedzieli zmęczeni Eliza i Horek. Natomiast na dole, na wielkim tronie siedział jakiś dziwny człowiek z pióropuszem na głowie. Wyglądał jak wielki kurczak. Głowa mu się przekrzywiała i powoli zasypiał. I również strażnicy siedzący po bokach, wyglądali tak, jakby drzemali. Reszko poczekał chwilę, a potem zwinnie wdrapał się na drzewo i skoczył na klatkę.

 — Zobacz! To jakaś mysz. Czy to nie twój przyjaciel? — Zauważyła Eliza. Gromek spojrzał w górę i jeszcze nigdy tak się nie cieszył, jak właśnie teraz.

 — Reszko, przyjacielu! Nie zapomniałeś o mnie. — Horek wskazał na mocowania ze sznurków, które myszka od razu przegryzła i górna ścianka klatki się poluzowała. Gromek przestał grać na gitarze i spojrzał w stronę Króla Awanturka, który już w najlepsze sobie spał, podczas gdy Eliza jeszcze coś cicho nuciła. Horek podniósł ostrożnie górną ściankę klatki i wspiął się na drzewo, po czym wyciągnął dziewczynę i stanęli razem na grubej gałęzi.

 — Nie możemy ryzykować. Na dole są strażnicy. Lepiej przejść po tych gałęziach. — Zaproponował Gromek i wyciągnął kolejną strunę ze swojej gitary.

 — Co robisz? — Zdziwiła się Eliza.

 — Zaczepię tą struną o gałąź. — Horek znów zarzucił strunę jak lasso, która owinęła się wokół gałęzi sąsiedniego drzewa, po czym spojrzał na Elizę i zapytał:

 — Ufasz mi?

 — Chyba tak. Ale co chcesz zrobić? — Pytała przerażona.

 — Złap się struny. Tylko nie krzycz. — Przykazał Gromek i spojrzał na Reszka, który siedział mu na ramieniu. Eliza skinęła głową, po chwili poczuła, jak Horek ją objął w pasie i popchnął w przepaść. Lecieli, trzymając się mocno struny, aż wylądowali na gałęzi sąsiedniego drzewa. Jednak Eliza niechcący strąciła parę owoców, które spadły na głowy śpiących strażników. Ci od razu wstali i spojrzeli zdumieni w górę.

 — Co tam się dzieje?

 — Alarm! Więźniowie uciekają. — Wołał strażnik, uderzając w bęben.

 — Kto mi będzie grał i śpiewał do obiadu i snu? Łapcie ich, łapcie! A tak, a tak! —Krzyczał król Awanturek.

 — No to ich obudziliśmy. — Podsumował Horek i rozplątał strunę, by znów ją zarzucić na kolejne drzewo. I tak skakali i przelatywali między gałęziami, nie dając się odkryć wielkim strażnikom, którzy nie mieli siły wdrapywać się na wysokie drzewa. Mieli jednak przy sobie sporo strzał, by strzelać nimi w uciekających. Wreszcie Gromek z Reszkiem i Elizą zeskoczyli z gałęzi na ziemię. Wybiegli z lasu zdyszani i przerażeni, słysząc za sobą świsty przelatujących strzał. Dobiegli do plaży, gdzie już widzieli znajomą załogę. Kapitan złapał się za głowę i zapytał przerażony:

 — Gdzie wyście byli? Wszyscy was szukali!

 — A tylko mysz ich znalazła! Ha, ha. — Roześmiał się bosman.

 — Gonią nas! Pośpieszmy się! — Wskoczyli do łodzi, a marynarze znów zaczęli równo i szybko wiosłować, aż znaleźli się na środku rzeki. Już po chwili na plażę wybiegli spóźnieni strażnicy i zaczęli rzucać włóczniami w stronę uciekinierów. Na szczęście nikogo nie trafili.

 — Ale się na was uwzięli. Więc jak to było? Chcieliście uciec, czy może ty chłopcze chciałeś porwać moją córkę? — Dopytywał się kapitan. Horek i Eliza popatrzyli po sobie. Eliza tarmosząc róg swojej sukienki, zdobyła się na wyznanie winy.

 — To wszystko przeze mnie. Miałam ochotę na te pyszne, słodkie owoce „awarto”. Chciałam się wymknąć w nocy, żeby nikt nas nie zauważył. Po tej chorobie byłam spragniona przygód. Namówiłam Gromka, by mi towarzyszył w wyprawie na wyspę. I oczywiście wpadliśmy w tarapaty. Ale na własne życzenie. Horek mnie ostrzegał, żebym nie zabierała złotego talerza, który należał do Króla Awanturka, a ja go chciałam zabrać, żebyś mnie pochwalił tato. W końcu jestem córką pirata i też powinnam zdobyć jakieś skarby.

 — I pozostań moją córką. A zabieranie złotych talerzy zostaw prawdziwym piratom. Czasem moje dziecko, po prostu trzeba odpuścić i uszanować czyjąś własność. Ty zajmij się tym, co robisz najpiękniej — grą na harfie.

 — A złoty talerz?

 — Skarby nie zawsze są błyszczące. Skarbem może być ta przygoda. I pomyśl, że jeszcze wiele innych skarbów czeka na nas, zakopanych gdzieś głęboko na tajemniczych wyspach. — Zapewnił kapitan. Gromek wyciągnął z plecaka ostatni owoc, jaki udało się wykraść podczas tej przygody.

 — A to na pocieszenie moja droga. — Powiedział i wręczył Elizie żółty owoc „awarto”, który od razu wprawił w radość dziewczynę.

 — Warto było chociaż dla jednego owocu! — Roześmiał się kapitan.

Od pobytu na wyspie minęły trzy dni, a tu trzeba było się spieszyć. Horek już zauważył, że jego gitara nie lśniła tak pięknie, jak na początku. Złoty kolor powoli przechodził w czarny. Mimo tych wszystkich przygód na wyspie, trzeba było ruszać dalej, by zdążyć przed zaklęciem czarodziejki. Teraz najtrudniejsza dla Gromka była rozmowa z Elizą.

 — Widzisz moja droga, za niedługo będę musiał ruszać dalej. — Wyznał ze smutkiem.

 — Więc opuszczasz nas? — Zapytała zawiedziona.

 — Niestety, zobowiązałem się oddać tą gitarę pewnemu czarodziejowi i muszę dotrzymać słowa. Chociaż bardzo chciałbym tu zostać i jeszcze grać z tobą wiele niezwykłych utworów.

 — Skoro to takie ważne… — Powiedziała zasmucona Eliza. Horek ujął buzię dziewczyny w swoje dłonie i spojrzał w jej oczy, mówiąc:

 — Widzisz, kiedy graliśmy te wszystkie koncerty, czułem się tak, jakbym przemierzał z tobą niezwykłe krainy i odkrywał w nich skarby i cuda. Gdzieś tam w wyobraźni możemy być razem, wciąż grać i wspominać ze śmiechem tą przygodę na wyspie Króla Awanturka. — Powiedział wzruszony Horek. Eliza go przytuliła i pocałowała, po czym zdjęła ze swojej szyi wisiorek z muszlą i zawiesiła go na szyi Gromka.

 — Kiedy tylko przyłożysz ucho do tej muszli, usłyszysz mnie. Obiecuję, że wskażę ci drogę.

 — Będę nasłuchiwał. — Odparł z uśmiechem.

Wreszcie wyspa Inżyniera Śrubki, na której znajdował się statek piratów, dopłynęła do brzegu wysp Różanych. Horek się pożegnał z całą załogą i Inżynierem.

 — Dziękuje ci, że naprawiłeś moją maszynę. Kto by pomyślał, że struna od gitary zmieni moje życie na lepsze.

 — Więc będzie pan teraz piratem? — Zapytał ze śmiechem Horek.

 — Kto wie? Najważniejsze, że konstruuję maszyny, które są komuś potrzebne i przeżywam teraz ciekawe przygody. Powodzenia na nowej drodze. Obyś znalazł to, czego szukałeś.

 — I pamiętaj, skarby nie zawsze są błyszczące. — Dodał kapitan Bazyli i uścisnął dłoń Horka. W końcu wyspa Inżyniera Śrubki popłynęła dalej. Gromek jeszcze widział, jak Eliza macha mu na pożegnanie z wyspy. Jednych poznaliśmy i już ich żegnamy, by zacząć nową przygodę. „Dopóki struny są w gitarze, czeka nas wiele dziwnych zdarzeń”.

Horek zerknął na kompas i zaczął iść tam, gdzie wskazywała igła. Ledwo postawił parę kroków, gdy poczuł, że nie ma pod stopami gruntu. Spadał długo, a gdy się ocknął cały obolały, zorientował się, że jest chyba w jakiejś studni. Miał szczęście, że spadł na grubą kupę liści. I jak się okazało, oprócz Reszka, miał też inne towarzystwo.

 — A to ci dopiero. Spadłeś mi tu z nieba. — Usłyszał nad sobą. Z trudem się podniósł i zobaczył nieznajomego pana z długimi włosami. Obok leżały stłuczony kompas i porysowana gitara.

 — Gdzie, gdzie ja jestem?

 — Trudno powiedzieć. Ja wiem tylko tyle, że nazywam się Włóczykij i też tu wpadłem jak ty. — Przedstawił się nowy towarzysz i podał rękę Gromkowi.

 — A ja jestem Horek Gromek. Długo pan tu leży?

 — Och, będzie chyba ze trzy dni. Nie wiem, jak się stąd wydostać. Ciągle się ześlizguję ze ścian. — Horek wstał i spojrzał w górę. Zupełnie, jakby patrzył przez wielki teleskop, na końcu którego malowało się niewielkie kółko z jasnym niebem. Niebo to jednak powoli zasnuwało się chmurami. Co to oznaczało? Że za niedługo będzie deszcz. A jeśli będzie deszcz, to zaleje on ich w tej studni. Gromek musiał się śpieszyć i coś wymyślić. Już poczuł pierwsze krople na nosie, a po kilkunastu minutach czuł, że grzęźnie w błocie. Tak gęsty i obfity był ten deszcz.

 — Oj niedobrze! Potopimy się tutaj. — Przewidywał Włóczykij, próbując po raz kolejny wspiąć się po ścianie, ale jak zwykle znowu wpadł w błoto.

Gromek spojrzał bezradnie na Reszka, a pomysłowa myszka jak zwykle znowu przypominała mu o niezwykłej gitarze, która już nie wyglądała tak okazale jak na początku.

 — No jasne! — Horek uderzył się ręką w głowę. Wyciągnął pośpiesznie strunę z gitary i podał ją myszce, na co patrzył zdumiony Włóczykij, nie mogąc zrozumieć, co się dzieje. Myszka ze struną powędrowała na górę i zawiązała jej jeden koniec na jakimś dużym kamieniu, a drugi koniec spuściła na dół, po czym dała znak, że wszystko gotowe. Do czego? Do wspinaczki. Gromek zatarł dłonie i chwycił strunę, która teraz była dla niego liną. Powoli i ostrożnie zaczął się wspinać do góry. Włóczykij widząc to, uśmiechnął się szeroko. W międzyczasie rozpadało się już tak bardzo, że sytuacja na dole stawała się coraz mniej przyjemna. Woda w zbiorniku zaczęła już sięgać kolan Włóczykija. Kiedy Horek wreszcie wspiął się na górę, dał znak towarzyszowi, aby ten rozpoczął wspinaczkę, a sam pomagał wciągnąć strunę, zapierając się o wielki kamień. W ten sposób Włóczykij jeszcze szybciej dotarł na górę. Zmęczony Gromek schował strunę i rozejrzał się po nowym miejscu. Nie mając już ani mapy, ani kompasu, nie wiedział zupełnie, dokąd iść. Na domiar złego padało coraz mocniej, a wędrowcy nigdzie nie mogli znaleźć schronienia. Grzęźli w błocie, a w ich twarze uderzały ciężkie krople deszczu. Włóczykij próbował dogonić Horka, ale buty mu ciągle spadały, bo sznurówki już dawno pękły. Zauważywszy to, Gromek postanowił, że i teraz pomoże swojemu towarzyszowi. Wyciągnął dwie struny, które tym razem przyjęły rolę sznurówek. Zdziwiony Włóczykij związał buty i od razu lepiej mu się szło.

 — Dziękuję! Przeszedłem w tych butach wiele miast, miasteczek i różnych dziwnych krain. Dzięki tobie przejdę jeszcze wiele innych. Dałeś mi nadzieję, że wciąż mogę iść i odkrywać tak wiele. To bezcenne.

 — Skoro przeszedłeś tak wiele, to może wiesz, gdzie na tej wyspie znajduje się Różane Wzgórze? Jest tam Pałac czarodzieja Karadyna, z którym muszę się pilnie spotkać. — Zagadnął go Gromek. Włóczykij się namyślił i zmrużył oczy.

 — Mówią, że to wzgórze i pałac są jak widmo, jak złudzenie na pustyni. Raz są, a potem ich nie ma. Podobno najlepiej są widoczne o zachodzie słońca, które odbija się od czerwonych płatków róż.

To niebezpieczne miejsce, krążą o nim różne straszne legendy. Łatwo się tam zgubić i już nigdy nie wrócić. — Gromka przeszły dreszcze, ale już po chwili wziął się w garść, bo już niejedno przeżył i czuł się mocniejszy.

 — A niech to! Dopóki mam struny w gitarze, nie ulęknę się złych zdarzeń. Zaryzykuję! Ale przydałby mi się odważny przewodnik. Właśnie ktoś taki jak ty. — Powiedział z uznaniem w głosie Gromek. Włóczykij się trochę zawstydził i podrapał po głowie.

 — Ty mnie uratowałeś, więc i ja ci pomogę. Dojdziemy razem na to wzgórze — Oświadczył i ruszył żwawo w butach z nowymi sznurówkami, że aż Gromek z trudem go doganiał. Po paru godzinach, gdy już przestało padać, słońce wyglądało jak wielka pomarańcza i powoli chowało się za górami. Minęli po drodze kamienne posągi, przedstawiające jakieś smutne postacie, przeszli mostek nad rzeczką i gaj jabłkowy. Wreszcie Włóczykij się zatrzymał i wskazał ręką na wzgórze, które w blasku zachodzącego słońca wyglądało tak, jakby płonęło. Na wzgórzu rosło pełno róż, które niesamowicie pachniały. Nad różami zaś wznosiły się dwie wysokie kolumny, między którymi znajdowała się srebrna brama. Nigdzie jednak żadnego pałacu nie było.

 — Więc gdzie go szukać? — Pytał zdumiony Gromek, widząc, że za bramą nie ma niczego.

 — Czasem trzeba mocno zamknąć oczy, aby coś zobaczyć i usłyszeć. — Powiedział przewodnik.

 — Jak to? — Dziwił się Horek i przypomniał sobie o wisiorku, który otrzymał od Elizy. Przyłożył go do ucha i usłyszał ciepły głos: „jesteś blisko”.

 — Mówiłem ci już, że ten pałac raz jest, a potem go nie ma. Sprawdźmy, jak jest teraz. — Odparł Włóczykij i uchylił bramę, która okropnie zgrzytnęła. Nagle wszystko się zmieniło. Nie było już róż, tylko jakiś tunel, w którym od razu zniknął Włóczykij. Gromek ruszył za nim, ale już po chwili zorientował się, że błądzi w labiryncie, a głos Włóczykija co chwila odbijał się od ścian. Co za okropna pułapka i to pod koniec tej niezwykłej przygody! Coraz bardziej wystraszony Horacy nie wiedział już gdzie iść. Ciągle słyszał jakieś szepty, śpiewy, rozmowy. Zdawało mu się, że szedł już tą drogą, a po chwili, że to zupełnie inna ścieżka. Odbijał się od jednego do drugiego wyjścia. Wreszcie wszedł do jakiejś groty, gdzie znajdowała się mała, srebrna skrzynka. Otworzył ją i usłyszał najpiękniejszy głos, jaki tylko można było usłyszeć. A głos ten od razu wskoczył do gitary Horka, by rozbrzmiewać w niej nowym tonem, gdy w samym instrumencie nie było już praktycznie żadnej struny. Ale nawet jeśli gitara grała jeszcze piękniej, cóż z tego, gdy Gromek cały czas błądził?

Czy z takiego labiryntu można się wydostać? Oczywiście, że tak, gdy ma się obok sprytną myszkę, która pokazała smutnemu Gromkowi strunę. A strunę tą wcześniej Reszko wyciągnął z gitary i zaczepił na początku labiryntu. Myszy to mądre stworzenia! Teraz wystarczyło zwijać strunę i kierować się według niej do wyjścia. Po nitce do kłębka. Horek jednak wciąż nie mógł znaleźć Włóczykija. Wołał go i szukał, a jedyną osobę, jaką spotkał przy wyjściu, był jakiś bardzo stary pan. Uśmiechnął się do Gromka i zapytał.

 — Czy nie mógłbyś mi zagrać jakiejś ładnej melodii? — Smutny Gromek, jednak nie wiedział, co odpowiedzieć, bo zdał sobie sprawę, że ma tylko jedną strunę w gitarze, która przed chwilą pomogła mu wyjść z labiryntu. Ale i na jednej strunie można zagrać piękną muzykę, by zobaczyć uśmiech starego człowieka. Szybko założył strunę w gitarze i zaczął grać. Co dziwne z każdą nutą graną na jednej strunie, ten stary człowiek stawał się coraz młodszy, uśmiechał się szeroko, aż wreszcie stał się małym dzieckiem, które cieszyło się w najlepsze koncertem na jedną strunę. Wreszcie gdzieś pobiegło przed siebie i słychać było jeszcze jego dźwięczny śmiech. „Dopóki struny są w gitarze, można spełnić tysiąc marzeń”.

Horek ucieszył się, że jego muzyka daje tyle radości i przy okazji odmładza. Wyszedł z labiryntu, ale nadal nie wiedział, jak się dostać do czarodzieja Karadyna. Spojrzał na swoją gitarę, która już była prawie czarna. Gdy podszedł do bramy wyjściowej, okazało się, że stanął tak naprawdę przed lustrem, w którym odbijał się brudny, zmęczony człowiek z podniszczoną gitarą. Nagle w niej pękła ostatnia struna i raniła w palec Horka. Bohater upadł na ziemię i upuścił gitarę, z której wypadł jakiś lśniący przedmiot. Gromek przyjrzał mu się z uwagą. Przedmiot ten przyciągał jego spojrzenie jak magnes, lśnił jak największy skarb, o którym marzyli wszyscy poszukiwacze skarbów razem wzięci. Nagle Gromek zapragnął być bogaty i mieć drogie szaty, grać na gitarze i mieć wielką publiczność, która by go wielbiła. Marzył i pragnął, wpatrywał się w ten skarb jak zahipnotyzowany, jakby nie był sobą. Wreszcie Reszko wyrwał mu ten złoty kamień i rzucił nim w lustro, które rozbiło się na drobne kawałki. A gdzieś dalej słychać było uderzenie srebrnego dzwonu.

Horek spojrzał oniemiały, jakby właśnie się obudził. Stał w wielkie sali balowej u samego księcia Arcymira, który go na początku zaprosił. I co ciekawe, książę Arcymir okazał się tak naprawdę ojcem Horka, Gromisławem Potężnym, który podczas nieobecności syna, zmienił się bardzo i postanowił, że jego królestwo już nigdy nie będzie nudne. Wreszcie ojciec odszukał syna, który wesoło grał na swojej starej, zniszczonej gitarze. Ale to nie był koniec niespodzianek. Bo oto do królestwa Gromisława zawitała wyspa Inżyniera Śrubki wraz z piratami, kapitanem Bazylim i jego piękną córką, Elizą, która również gościła na dworze króla, by grać na swojej harfie piękne melodie. A tym razem była ubrana w srebrną suknię, którą uszyła jej tajemnicza pani. Właśnie ta pani, która zleciła Gromkowi całą tą wyprawę do czarodzieja Karadyna. A gdzie zatem był Karadyn? Dopytywał się zdumiony Horek.

 — Oj mój drogi. Czarodziej Karadyn był cały czas obok. — Wyjaśniła Srebrna Pani.

 — A niech to struna! Jak to? — Dziwił się Gromek.

 — On lubi robić psikusy i nawet się nie zorientowałeś, że raz był Włóczykijem, potem tym starym człowiekiem proszącym o ładną melodię i wreszcie dzieckiem, które tak cię wzruszyło. Ty mu pomogłeś, wyciągając go ze studni, a on cię doprowadził do celu. Tak czy owak, dostarczyłeś gitarę na miejsce i odkryłeś skarb czarodzieja.

 — Jaki?

 — Odnalazłeś siebie. Ale zrozumiesz to tylko wtedy, gdy będziesz robił to, co kochasz, dając jednocześnie radość innym. — Powiedziała pani, zapraszając na koncert.

I tak grali sobie Horacy i Eliza na gitarze i harfie. Tam gdzie ona puszczała struny, on pociągał za swoje, dopełniając jej melodię swoim silnym tonem, a między nimi skakała sobie wesoło myszka Reszko. Tak pięknie grali i się uzupełniali, że w końcu się pobrali. Grali dla króla i wielu innych ważnych ludzi, pływając na wyspie Inżyniera Śrubki. Odwiedzali różne dalekie krainy, by cieszyć innych swoją muzyką i pokazywać, że: „dopóki struny są w gitarze, możemy spełnić tysiąc marzeń”.

 

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

GREG ZORBA. PIĘKNA KATASTROFA

BAJKA O POCIĄGU