BAJKA O LUSTRZE

BAJKA O LUSTRZE 

 

Będzie to bajka o pewnym lustrze, które bardzo lubiło odbijać w sobie ważnych ludzi, takich jak królowie czy kapryśne księżniczki w pięknych, lśniących szatach. Dzięki temu, że odbijało w sobie takich ważnych ludzi, samo czuło się bardzo ważne. Ale te piękne czasy minęły. Lustro w końcu trafiło do zwyczajnego domu, gdzie nie było ani króla ani księżniczki. Wszyscy tam byli przeciętni, nudni i nie mieli na sobie pięknych, drogich ubrań. Zwierciadło nie lubiło nowych właścicieli i często robiło sobie z nich żarty, wybrzuszając się lub zapadając. W efekcie czego, osoba przed lustrem nie mogła zobaczyć siebie w pełnej okazałości. Znacie to pewnie z gabinetu krzywych luster, gdzie sylwetki są zbyt pękate lub zbyt szczupłe. Jedna z takich osób, nie mogąc znieść swego odbicia, tak się zdenerwowała, że rozbiła lustro na kawałki. I tak zostało ukarane złośliwe zwierciadło w tym domu. Potem przerobiono ten dom na szkołę i część starych sprzętów, w tym lustro, trafiło do brudnej piwnicy. Po wielu latach właśnie do tego magazynu zawitała trójka bardzo niegrzecznych dzieci. Ale jak to w ogóle się stało, że tam trafili? Nad tym wszystkim dziwił się wielce Piotrek Baton, któremu teraz oddamy tu głos.

Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że trafiliśmy za karę do szkolnego magazynu, by go sprzątać. A może wiem, tylko wstydzę się przyznać. Pamiętam, że rano mama jeszcze prosiła mnie, abym posprzątał swój pokój, ale ja się śpieszyłem na ważny mecz. No i proszę, teraz miałem sprzątać szkolny magazyn! Co to w ogóle za pomysł, abyśmy sprzątali takie okropne miejsce?! Ale dyrektor naszej szkoły zawsze miał głupie pomysły. W ogóle uważam, że lekcje w szkole to głupi pomysł. Lubię chodzić do szkoły ze względu na kumpli, z którymi gram w piłkę. A po wszystkim zajadam się batonami, bo muszę odzyskać energię. Uwielbiam orzechowe i kokosowe, a wy? Tego dnia miałem chyba za dużo energii, bo pokłóciłem się z dziewczyną, Lulą Pigulą, której nie znoszę i Ogonkiem Bąkiem, którego nie lubię. Zawsze mnie wkurzali. A zazwyczaj ci, którzy nas bardzo wkurzają, w końcu przysparzają nam najwięcej problemów. Wyobraźcie sobie, że grałem sobie w piłkę z kumplami, gdy obok przechodził Ogonek. Piłka nam wyleciała za boisko, więc poprosiłem grzecznie Ogonka, aby podał piłkę, „no podaj to słabeuszu!”. A on ją wykopał gdzieś daleko, że zupełnie zniknęła nam w krzakach. Zacząłem krzyczeć na Bąka, że przerwał nam mecz, a potem wtrąciła się ta wścibska dziewczyna, Lula. Popchnąłem ją, a Ogonek, stanął w jej obronie. Wkurzyłem się i zaczęliśmy się bić na boisku, a Lula jeszcze mnie okładała pięściami. Ani się nie obejrzałem, gdy wielka łapa naszego trenera chwyciła nas i znaleźliśmy się w gabinecie dyrektora, aby wyjaśnić swoje złe zachowanie. Jakie złe zachowanie? Ja po prostu nie lubię, jak ktoś mi wykopuje piłkę w krzaki. A dziewczyny niech się nie wtrącają! Lula zawsze była wścibska, pytała każdego, jak się czuje? Co ją to obchodzi? Ogonek z kolei zawsze był ofermą i nosił ze sobą tą głupią gitarę, żeby się popisać przed innymi. Ja wolę grać w piłkę. Wiem, że jestem do tego stworzony. Dzisiaj, gdy stałem przed lustrem, widziałem siebie jako wielkiego piłkarza. Miałem zagrać mecz mojego życia. Strzelić kilka goli i być szkolną gwiazdą, a te głupie dzieciaki wszystko zepsuły.

Dyrektor wysłuchawszy naszych relacji, przetarł oczy i napił się kawy. Nie znoszę kawy. Szkoda, że dyrektor nie miał batonów, powinien je jeść, aby mieć siły z nami rozmawiać. A i ja chętnie bym się poczęstował, bo mówienie o tym, co się stało, bardzo mnie wykończyło. Zwłaszcza, że mówiliśmy to wszystko, stojąc przed dyrektorem. Nigdzie nie było krzeseł. Co za brak gościny. Dyrektor ziewnął i podszedł do okna, patrzył dłuższą chwilę przed siebie, a my oczekiwaliśmy z niepokojem, co się wydarzy. Wreszcie się do nas odwrócił i powiedział stanowczym tonem.

 — Czas żebyście trochę posprzątali! — I nacisnął wielki czerwony guzik na biurku. I nagle poczułem, że nie mam pod stopami podłogi. A jeśli nie było podłogi? No to co? Po krótkim czasie się zorientowałem, że spadamy. Spadaliśmy długim tunelem, który z czasem zaczął przypominać zjeżdżalnię na placu zabaw. Oczywiście, że krzyczeliśmy przerażeni. Najgłośniej krzyczała Lula. Dziewczyny zawsze się boją wszystkiego. Ja najmniej krzyczałem. Aż w końcu spadliśmy na jakiś stary tapczan, nad którym uniosła się chmura kurzu. Kaszleliśmy dobrą minutę, a kiedy już odgarnęliśmy sprzed oczu tą chmurę pyłu, zobaczyliśmy przed sobą pana woźnego z kwaśnym uśmiechem.

 — No i spadli nasi skazańcy na samo dno. — Skomentował.

 — Wszystko mnie boli. — Zajęczała Lula. Dziewczyny zawsze marudzą.

 — Pan dyrektor prosił, abyście posprzątali tu trochę. — Woźny pokazał kubły z wodą, szmaty i miotły.

 — Mamy to sprzątać?! To chyba pańskie zadanie! — Krzyknąłem oburzony, ale woźny nie okazał żadnych emocji.

 — To specjalne miejsce dla takich niegrzecznych jak wy. Macie czas do siedemnastej, aby tu wszystko lśniło.

 — A jak nie?! — Zapytałem.

 — To będziecie codziennie tu przychodzić, aż wreszcie wysprzątacie to miejsce. Tak zarządził pan dyrektor. W tej szkole musicie się nauczyć dyscypliny. — Oświadczył woźny, który pewnie się cieszył, że będziemy musieli za niego wykonywać część obowiązków. Dorośli są beznadziejni i leniwi, zawsze wyręczają się nami — dziećmi. Może mają za mało energii? Może jedzą za mało batonów, by wykonywać swoje prace. Ja też potrzebowałem batona, by mieć siły znieść ten okropny stres. Woźny wyszedł i zatrzasnął drzwi. Oczywiście pobiegłem za nim i zacząłem szarpać za klamkę. Drzwi były zamknięte. Zostaliśmy uwięzieni.

 — Co ty wyprawiasz? — Zapytała Lula.

 — Chciałem walczyć do końca. — Oświadczyłem z dumą.

 — Szkoda, że zachciało ci się walki z nami. — Powiedział zniechęcony Ogonek, który masował obolałe kolano.

 — Odczep się. Naucz się lepiej podawać piłkę. Nie musiałeś się ze mną bić!

 — No jasne, miałem stać jak słup i czekać, jak ty mnie pobijesz. — Odparł Bąk, który jak zwykle musiał mi dopiec.

 — Przestańcie! — Krzyknęła Lula.

 — A ty znowu chcesz się bawić w nauczycielkę, która rozstawi nas po kątach! — Wkurzyłem się, bo nie znosiłem, jak dziewczyna mnie poucza.

 — Skończ już wreszcie te swoje pretensje. Jesteśmy teraz tutaj i żadne kłótnie tego nie zmienią! — Odparł Ogonek. W odpowiedzi kopnąłem jedno z wiader, z którego rozlała się woda.

 — Bardzo mądrze! Rób jeszcze większy bałagan!

 — Nie będę tego sprzątał! — Odparłem.

 — Więc będziesz codziennie tu przychodził i oglądał ten bajzel! — Lula wzięła miotłę i zaczęła zamiatać.

 — Wyglądasz jak czarownica! — Odgryzłem się.

 — Jeszcze słowo. — Zagroził Bąk, który również wziął miotłę i zaczął zmiatać kurze. Ja wziąłem mokrą ścierkę i przetarłem trochę to i tamto.

 — Musimy przesunąć te krzesła na prawą stronę, a po lewej będą stoliki. — Zarządziła Lula.

 — Niezła myśl. — Przyznał jej rację Ogonek.

 — A ty jak zwykle musisz się z nią zgadzać. — Dodałem swoje.

 — I znowu mamy się kłócić? Przesuńmy te rzeczy i umyjmy podłogę, bo nigdy stąd nie wyjdziemy. — I zaczęliśmy wszystko układać wedle kategorii. Aż wreszcie przy ścianie natrafiliśmy na jakąś wielką ramę, zasłoniętą starą płachtą materiału.

 — To jakiś obraz?

 — Sprawdźmy. — Gwałtownie pociągnąłem za zasłonę, z której od razu wyleciały chmury kurzu.

 — Uważaj! — Krzyknęła Lula, krztusząc się. Dopiero co przetarliśmy podłogę i krzesła, by znów widzieć na nich kurz.

 — No i zobacz, co narobiłeś! — Zdenerwował się Ogonek

 — Tu zawsze będzie brudno! — Usprawiedliwiałem się, nie chcąc się przyznać do błędu. Płachta opadła jak żagiel w statku, który właśnie zacumował do brzegu. Dla nas jednak to miał być początek przygody. Wszelkie pretensje i kłótnie nagle odeszły na drugi tor, gdy zobaczyliśmy przed sobą wielkie lustro w srebrnej ramie, w której wyróżniały się rzeźby lwów, smoków i jakiś dziwnych roślin. Lustro jednak było pęknięte i brakowało w nim paru fragmentów. Staliśmy chwilę przed tym nim, zerkając to na ramę, to na swoje odbicia, które były trochę niewyraźne.

 — Zwykłe lustro. — Powiedziałem znudzony, wzruszając ramionami. Lula przejechała dłonią po srebrnej ramie, jakby chciała się przekonać, czy te wyrzeźbione stwory są żywe. Na szczęście były tylko rzeźbami.

 — Przetrzyjmy je.

 — A co tu chcesz czyścić? Przecież widzisz, że jest rozbite. Pewnie za niedługo pójdzie do wyrzucenia. Po co komu rozbite lustro?

 — Rama jest bardzo ładna. Pewnie zabytkowa. — Stwierdziła Lula.

 — Skąd wiesz?

 — Bo takie lustra w pięknych ramach wiszą w muzeum. Ja często chodzę do muzeum i tam takie są. — Powiedziała z wyższością Piegula.

 — W muzeach nie ma nic ciekawego. Nie możesz jeść, pić, tylko gapisz się na jakieś stare zakurzone rzeczy, które kiedyś ktoś używał. — Podsumowałem i wyciągnąłem batona, by przegryźć, bo już nieźle się zmęczyłem podczas tych porządków.

 — Może byś nas poczęstował? —Zapytał Bąk.

 — Przecież to przez was się tu znalazłem. Jestem wyczerpany i muszę zjeść batona. Poza tym… mam mało zapasów.

 — A ty znowu swoje! Egoista z ciebie — Zdenerwował się Ogonek i pokiwał głową.

 — Dajcie już spokój. — Powiedziała Lula i zaczęła przecierać szmatką taflę lustra. Nasze odbicia trochę przejrzały, gdy na szmatce została gruba warstwa kurzu. Jednak ja nie zamierzałem być pouczany przez tą dwójkę. Wziąłem jakieś stare, połamane krzesło i cisnąłem nim w lustro.

 — Co ty robisz?

 — Rozbijemy je i nie będziemy musieli czyścić! — Krzyknąłem.

 — Ale będziemy musieli sprzątać rozbite kawałki, o które można się skaleczyć! — Ale co dziwne żadne kawałki lustra nie spadły na podłogę, a rzucone krzesło gdzieś zniknęło.

 — Gdzie ono jest? Przecież rzuciłem prosto w lustro — Dziwiłem się.

 — Też to widzieliśmy. — Te mądrale przyznały mi pierwszy raz rację. Lepiej późno niż wcale. Podeszliśmy jeszcze bliżej. Lula dotknęła tafli lustra, ale już po chwili odskoczyła. Obok naszych odbić, stała jakaś wysoka pani w srebrnej sukni, w której odbijało się wszystko. Mówię wam, cała błyszczała jak na tych pokazach mody, czy jakoś tak. Ale tak w ogóle była dosyć blada, jakby nic nie jadła. Powinna jeść więcej batonów. Gdy się obejrzeliśmy za siebie, nikogo tam nie było. Ta pani była tylko w lustrze i dawała wyraźny znak, abyśmy przeszli na jej stronę, czyli weszli do lustra.

 — Chyba zaprasza nas do siebie?

 — Może to jakieś zwidy?

 — Nie wiem, chyba powinniśmy sprzątać, nie? — Pouczyłem te dzieciaki, ale oczywiście Lula i Ogonek woleli sprawdzić, co jest nie tak. Znowu będę miał przez nich problemy.

 — Od kiedy to chcesz sprzątać? — Zapytała ze śmiechem Piegula i jako pierwsza odważyła się przekroczyć ramę lustra. Dziewczyny są zawsze takie ciekawskie. I co dziwne! Nie natrafiła na opór szkła, lecz przeszła spokojnie, jak przechodzi się przez otwarte drzwi. Czyżby to popękane lustro było drzwiami? Ale do czego? Lula postanowiła odpowiedzieć na to pytanie, a po niej oczywiście poszedł Ogonek ze swoją gitara na plecach. Ja nie zamierzałem być dociekliwy i wolałem już sprzątać ten brudny magazyn. Ale jak zwykle moi towarzysze chcieli mnie wrobić.

 — No chodź z nami! Tu jest całkiem fajnie. — Zachęcała Lula.

 — Ani mi się śni! — Zarzekałem się.

 — No co, boisz się?! — Zapytał Ogonek i to mnie bardzo wkurzyło. Ja się nigdy nie boję. Jak trzeba, to walczę o swoją rację i biję, gdzie się da. A teraz Bąk mi mówi, że jestem tchórzem! Tego już za wiele.

 — Ja ci pokażę. — Odrzuciłem miotłę i szmatę, po czym przekroczyłem próg lustra. Nie ukrywam, że wtedy trochę się bałem, ale nie dałem tego po sobie poznać. Stałem obok moich towarzyszy w jakimś dziwnym pomieszczeniu, które trochę przypominało wnętrze starego zamku, jaki kiedyś zwiedzaliśmy na szkolnej wycieczce. Tylko, że tam nie spotkaliśmy tej dziwnej pani, która teraz do nas mówiła:

 — Ach dobrze, że jesteście. Długo czekałam tu na kogoś odważnego, kto podejmie się ważnej misji.

 — O czym ona mówi? Jak coś, to na mnie nie liczcie! — Zarzekałem się.

 — Jestem lustrem, które teraz przybrało ludzką formę. Taka jestem wewnątrz, choć wy znacie mnie z tej zewnętrznej strony jako srebrną taflę w ramie, w której możecie się przejrzeć. — Wyjaśniła.

 — I zobaczyć krosty na twarzy.

 — Albo odważnych bohaterów, którzy rzucają krzesłami — Pani spojrzała w moją stronę i wskazała na połamane krzesło, które leżało obok. Zawstydziłem się, a ona kontynuowała swoją opowieść.

 — Wywodzę się ze starego rodu pięknych, wielkich luster, wykonanych przez najlepszych rzemieślników. Służyłam na wielkich dworach, odbijałam w sobie najważniejszych władców, służyłam wielu ludziom, dobrym, złym pięknym, brzydkim i starałam się odbijać każdego jak najlepiej. Starałam się ukazać jego piękno, które nosi w sobie. Gdy nasz dwór królewski przestał istnieć, sprzedano mnie do innego domu, gdzie trochę się zbuntowałam. Już mniej chętnie służyłam moim nowym właścicielom, robiąc im ciągłe psikusy i pokazując ich koślawymi, jak w gabinecie krzywych luster. Aż dostałam nauczkę i zostałam rozbita na kawałki. A te ostre fragmenty trafiły potem do ludzi, którzy codziennie odbijają w nich swoje nieszczęsne oblicza, nie widząc już żadnej radości we własnym życiu. To tak, jakbyście przeglądali się w brudnym zwierciadle i czuli się coraz gorzej. Już wiele lat szukałam moich zaginionych fragmentów. Pomagali mi najwięksi detektywi i poszukiwacze przygód. I część udało mi się odnaleźć, poza czterema fragmentami.

 — I my mamy je znaleźć? — Zapytała zdziwiona Lula. Zresztą nie tylko ona była zdziwiona.

 — Ale… —Zająknął się Ogonek.

 — Co to, to nie! — Zaprotestowałem.

 — Och błagam was. Tak rzadko kto tu zagląda. — Rozpłakała się pani, myśląc, że mnie wzruszy.

 — To czemu sama pani nie poszuka tych swoich lustrzanych kawałków?

 — Nie mogę! Jestem uwięziona w tym miejscu, a poza tym nadal jestem rozbitym lustrem. Dopiero, gdy zbiorę wszystkie kawałki i pokleję je specjalnym „eliksirem wzruszeń”, wtedy będę znów mocnym lustrem. Teraz muszę liczyć na innych, jak choćby na was. — Powiedziała przejęta. Na mnie to nie zrobiło wielkiego wrażenia. Natomiast Lula i Ogonek jak zwykle wyrazili gotowość do tej głupiej przygody.

 — Chwileczkę, skoro już pani szykuje nam taką podróż, to wypadałoby nas czymś poczęstować i uprzedzić, czy czekają nas jakieś niebezpieczeństwa i tak dalej! — Krzyknąłem.

 — Ależ oczywiście! — Powiedziała pani Lustro, w której sylwetce odbiła się teraz moja twarz.

 — Oczywiście, że dostaniemy coś słodkiego? — Zapytałem.

 — Oczywiście, że was czekają niebezpieczeństwa. — Potwierdziła moje obawy

 — Miło, że nas pani uprzedziła. — Odparła Lula.

 — O tak, bardzo miło.

 — A jak w ogóle wyglądają te kawałki lustra, na co mamy zwracać uwagę? — Dopytywał się wścibski Ogonek.

 — Wiem, gdzie one są i kogo ranią swoim odbiciem. Cztery kawałki znajdują się u nieszczęśliwych istot: Czarownicy Libelli, Inżyniera Smoka, Króla Eryka i kapitana Walerego.

 — Och to sporo, nie wiem, czy damy radę. — Odparła zaniepokojona Lula.

 — Ktoś mówił o smoku?

 — Musicie mi pomóc.

 — Nic nie musimy droga pani! — Zauważył Ogonek. Wreszcie powiedział coś mądrego. Ale nie czekała go zbyt dobra odpowiedź.

 — Może przyszliście tu z własnej woli i ciekawości, ale nie wydostaniecie się stąd, dopóki nie przyniesiecie mi fragmentów mego lustra. — Oświadczyła zimnym tonem. Popatrzyliśmy po sobie. Ja nawet się ucieszyłem, bo to oznaczało chociaż przerwę od tego głupiego sprzątania. Niedobrze mi się robiło od tego kurzu.

 — Czy ta wyprawa jest niebezpieczna? — Zapytała Lula.

 — Ach, jak każda wyprawa. Jeśli nie wrócicie, poproszę kogoś innego, kto przyniesie mi te części.

 — Jest pani bardzo podstępna.

 — Potem wam to wynagrodzę.

 — Niby jak?

 — A to niespodzianka.

 — Mówi pani, jak ten pan, co przyszedł do mojego taty i sprzedał zepsuty czajnik.

 — Dobrze, że o tym wspomniałeś. Na tą wyprawę muszę was zaopatrzyć w niezbędne akcesoria. Oto wasze plecaki, śpiwory.

 — Będziemy spali pod gołym niebem?

 — Może się tak zdarzyć. A tu macie lusterko, które pokaże nieszczęśliwej osobie, jak naprawdę wygląda. — Piegula schowała je do kieszonki.

 — A jak się zorientujemy w drodze? — Zapytał Ogonek.

 — A to równie ważna kwestia. — Przyznała rację lustrzana Pani i podała nam kolejne dziwne gadżety, jakie mógłbym sobie kupić w sklepie z zabawkami.

 — Oto mapa, na której macie zaznaczone miejsca, gdzie znajdują się lustra, a oto kompas, który wskaże wam drogę, gdy się zgubicie.

 — A gdy jakimś cudem uda nam się zebrać wszystkie lustra, to co wtedy mamy zrobić?

 — Udacie się do Srebrnej Bramy, wyglądającej jak lustro. Będę tam na was czekała. — Wyjaśniła.

 — Ale… — Ogonek znów chciał coś powiedzieć, ale jak zwykle nie zdążył, bo Lustrzana Pani już otworzyła wielkie drzwi, z których wyszedł jakiś dziwny stwór. Zadrżałem. Ale on się na nas nie rzucił, tylko wydął policzki i po chwili wypuścił powietrze. Począł dmuchać tak mocno, że poderwaliśmy się w powietrze jak papierowe ludziki.

Pani otworzyła okno w komnacie i wywiało nas do zupełnie innego świata. Lecieliśmy jak wystrzeleni z procy, krzycząc na całe gardła, że aż przestraszone ptaki patrzyły na nas, jak na jakieś dziwadła. Bałem się, gdzie wylądujemy i na czym.

 — Uwaga! — Krzyknął Ogonek. Nawet się nie zorientowałem, gdy uderzyłem o ziemię.

 — Auaaaa. — Krzyknęliśmy niemal wszyscy jednocześnie.

 — Mogła się postarać o przyjemniejsze lądowanie. — Powiedziała Lula.

 — Nooo. — Przyznał Ogonek, sprawdzając swoją gitarę.

 — Nie narzekajcie. Mogliście w ogóle nie zaglądać do tego lustra i mielibyśmy święty spokój.

 — I nadal byśmy sprzątali.

 — A teraz nie wiadomo, czy stąd wrócimy, jak nie znajdziemy jakiś głupich luster! — Krzyknąłem oburzony.

 — Ty chyba w ogóle nie używasz lustra. Zobacz, jaki jesteś brudny.

 — Wyglądam świetnie. Gram w piłkę, to jestem wysportowany.

 — Taa i opychasz się batonami

 — A ty masz piegi na twarzy! — Odparłem. Lula słysząc to, posmutniała. Wyciągnęła lusterko i przyjrzała się swojej twarzy, na której rzeczywiście były piegi. Ale poza tymi ciągłymi kłótniami, musieliśmy jakoś zebrać siły, aby zdobyć te lustra, jeśli chcieliśmy wrócić do domu. Rozłożyliśmy mapę i wytężyliśmy wszystkie siły, jakie w nas drzemały, aby zrozumieć, że znajdowaliśmy się na dworcu kolejowym.

 — Pociągiem dojedziemy do miasteczka Jaga Daga, gdzie podobno mieszka jakaś czarownica z lustrem. — Powiedział Ogonek, przesuwając palcem po mapie.

 — A kiedy ma przyjechać ten pociąg? — Na moje pytanie odpowiedział głośny dzwonek i gwizd. Oto z białej chmury wyłonił się pociąg. Popatrzyliśmy po sobie i podeszliśmy bliżej.

 — Ale skąd wiemy, czy on jedzie w kierunku miasteczka Jaga Daga?

 — No i nie mamy biletów. — Zwróciła uwagę Lula.

 — Nie mamy też pieniędzy, żeby je kupić.

 — Czekajcie! — Złapałem się za kieszeń i wyjąłem z saszetki parę drobnych.

 — Miały być na batony, ale jak zwykle są nieprzewidziane wydatki.

 — Dzięki.

 — Nie wiem, czy starczy dla wszystkich. Nie znam cen biletów. — Pociąg wreszcie się zatrzymał z nieprzyjemnym zgrzytem, że aż zatkaliśmy sobie uszy.

 — No co dzieciaki, wsiadacie, czy nie? — Odezwał się głos, lecz nigdzie nie było widać konduktora czy maszynisty.

 — Ale nie mamy biletów. — Zauważyła Piegula.

 — Wsiadajcie. Biletów nie trzeba.

 — Więc jak mamy zapłacić?

 — Zapytajcie, co będzie dalej?

 — Dlaczego?

 — Zapytajcie. — Upierał się głos. Popatrzyliśmy po sobie i wreszcie zapytaliśmy.

 — Co będzie dalej?

 — Będzie bajka!

 — Jak to?

 — Otóż to moi drodzy. Każdy chce wiedzieć, co będzie dalej. Jaka kolejna stacja, jaka następna scena w bajce. Moi pasażerowie w zamian za przejażdżkę opowiadają bajki.

 — Ale my już wyrośliśmy z bajek. Kto by tam pamiętał o jakiś krasnoludkach, czy co tam jeszcze?

 — Na pewno coś wymyślicie. Rozejrzyjcie się, tam na łąkach dobre duchy zbierają porzucone bajki, zrywają je jak kwiaty, a potem wysyłają do rożnych komisji oceniających bajki. Może waszą też wyślą i wydadzą.

 — Nasza będzie zbyt słaba. — Oceniłem.

 — A skąd wiesz? — Syknęła Lula.

 — Wsiadajcie i nie bójcie się. — Zachęcał głos. Weszliśmy do przedziału i zajęliśmy miejsca.

 — A tak w ogóle to gdzie konkretnie jedziecie? — Zapytał głos.

 — Szukamy pewnej czarownicy, Libelli z miasteczka Jaga Daga.

 — Ach to będzie trzecia stacja. Odwiedziłem kiedyś tą okropną czarownicę, bo szukałem kogoś, kto pomógłby mi się zmienić w autobus.

 — To kim ty jesteś?

 — Jestem pociągiem. — Oświadczył głos.

 — Więc rozmawiamy cały czas z pociągiem? — Zdziwiłem się.

 — Tak.

 — Dlaczego chciałeś się zmienić w autobus?

 — Bo autobus wszędzie dojedzie, a pociąg jest zdany tylko na tory. W tej krainie także musicie pamiętać, że jest wiele dziwnych miejsc, o których nie słyszeliście, bo chodziliście znanym wam torem. — Pouczył nas pociąg. Poczułem się jak na lekcji i ziewnąłem. Chętnie bym się odłączył od tej grupy i ruszył gdzieś przed siebie. Ale w gruncie rzeczy byłem skazany na nich.

 — Nadal chcesz być autobusem?

 — Nie, już z tego wyrosłem. Jestem sobą, czyli pociągiem, który ma zawieźć ludzi z jednej stacji do drugiej. Taka moja rola. A w zamian oczekuję od moich pasażerów jakiś pięknych bajek, które potem przewożę do innych miasteczek.

 — Może opowiemy bajkę o lustrze? — I zaczęliśmy opowiadać, mieszając wątki. Że było lustro i rozbite kawałki, które trzeba złożyć jak puzzle. Aż tu nagle, na kolejnej stacji wszedł smutny pan. Posiedział trochę w naszym przedziale i się zdenerwował. Krzyczał, że nie chce słuchać żadnych bajek. Na koniec uderzył w żółtą skrzynię z guzikami, pociąg stanął, a obrażony pan wyszedł.

 — No i po bajce!

 — Co się stało?

 — To był pan Psuja, on zawsze wszystko psuje albo bajki, albo pociągi. Teraz mam przez niego awarię.

 — Sprawdzę, co i jak. — Odezwał się Ogonek.

 — Ty sprawdzisz, co się dzieje? — Dziwiłem się, bo przecież Bąk tylko umiał grać na gitarze i grać mi na nerwach, a teraz będzie się bawił w mechanika. A tu nagle widzę, jak mój kolega wyciąga z kieszonki śrubokręt i coś kręci w tej skrzynce. Wielka mi sztuka. Ja też umiem kręcić. A potem wyjął ze swojej gitary metalową strunę i przewiązał ją w silniczku. Zamknął skrzynkę i oświadczył z radością.

 — Gotowe.

 — Jak to? — Dziwiliśmy się łącznie z pociągiem, który nas wiózł.

 — Spróbuj ruszyć! — Krzyknął Bąk i po chwili zobaczyliśmy, jak za oknem zmieniają się widoki. Myślcie, co chcecie, ale ja nadal nie wierzyłem, że Ogonek to wszystko naprawił. Wreszcie dotarliśmy do trzeciej stacji i trzeba było się rozstać.

 — Oto wasz przystanek. Ruszajcie z przygodą, a wasza bajka z pewnością zapisze się złotymi literami. — Powiedział pociąg. Pożegnaliśmy się i stanęliśmy na stacji Jaga Daga.

 — Fajnie by było coś przegryźć po tej podróży. — Dodałem.

 — Jeszcze nie przeszliśmy kilku metrów, a ty już jesteś głodny?! — Zdziwiła się Lula.

 — I to mnie przeraża.

 — Mięczak z ciebie.

 — Z ciebie jeszcze większy i do tego piegowaty mięczak. — Odparłem. Lula tylko zacisnęła usta i pokazała pięści, ale się powstrzymała przed ciosem. I tak bym ją pokonał. Spojrzeliśmy na kompas oraz mapę, które wskazywały, że jesteśmy blisko celu. Ogonek ruszył jako pierwszy. Ja zostałem w tyle, walcząc z apetytem. Przydałby mi się jakiś batonik. Nie macie jakiegoś? Trudno. Póki co, czytajcie dalej, jak pokonaliśmy kolejne przeszkody.

Doszliśmy do wielkiej góry, gdzie stał domek. Tam podobno mieszkała Czarownica Libella i było tam też lusterko, które mieliśmy wykraść. Po drodze spotkaliśmy jakiś wędrowców, którzy byli wyraźnie przerażeni tym, że zmierzamy do czarownicy.

 — Uważajcie. — Przestrzegali nas z wytrzeszczonymi oczami, jakie ja mam, gdy widzę, że kończą mi się batoniki.

Ale żeby się w ogóle przekonać, czy czarownica jest w swojej chatce, musieliśmy pokonać wysoką górę i dość kapryśną pogodę. Otóż wyobraźcie sobie, że gdy tylko zaczęliśmy wchodzić na górę, nad naszymi głowami pojawiły się ciemne chmury. Zaczął padać deszcz i uderzały pioruny. Ale to nie koniec atrakcji. Musieliśmy jeszcze sprostać humorom pewnego złośliwego kocura, który postanowił nam urozmaicić wspinaczkę, zrzucając okrągłe kamienie, które toczyły się jak piłki. Raz się nawet zapomniałem i kopnąłem taki okrągły kamień, jakbym był na meczu. „Auaaaaa” — Wydałem z siebie przeraźliwy jęk. Piegula również dostała takim kamieniem w rękę i się przewróciła, ale natychmiast pomógł jej Ogonek. Szkoda, że mi nie pomógł. W każdym razie mój krzyk chyba był na tyle głośny, że wreszcie ktoś wyszedł z domu i upomniał tego wstrętnego kota, aby nie zrzucał nam okrągłych kamieni. „Zgrywus! Uspokój się!”

Gdy wspięliśmy się wyżej, zobaczyliśmy jakąś piękną, rudowłosą panią w zniszczonej sukni, pokrytej pajęczyną. Od razu nas zapytała: „Kim jesteście i czego chcecie?”

 — Szukamy Czarownicy Libelli. — Oświadczyła Lula.

 — Libella to ja, ale nie przyjmuję gości. — Powiedziała zimnym tonem, jakby była królową śniegu. Jakoś inaczej wyobrażałem sobie czarownicę, no wiecie jako okropnie brzydką jędzę z miotłą. Ale może czytałem inne bajki.

 — Więc o co chodzi? — Zapytała piękna Libella. Nie mogliśmy powiedzieć, że chcemy ukraść jej lustro. Ogonek i ja popatrzyliśmy po sobie, a potem na Piegulę, która znacznie lepiej potrafiła się dogadać z innymi.

 — Ach przybyliśmy z daleka. Jesteśmy bardzo zmęczeni. Możemy na chwilę się u pani zatrzymać?

 — Możecie poczekać przed domem. — Odpowiedziała czarownica, która była coraz bardziej zniecierpliwiona.

 — Och błagam, chętnie bym się położyła w domu. A poza tym słyszałam, że mogłaby mi pani pomóc w usunięciu piegów.

 — A w czym ci one przeszkadzają? Jesteś ładną dziewczynką. Te piegi dodają ci uroku. — Wyjaśniła Libella. — Piegula się uśmiechnęła, a czarownica ustąpiła.

 — No dobrze wejdźcie. Mam tu parę maści i eliksirów, ale szkoda na to energii. Mi to nie pomogło. Wyglądam okropnie. Dziwię się w ogóle, że chcecie ze mną rozmawiać. Kiedyś byłam nauczycielką. Ale to stare dzieje. Wyprowadziłam się do tego domu i zamieszkałam na odludziu, aby nikt mnie nie widział. Nie znoszę swojego odbicia! — Wyjaśniła Libella.

 — Jak to? Przecież jest pani taka piękna. — Przyznałem poruszony, że aż Ogonek i Piegula popatrzyli na mnie zdumieni. Libella zmarszczyła czoło i przyjrzała mi się z uwagą.

 — Chyba potrzebujesz okularów. Tylko zobacz na moje odbicie w lustrze! — I pokazała małe lustro w krzywej ramce, gdzie odbiła się okropna jędza z długim nosem, jak u Pinokia i krzywymi zębami, jak sztachety w płocie. „O rety!” — Zakrzyknęliśmy razem.

 — Prawda, jaki straszny widok? — Zapytała Libella.

 — To lustro kłamie! Proszę spojrzeć w moje lusterko! — Krzyknęła Lula i pokazała lusterko czarownicy, która od razu zakryła twarz rękami.

 — Nie pokazuj mi tego! Nie zbliżajcie się, bo zamienię was w ropuchy! — Groziła, udając złą wiedźmę.

 — Ale proszę zobaczyć! — Piegula złapała zapłakaną Libellę za rękę, aż ta w końcu odsłoniła twarz i zerknęła w lustro Luli. Zobaczyła zupełnie kogoś innego, właśnie tą piękną panią, o której mówiłem.

 — To niemożliwe. Więc ja tak wyglądam? — Pytała z niedowierzaniem, poprawiając swoje włosy i czyszcząc zakurzoną suknię. Zauważyłem nawet, że przez jej twarz przemknął delikatny uśmiech.

 — Tak właśnie pani wygląda. — Przyznaliśmy. Piegula za to zerknęła z ciekawości w lustro Libelli i doznała szoku, że wygląda jak księżniczka. Jej piegi zniknęły, a zamiast zwykłego ubrania, miała na sobie złotą suknię, włosy zaś miała spięte w kok.

 — Niezwykłe! — Powiedziała oczarowana, ale już po chwili w tym idealnym odbiciu pojawiły się jakieś rysy i piękna dziewczynka, zmieniła się w zrzędliwą ropuchę, na której widok, Lula krzyknęła przerażona. Libella zerknęła w jej stronę.

 — Co za okropne odbicie! — Powiedziała, łapiąc się za twarz.

 — Pani lusterko pochodzi z rozbitego zwierciadła. Jest jak puzel z wielkiej układanki, który złośliwie pokazuje inny obraz osoby, jaka się w nim przegląda i tak krzywdzi ją. Musimy go zwrócić na miejsce.

 — Więc przyszliście po moje lustro? — Zapytała zdziwiona Libella.

 — Właściwie tak. Musimy odnaleźć jeszcze trzy takie lustra, gdzie każdy patrzy na siebie inaczej. — Wyjaśnił Ogonek.

 — Skoro jest więcej pokrzywdzonych osób, pomogę wam. Wiem, jaki to ból. — Oświadczyła nagle uśmiechnięta Libella, która teraz była zupełnie inną osobą. Przygotowała nam coś pysznego do jedzenia. Bądźcie spokojni, nie były to pierniczki Baby Jagi. Wzięła na ręce swojego, wielkiego kota, Zgrywusa i ruszyła z nami w drogę.

Po paru przebytych kilometrach na pieszo, czułem się coraz bardziej głodny. Po drodze zawitaliśmy do miasteczka. Jako obcy od razu przyciągaliśmy spojrzenia mieszkańców. A może chodziło o Libellę, o której wszyscy myśleli, że jest czarownicą, a okazała się być piękną i sympatyczną panią? Wziąłem od Bąka mapę i sprawdziłem, gdzie dokładnie jesteśmy, a po chwili moją uwagę pochłonął pięknie wyglądający makowiec.

 — Masz ochotę? — Zapytała Libella. Pokiwałem głową, a okropna czarownica, której kiedyś wszyscy się bali, kupiła mi kawałek makowca. Zajadałem się nim tak bardzo, że nawet nie zauważyłem, jak pewien wścibski pies wyciągnął mapę z mojej kieszeni. Potem podbiegł do niego inny pies i chciał mu wyrwać tą mapę. Tak zaczęły walczyć ze sobą, że rozerwały dokument na strzępy.

 — To była nasza mapa? — Zapytała przejęta Piegula. Jeszcze delektowałem się makowcem, którego resztki miałem na buzi, gdy zorientowałem się, że właśnie straciłem mapę.

 — Ty niezdaro! Te psy zniszczyły nam mapę! — Krzyknął Ogonek i popchnął mnie, a ja nie znoszę, gdy ktoś mnie popycha, zwłaszcza, gdy jem tak pyszny makowiec. Więc i ja popchnąłem Ogonka. I tak się popychaliśmy nawzajem, aż wreszcie Libella nas rozdzieliła.

 — Przestańcie! Najgorsze podczas takich wypraw są wzajemne oskarżania. Mamy cel i musimy się na nim skupić, a nie na tym, kto, co zawalił.

 — Ale bez mapy nie widzimy kolejnego celu. — Pożalił się Bąk.

 — Mamy jeszcze kompas. — Zauważyła Piegula.

 — I mamy też ludzi, którzy chętnie podzielą z nami pewną legendą. — Dodała Libella z błyskiem w oku.

Gdy siedzieliśmy sobie przy stole i jedliśmy pyszny obiad, złośliwy kucharz nam opowiedział o pewnym potworze, który żył w pobliskich górach.

 — Tu niedaleko przebywa smok albo jakiś inny potwór, co zieje ogniem! — I już straciłem apetyt.

 — To jest właśnie nasz cel! — Wykrzyknął Ogonek, a ja z wrażenia się zakrztusiłem.

 — Smok, potwór?! — Pytaliśmy przerażeni.

 — A czy baliście się mnie jako czarownicy? — Zapytała Libella.

 — Między potworami a czarownicami jest chyba jakaś różnica.

 — Zawsze boimy się tego, co nieznane. — Przekonywała była czarownica.

Skaliste góry nie wyglądały zbyt zachęcająco, a otaczające je mgły dodawały tylko nieprzyjemnego klimatu tajemnicy, że gdzieś tam coś się czai. Łatwo było się zgubić pośród tych mgieł, więc sprytny Ogonek wyciągnął linkę, którą się obwiązaliśmy. Połączeni nią, pokonaliśmy parę wzniesień. Wreszcie za kolejnym wzgórzem wyłoniła się wielka głowa stwora, z której zionął ogień.

 — To smok! — Krzyczała Piegula, a kot Zgrywus głośno miauczał. Lula z wrażenia się pośliznęła i pociągnęła nas za sobą. W ostatniej chwili Ogonek i Libella utrzymali się jeszcze na skale, za to ja i Lula wisieliśmy w powietrzu, wymachując nerwowo rękami i nogami jak pajacyki.

 — Przestańcie się szarpać! — Zwróciła uwagę Libella, która w tej niebezpiecznej sytuacji jakoś zapomniała o swoich magicznych mocach. Zresztą nikt nie mógł wygrać ze śliską skałą, pokrytą mchem. W końcu i Ogonek wraz z Libellą stracili równowagę i runęli z nami w przepaść. „Chlup”, „Plusk” i wylądowaliśmy w wodzie. Przez przypadek trochę jej się napiłem i poczułem w ustach przyjemny, słodki smak wanilii.

 — Gdzie my jesteśmy? — Pytaliśmy siebie nawzajem, mocząc się w wielkiej wannie.

 — Chyba w jakimś jeziorku. — Zanurkowałem i zabulgotałem.

 — Tylko spróbujcie, jaka pyszna ta woda.

 — To nie woda, tylko śmietanka. Przecież jest biała! — Zwróciła uwagę Libella.

 — Nie wiecie przypadkiem, czy śmietanka nie usuwa piegów z twarzy? — Zapytała Piegula przemywając buzię mleczkiem.

 — Raczej nawilży twoją skórę. — Zwróciła uwagę czarownica.

 — O nieee! — Krzyknął Ogonek.

 — Co się stało?

 — Zgubiłem kompas!

 — No i kto tu jest gapa? — Zapytałem złośliwie, bo wcześniej i ja straciłem mapę.

 — No to pięknie.

 — Może go jakoś wyłowimy?

 — Póki co odpocznijmy. Ale tu miło. — Oparłem się o metalową ścianę wielkiej misy i rozłożyłem się na tej śmietance, jak na najwygodniejszym łóżku. To były miłe chwile po naszych ostatnich wędrówkach. Gorszy moment przyszedł wtedy, gdy usłyszeliśmy złowrogi głos:

 — Co wy tu robicie? Dlaczego zakłócacie mój spokój i niszczycie moją śmietankę na sernik? — Zza wielkiej skały widać było cień jakiegoś człowieka. Drżeliśmy z niepokoju, kto może za chwilę tu wyjść.

 — Szybko schowajmy się! Smok! Zaraz znów nas zzzzatakuje! — Krzyczała przerażona Lula i nam także udzielił się ten niepokój.

Już mieliśmy znowu zanurkować w śmietance, jednak zza skały nie wyszedł wcale olbrzymi stwór, tylko jakiś mały, brodaty człowiek, który nie wyglądał na zadowolonego, że tu jesteśmy.

 — Co to za maniery? Weszliście brudni do mojej śmietanki! Teraz to wszystko do wyrzucenia. Nie upiekę sernika! — Krzyknął oburzony.

 — To chyba byłby bardzo duży sernik. Dałby pan radę go zjeść sam? — Zapytałem zaniepokojony, bo chyba lepiej się podzielić, niż cierpieć na niestrawności.

 — A tak, poradziłbym sobie. Bo ja lubię sernik! Z rodzynkami, z brzoskwiniami i waniliowym aromatem. A wy wszystko zniszczyliście i jeszcze zakłócacie mi spokój!

 — Ja mogę wypić całą tą śmietankę. Na pewno się nie zmarnuje! — Oświadczyłem.

 — No i wreszcie odzyskamy kompas. — Dodał Ogonek.

 — Wychodzić stąd ale już! — Krzyknął mały pan, który wyglądał jak krasnoludek.

 — Przepraszamy, my tu wpadliśmy przez przypadek. Wystraszył nas taki wielki smok, a potem ześliznęliśmy się ze skały i zlecieliśmy tutaj. — Tłumaczyła spokojnie Libella.

 — Czego tu szukacie? — Zapytał niewzruszony pan. Wyszliśmy wreszcie z wielkiej misy. Popatrzyliśmy po sobie, szukając jakiejś dobrej odpowiedzi, ale chciało się nam tylko śmiać, gdy widzieliśmy siebie upapranych śmietaną. Kot Zgrywus zaczął zlizywać śmietankę z twarzy Libelli, czym wprawił ją w śmiech.

 — Zabłądziliśmy. — Wyznała wreszcie Piegula.

 — Nikt tutaj tak sobie nie błądzi. Mój smok wszystkich odstrasza i mam święty spokój! Ludzie to tchórze, zawsze się boją tego, co nieznane. I oczywiście zawsze są ciekawscy! Wy byliście aż za bardzo. Czeka was kara! Może znów chcecie się spotkać z moim smokiem?

 — To pański smok? — Dziwiliśmy się.

 — Ja go zbudowałem. — Oświadczył mały pan z dumą.

 — Ale jak?

 — Znowu jesteście zbyt ciekawscy. Pora się umyć! — Mały pan zbywał nasze pytania i wziął szybko węża, jakiego mają strażacy, gdy gaszą pożar. Odkręcił zawór i skierował strumień wody w naszą stronę. Pyszna, słodka śmietanka o aromacie waniliowym spłynęła z nas jak mydło. Po zimnej kąpieli przyszła pora na spotkanie ze smokiem.

 — Oto wasz smok! — Mały pan uchylił drzwi i pokazał mechanizm pełen zębatych kół i kółeczek. Przestawił dźwignię i nagle głowa wielkiego potwora na długiej szyi pochyliła się nad nami. Zamarliśmy ze strachu i wstrzymaliśmy oddech. A potem ta wielka głowa znów się uniosła nad górami.

 — Co to w ogóle za pomysły, żeby tak straszyć ludzi?! — Krzyknęła oburzona Piegula, która była znacznie wyższa od małego pana i z chęcią by go kopnęła. Mały pan się namyślił chwilę i usiadł przed nami słaby i bezradny, jakby chciał się poddać. Był gotów opowiedzieć swoją historię.

 — Zawsze wszystkich straszyłem, bo kiedy byłem małym dzieckiem, mnie też straszono i wyśmiewano się ze mnie! Codziennie patrzyłem w lustro i czułem się gorszy od innych. — Powiedział rozżalony pan, wskazując na lustro, które wisiało na ścianie.

 — Zawsze byłem mały i nieciekawy, ale zawsze też w jakiś sposób chciałem zmienić świat i ludzi. Dlatego zostałem inżynierem. Nazywam się inżynier Śrubek. Na początku tworzyłem dla ludzi różne wynalazki, ale zawsze były one odrzucane. Może po prostu nie rozumiałem, czego ludzie potrzebują. Wreszcie postanowiłem, że ucieknę od ludzi i skryję się między tymi skałami. Zamieszkam w jakiejś jaskini, jak straszny smok i będę straszył każdego, kto będzie chciał mnie dręczyć. Myślałem, że wreszcie będę miał spokój. Zbudowałem sobie swoje małe królestwo, gdzie nawet mogłem robić sernik. A teraz zjawiliście się wy! I nagle poczułem potrzebę, by powiedzieć wam o tym wszystkim. Czuję się już zmęczony tą samotnością i uciekaniem przed ludźmi. Nie wiem, co mam zrobić, żeby zmienić swoje życie? — Rozpłakał się. I było mi naprawdę żal tego pana. Szkoda, że nie zdążył upiec sernika.

 — Niech pan przestanie straszyć ludzi. — Poradziła Libella z troską w głosie i położyła dłoń na ramieniu Śrubki.

 — Ludzie zawsze lubili się bać. Lubili legendy o smokach i potworach. Zapewniłem im rozrywkę. — Usprawiedliwiał się.

 — Ale pan uciekł od ludzi. — Stwierdziła Libella i dała znak Ogonkowi, aby zdjął lustro, w którym nieszczęsny inżynier widział siebie tak okrutnego i samotnego.

 — A gdyby pan tak wrócił do miasteczka albo wykorzystał swego smoka, aby pomagać ludziom? — Zapytała Piegula.

 — A co smok może robić poza straszeniem? — Zdziwił się inżynier, bawiąc się śrubokrętem.

 — A czyż nie mógłby pan przerobić tego smoka na karuzelę albo dźwig, aby tak pomóc ludziom? Dać im zabawę albo pomóc przenosić ciężary. Tego ludzie potrzebują w życiu, a pan potrzebuje ludzi. — Piegula podłożyła swoje lusterko, w którym Śrubek zobaczył siebie prawdziwego i łzy popłynęły mu po policzkach.

 — No i mógłby pan na początek poczęstować wszystkich sernikiem. Widząc, ile ma pan tej śmietanki, upiekłby pan bardzo duży sernik. — Zauważyłem, chowając lusterko do plecaka. Pan Śrubek namyślił się i spojrzał na nas z uwagą, po czym odparł.

 — Może rzeczywiście czas najwyższy zmienić swoje życie. Mam już dosyć odbijania w lustrze tego małego, strachliwego człowieczka, który broni się przed innymi, strasząc ich. Chciałbym się z kimś zaprzyjaźnić, pomóc komuś.

 — Może wyłowi pan nasz kompas? — Zapytał Ogonek. Inżynier Śrubek nie tylko wyłowił ze słodkiej śmietanki kompas i go naprawił, ale także upiekł wielki sernik, którym się podzielił z tutejszymi mieszkańcami. Zaoferował także swoją pomoc jako zdolny inżynier. Już za niedługo w miasteczku stanęła wielka karuzela z głową smoka, na której kręcili się ubawieni ludzie. A gdzie indziej stanął wielki dźwig, który przenosił różne ciężary i pomagał w budowie nowych domków. No i w lokalnej piekarni co tydzień wystawiano świeżutki sernik inżyniera. Oto pan Śrubek odnalazł swoją radość w tworzeniu różnych rzeczy dla ludzi, czyniąc ich życie nieco lżejszym.

I po tych pięknych chwilach trzeba było ruszać dalej, by odzyskać kolejne lustra. Inżynier dał nam na drogę trochę sernika i znowu podróż była odrobinę lżejsza a brzuch pełniejszy. Zachodziło słońce, gdy dojrzeliśmy na jakimś wzgórzu ruiny zamku, gdzie mieszkała kolejna ofiara lustra.

 — Następne nieprzyjemne miejsce. — Jęknąłem.

 — Damy radę. — Poklepał mnie po ramieniu Ogonek.

 — Takie coś sobie powtarzam, jak dostaję podwójny obiad. — Odparłem, ale teraz czułem się okropnie słaby. I wyobraźcie sobie, że nieopodal zauważyłem jakieś piękne drzewo, na którym rosły cukierki! Nie mogłem się powstrzymać i już zerwałem jednego, ale Libella powstrzymała mnie przed zjedzeniem.

 — To trucizna! — Powiedziała stanowczo. Wzięła jeden z tych cukierków i podrzuciła do góry, a ten się zapalił jak iskra. Na jakiś czas zrezygnowałem ze słodyczy.

Gdy przekroczyliśmy bramę, ujrzeliśmy siedzącego na zniszczonym krześle młodzieńca z papierową koroną na głowie. W rękach trzymał gitarę bez strun, gdzie w środku siedział jakiś ptak. Młody człowiek coś sobie nucił, a ptak w gitarze śpiewał swoje. Gdy król nas zobaczył, przerwał piosenkę i zapytał nieuprzejmie:

 — Dlaczego weszliście do mojego królestwa?! — Zauważyłem obok stojące lustro, w którym odbijał się widok chłopca w złotej koronie. Jak widać ten bohater wierzył, że jest królem. Ciężko będzie go odczarować. Ale próbować trzeba.

 — Och królu, mój panie albo… nawet nie wiem jak cię nazwać. Ty jesteś w błędzie! Nie masz na głowie złotej korony i nie rządzisz królestwem. Tylko spójrz w moje lustro. — Lula wyciągnęła swoje lusterko przed młodzieńcem. Ten również zmarszczył czoło jak Libella na początku i zaintrygowany przyglądał się sobie. Zobaczył za sobą zrujnowany zamek, a nie wnętrze pięknego pałacu. Jednak szybko odwrócił wzrok i powiedział zagniewany.

 — Nie, to wszystko nie prawda. Próbujecie mnie przechytrzyć. Jestem tu królem i już! A was każę wtrącić do lochu!

 — Co ty nie powiesz. — Roześmiała się Libella.

 — Miaauuu! — Odezwał się kot Zgrywus.

 — A tego potwora zamknę w osobnej klatce!

 — Miaaaauuuu. — Odpowiedział mu Zgrywus. Książę wyciągnął drewniany kijek jak miecz i zawołał.

 — No walczcie ze mną. Który będzie odważny? Pokonam was wszystkich. — I książę ruszył do boju. Nie mając nic pod ręką, chwyciłem za jakąś starą deskę i postanowiłem, że zostanę rycerzem. Książę odepchnął Bąka, a potem trafił na mój opór. Siłowaliśmy się na deski i rymy. Gdy książę krzyczał „dzielny”, ja wołałem „senny”, „mierny”, ale szybko się nam to znudziło. Książe wziął młotek i zaproponował mi wbijanie gwoździ. Wbijaliśmy tak dobre dziesięć minut, aż wreszcie książę upadł jak pokonany. Widać, nigdy nie pomagał przy remoncie. A ja owszem! I dostałem za to paczkę batonów. Przez chwilę poczułem się bohaterem, ale król oczywiście wstał i znowu wzniósł miecz do góry, wołając:

 — Nie opuścicie tego miejsca, dopóki… hmmm. — Tu się zastanowił chwilę i wreszcie wypalił:

 — Dopóki nie wymyślicie mi bajki! — Na jego propozycję od razu zareagowała Libella.

 — Dobrze królu! Skoro chcesz bajki, to ci ją opowiem. Było raz sobie lustro, które służyło wielu ludziom, sławnym, bogatym, jak i biednym. Pewnego razu zły czarownik rozbił je na kawałki i rzucił ludziom, by przeglądali się w tych małych puzzlach, nie widząc całości, tylko małe części, wady, słabości. Każdy, kto miał takie lusterko, widział w sobie i w innych ludziach potwory. Lecz znalazł się odważny bohater, który postanowił zebrać te małe lustra w całość i połączyć w wielkie lustro. Zebrał wszystkie kawałki i pokazał innym wielki obraz, w którym się przejrzeli odmienieni i szczęśliwi, bo widzieli więcej. I zrozumieli, że każdy upadek ma sens w tej układance.

 — Chciałbym poznać tego odważnego bohatera! Mógłby być rycerzem na moim dworze. Ostatnio mało mam tu odważnych ludzi.

 — Może go znasz?

 — Jak to?

 — Może to ty sam?

 — Nie rozumiem. — Dziwił się młodzieniec, udający króla. Libella wzięła lusterko od Pieguli i jeszcze raz przed nim postawiła.

 — Nie! Nie pokazuj mi tego! — Krzyczał, ale w końcu się uspokoił i wejrzał w swoje odbicie, gdzie nie miał złotej korony, a dookoła były ruiny, zamiast pięknych pałacowych wnętrz.

 — Więc nie jestem królem? — Zapytał rozczarowany, spuścił głowę i się rozpłakał. Szybko z Ogonkiem zapakowaliśmy kłamliwe lusterko księcia do pojemnika i schowaliśmy. Libella widząc tak smutnego człowieka, pochyliła się nad nim i ujęła jego dłoń, mówiąc swoim delikatnym głosem:

 — Teraz jesteś sobą. Jak masz na imię?

 — Eryk. — Wyjąkał.

 — No widzisz.

 — Ale co mi z tego, gdy nie mam królestwa i bogactwa? — Odparł zrezygnowany.

 — A czy sądzisz, że te wszystkie bogactwa i złota korona są tobą? Ja w moim odbiciu byłam czarownicą, która nie znosiła nikogo. — I tu na dowód Libella pokazała swoje odbicie w starym lusterku, które przestraszyło księcia.

 — Byłam straszna. A teraz…

 — Jesteś piękna i dobra. — Przyznał Eryk zapatrzony w nią. Ona się zarumieniła i zdjęła mu papierową koronę, mówiąc:

 — A ty jesteś teraz zwyczajnym, młodym człowiekiem, który ma wciąż marzenia. A gdy ma się marzenia, można rozpocząć nowe życie.

 — Ale jak? Co mogę zrobić pośród tego zrujnowanego zamku? — Spojrzał ze smutkiem na swoją zepsutą gitarę, w której siedział ptak.

 — Możesz ruszyć z nami na wyprawę, by odzyskać kolejne lustro, które przez tyle lat unieszczęśliwiało kogoś. — Eryk się zastanowił, spojrzał na Libellę i się uśmiechnął. W jego oczach znów widać było nadzieję.

 — Z tobą pójdę zawsze.

I tak ruszyliśmy większą grupą. Eryk nie miał nic ze sobą poza tą gitarą bez strun, która w jego starym odbiciu podobno była magiczna. Ale w nowym odbiciu okazała się tylko zwykłym kawałkiem drewna. Jedno odbicie lustrzane cieszyło, inne smuciło. Jedyne, co było prawdziwe, to ta droga, w której odkrywaliśmy na nowo siebie samych w różnych sytuacjach, niczym w zwierciadłach. Teraz oto stanęliśmy na brzegu, by spojrzeć na taflę morza i zobaczyć siebie takimi, jakimi jesteśmy, lecz falująca woda ciągle deformowała nasz obraz, jakbyśmy byli z plasteliny.

 — Jak łatwo stracić swoje odbicie z oczu, czyż nie? Wtedy bohater już nie wie, kim jest, rycerzem, smokiem czy czarownicą? — Usłyszeliśmy. Gdzieś na skraju, przy małym ognisku odpoczywał sobie brodaty pan, który palił fajkę i przyglądał nam się z zainteresowaniem.

 — Szukacie kogoś, czy przyszliście popatrzeć na zachodzące słońce?

 — Musimy się dostać na statek kapitana Walerego.

 — Ach, Walerego znowu nie ma. Wypłynął dzień temu. Ciągle szuka skarbów. Uparty kapitan z niego. Zabrał całą swoją rodzinę i dręczy ich opowieściami o ukrytych skarbach, które są tylko w jego wyobraźni.

 — Chcielibyśmy się jakoś do niego dostać.

 — Cóż ja mogę? — Zastanowił się pan z brodą i podrzucił jakimiś kolorowymi piłkami. Stanął przed nami i oczy mu błysnęły. Uśmiechnął się i wreszcie zaproponował.

 — Jeśli któremuś z was uda się złapać w powietrzu tą oto niebieską kulę, którą będę żonglował wraz innymi kolorowymi kulami, to udostępnię wam balon. I tak polecicie na statek kapitana Walerego.

 — Niech będzie. — Zgodził się Ogonek, aż wszyscy popatrzyliśmy na niego.

 — To się nie uda! — Syknęła Piegula.

 — Zaufajcie mi. — Ogonek skinął głową, na co pan z brodą się skłonił i podrzucił kolorowe kule, które już po chwili zaczęły wirować coraz szybciej, tak, że nie mogłem w żaden sposób dojrzeć, gdzie teraz znajduje się niebieska, gdy już za nią były żółta, czerwona i zielona. Wszystkie one zlały się w jedną smugę.

Ogonek uważnie obserwował kule, aż wreszcie szepnął coś do Eryka, a Eryk z kolei szepnął coś do ptaka, którego wcześniej nosił w swojej gitarze. Ten poderwał się do lotu i wystrzelił jak strzała, by po chwili przynieść w swoim wielkim dziobie niebieską kulę. Pozostałe piłeczki spadły na ziemię, a pan z brodą nie krył zdumienia.

 — A niech mnie, co za refleks! — I odebrał od ptaka Bazylego niebieską piłkę.

 — Brawo Bazyli. — Powiedział Eryk do ptaka.

 — Miauuu. — Odezwał się Zgrywus.

 — To się nazywa złapać odpowiednią chwilę w życiu! — Powiedział pan z brodą, śmiejąc się głośno.

 — Chodźcie ze mną. — I udaliśmy się na inną przystań, gdzie stał kosz, a nad nim unosił się wielki balon.

 — Wsiadajcie. Balon zaprowadzi was na miejsce.

 — Jak to? A gdzie stery? — Nikt nie odpowiedział. Balon się uniósł w górę. Widziałem, jak pan z brodą coraz bardziej się oddala, a na jego miłej twarzy zagościł jakiś dziwny, złowrogi uśmiech. Zerwał się mocny wiatr, zaczęło kołysać. Wreszcie pan z brodą ujawnił swoje prawdziwe zamiary.

 — Nie dostaniecie się do Walerego i nie zabierzecie mu lustra! Już ja nad tym czuwam! — Krzyczał.

 — Co on wygaduje? Kim on jest? — Przekrzykiwaliśmy się nawzajem.

 — To pułapka. — Ocenił Bąk.

 — To ja, Psuja! Rozbiłem lustro przed laty i rozrzuciłem te wszystkie ostre kawałki między ludzi, by byli równie nieszczęśliwi jak ja!— Wyjaśnił, po czy wyciągnął wielką trąbę i zadął w nią. I rozszalała się okropna wichura.

 — Zepsułem wam pociąg, a teraz chcę, abyście wpadli w to morze i zatonęli. — Życzył nam na drogę. I wszystko niestety wskazywało na to, że ten lot nie będzie zbyt przyjemny. Lula co chwila zerkała na kompas, pouczając, aby zmienić kierunek, ale nie bardzo mogliśmy manewrować balonem, bo silny wiatr miał nad nami przewagę. Na niebie zbierały się czarne chmury, grzmiało, błyskało i wreszcie się rozpadało. Gorszej pogody nie mogliśmy sobie wybrać na lot balonem. Ale wszystkiemu był winien pan Psuja. Kiedyś ja mu pokażę! Teraz musieliśmy jakoś wylądować na tym niespokojnym morzu, na którym powstawały coraz większe fale. Wreszcie Bazyli swoim ostrym dziobem przebił balon, a ten zaczął lecieć coraz niżej, aż kosz uderzył o wznoszącą się falę. Zobaczyłem swoje odbicie w ciemnej tafli morza. Byłem taki przestraszony, że aż niepodobny do siebie. Gdzieś pod powierzchnią jakiś potwór pewnie szykował się, by nas zjeść! Pomyślałem sobie, że musimy się odbić od tego strachu. Znaleźć jakieś wyjście.

 — Zobaczcie, tam płynie jakiś okręt! Może tam jest kapitana Walery? — Krzyknęła Lula. To była nasza szansa. Musieliśmy dopłynąć do tego statku. Pozostało nam wiosłować tym, co mieliśmy pod ręką i wołać o pomoc, aż ktoś nas usłyszy. Libella wyciągnęła jakąś małą latarkę i zaczęła nią świecić. Ktoś z załogi nas zauważył i ani się nie obejrzeliśmy, gdy cali mokrzy siedzieliśmy na pokładzie statku.

 — Kłopoty przybywają wraz z tą burzą. — Podsumował wąsaty, wielki pan, który wciągał nas na pokład.

 — Dziękujemy. Czy to okręt kapitana Walerego?

 — Tak, a ja jestem jego córką, mam na imię Letycja. A wy? Jak się tu znaleźliście? — Zapytała drobna dziewczyna, zupełnie nie pasująca do tych wszystkich wielkich marynarzy, którzy biegali po pokładzie w tę i w tę.

 — Przedstawiliśmy się po kolei i wyznaliśmy, że wybraliśmy się w podróż, a przy okazji chcieliśmy odwiedzić słynnego kapitana i wybrać się z nim na poszukiwanie skarbów, co oczywiście nie do końca było prawdą. Sam kapitan Walery w granatowym mundurze nie był zbyt zachwycony faktem, że nas gości. Jego nastroszone brwi układały się w literę „v”, a oczy płonęły dziwnym ogniem. Można było się go wystraszyć, a co gorsza musieliśmy my mu przecież zabrać lustro, w którym uparcie widział on dzielnego poszukiwacza skarbów.

 — Wysadzimy was w najbliższym porcie, a potem radźcie sobie sami. Nie mamy czasu dla takich jak wy. Musimy szukać skarbów. Wiem, że jesteśmy już blisko. — Zarzekał się kapitan, uderzając pięścią w stół, a jego kolorowa papuga śmiesznie skrzeczała. Kot Zgrywus chciał ją złapać, ale ta od razu odfrunęła i przesiadła się na ramię Letycji, która wydawała się coraz smutniejsza.

 — Ale my możemy pomóc kapitanie. Słyszeliśmy o pewnej wyspie, gdzie jest ukryty skarb. — Mówił przekonująco Ogonek.

 — Dobrze wiem, gdzie są skarby! I sam je znajdę! — Uciął kapitan i poszedł do swojej kajuty, by znów sprawdzić mapy. Tymczasem smutna Letycja postanowiła nam opowiedzieć, jak ciężko jej tu na morzu.

 — Jestem już tym zmęczona. Tata zabrał mnie ze sobą parę lat temu i pływamy tak od wyspy do wyspy.

 — I jak na razie nie znaleźliście żadnego skarbu? — Zapytała Libella.

 — Niestety. Ciągle gonimy za jakimiś wielkimi skarbami, o których ojciec słyszał od różnych poszukiwaczy. Ale cóż z tego. To tylko obietnice, marzenia, które nigdy się nie spełnią. Nie chcę żadnych bogactw. Chciałabym po prostu wysiąść z tego statku i zamieszkać w jakimś miasteczku.

 — Chyba wiemy, jak pomóc tobie i twojemu tacie. — Zaczęła Lula.

 — Jak to? — Zdziwiła się Letycja.

 — Przybyliśmy tu, aby zabrać kapitanowi magiczne lustro. To właśnie w nim widzi on wielkiego poszukiwacza skarbów, który nie spocznie, dopóki ich nie odnajdzie.

 — Tak, często przegląda się w tym lustrze. — Przyznała Letycja i od razu zapytała:

 — Więc macie jakiś plan?

 — Ale musisz nam pomóc. — Przykazał Ogonek.

 — Oczywiście.

 — Pogoda też nam sprzyja. — Zauważyłem.

 — To znaczy?

 — Szykuje się sztorm. A my chcemy zrobić na statku spore zamieszanie.

Zerwał się silny sztorm, a w jednym z żagli pękła linka. Marynarze biegali tu i tam, a wysokie fale co chwila uderzały o okręt. Kołysaliśmy się w prawo i w lewo, a ja czułem się coraz gorzej. Niepotrzebnie zjadłem tyle sernika. Musiałem jednak wykrzesać z siebie trochę sił, by skonfrontować się z kapitanem, który akurat w tej chwili przebywał w kajucie. Pierwsza weszła Letycja, by wybadać sytuację. Zdjęła zatrute lusterko, które wisiało na ścianie. Zobaczyła w nim smutną dziewczynę, która wylała tyle łez do morza, że teraz pływała w nich i czuła, że za chwilę utonie. Po chwili podszedł do niej ojciec i również wejrzał w lustro z uśmiechem na twarzy, bo widział tam nie tylko siebie, ale również mapę skarbów, wedle której kierował statkiem.

 — Tylko spójrz córeczko. Na tej wyspie czekają nas wielkie skarby. — Wskazał na prawo, lecz Letycja niczego tam nie widziała. Z kolei kapitan nie zauważył, jak otoczyliśmy go ze wszystkich stron.

 — Ile można kapitanie szukać niemożliwego, czy nie wiesz, że masz przy sobie cenniejsze skarby? — Zapytała Libella.

 — Niby jakie?

 — Twoja córka płynie z tobą, a żona czeka w domu.

 — Morze jest moim domem i to w nim szukam skarbów. Wiem, że je znajdę i dam bogactwo mojej rodzinie! — Zarzekał się kapitan. Letycja szybko podała lusterko Libelli, a ta rzuciła je do Pieguli. Lula podała do mnie. Wyglądało to wszystko jak mecz, w którym zamiast piłki, zawodnicy podają sobie lustro, aby przeciwnik go nie przejął.

 — Co to za głupie żarty! Oddajcie mi lusterko, tam jest ukryta mapa skarbów! — Krzyczał kapitan, biegając między nami jak dziecko. Tymczasem lusterko latało tu i tam. Jeszcze bosman Czyścioch próbował interweniować, ale pośliznął się na podłodze i runął jak kłoda. Eryk podrzucił lusterko do góry i Bazyli złapał je w dziób, po czym podał Pieguli. Ta wystraszyła się kapitana i odrzuciła lustro natychmiast do mnie. Ja wyrzuciłem je do Letycji, która jednak nie zdążyła odebrać i lustro spadło na podłogę, rozbijając się na dwie połówki. Szybko chwyciłem pierwszą z nich, przy okazji się kalecząc i schowałem do torby. Drugą połowę dostał w swoje ręce zdyszany kapitan. Przejrzał się w lusterku, by sprawdzić mapę, ale doznał szoku. Zobaczył bowiem okropnego potwora, który szczerzył wielkie zęby. A nade wszystko poświęcił całą swoją rodzinę, aby szukać wymyślonych skarbów. Kapitan się przeraził i odrzucił lustro, które pochwycił Eryk. Owinął je natychmiast w płótno i schował do torby. Uff! Odetchnęliśmy. Troskliwa Letycja z kolei opatrzyła moją zranioną dłoń. Kapitan zapłakał i rozejrzał się po nas, po czym przytulił swoją córkę i przeprosił za to, że tak ślepo wierzył w te wszystkie legendy o skarbach.

Uczciliśmy ten wielki powrót Walerego do domu ucztą i zabawą, na której grał Ogonek na swojej gitarze. Wcześniej popisał się łapaniem ryb na wędkę, zrobioną z prostego kija i struny do gitary, która również się przydała do naprawy linki masztowej. Marynarze byli pod wrażeniem. Przestaliśmy być dla nich obcy, a staliśmy się przyjaciółmi, którzy razem przeżyli ciężkie i piękne chwile na niepewnym morzu, co jak wielkie lustro odbiło nasze przygody.

Podczas zabawy smakowałem te wszystkie pyszne dania, gdy nagle podeszła do mnie Letycja i poprosiła, aby z nią zatańczył. Byłem zdziwiony, bo nigdy jeszcze nie tańczyłem z dziewczyną. Ale to chyba nie takie straszne, jak spotkanie ze smokiem czy czarownicą.

Wreszcie nadszedł te moment, gdy musieliśmy zakończyć naszą misję. Zapakowaliśmy wszystkie lustra i pożegnaliśmy się z Libellą, Erykem, Letycją i Kapitanem, którzy postanowili, że popłyną do Krainy Ptasiego Mleczka, gdzie można na jakiś czas odpocząć pośród słodyczy. Zazdrościłem im. Letycja na pożegnanie dała mi muszelkę na sznureczku, abym zawsze słyszał ten właściwym głos, cokolwiek to znaczyło.

Wysiedliśmy na wyspie, gdzie znajdowała się Srebrna Brama, o której wspominała nam na początku Lustrzana Pani. Srebrna Brama rzeczywiście była srebrna, ale bardziej była wielkim lustrem niż tradycyjną bramą, która zgrzyta przy każdym otwarciu i zamknięciu. Stanęliśmy przed nią bezradni, brudni i zmęczeni, widząc swoje marne odbicia.

 — No i co teraz? — Rzuciłem jako pierwszy.

 — Nie ma żadnej klamki.

 — Bo to nie brama, tylko lustro!

 — Chyba musimy przejść przez tą ramę, tak jak to zrobiliśmy na początku. — Doradziła Piegula, zaglądając już do środka lustra.

 — Na co czekamy? — Ruszyliśmy, by się zorientować, że właśnie jesteśmy w labiryncie, który zakręcał coraz bardziej jak muszla ślimaka. Co gorsza, ściany labiryntu były wyłożone lustrami, przez co nasze odbicia dwoiły się i troiły, a i nasze rozmowy odbijały się echem po kilka razy. Po paru minutach błądzenia w takim miejscu, zupełnie straciliśmy rozeznanie, gdzie jesteśmy. Idąc za Ogonkiem i Lulą, szedłem tak naprawdę za ich lustrzanymi odbiciami, o których dopiero się dowiedziałem, gdy dotknąłem zimnej tafli lustra. Więc gdzie byli prawdziwi Ogonek i Piegula? Wołając ich, słyszałem echo odbijane po kilka razy od ścian labiryntu. Zapewne oni także się zgubili i zastanawiali się, gdzie ja jestem? Przyłożyłem ucho do muszelki, którą dostałem od Letycji. Słyszałem w niej kojący szum i jakiś szept, aby nie wierzyć lustrom. Co to oznaczało? Nie wiedziałem. Byłem zbyt głodny, by rozwlekać tą zagadkę. Sporym zaskoczeniem były dla mnie moje ulubione batony kokosowe, porozrzucane na ziemi. Leżały w korytarzu, który prowadził do kolejnego rozwidlenia dróg. Zmęczony i głodny, zacząłem zbierać te batony i zajadać się nimi, aż wreszcie znalazłem się w komnacie, gdzie było wielkie lustro. Pomyślałem, że może to będą te drzwi, jakimi przejdę wreszcie do mojego świata i magazynu, który miałem wysprzątać. Ale teraz w tym lustrze zobaczyłem siebie jako większego i bardziej wysportowanego. W końcu wyglądałem, tak jak chciałem. Byłem mistrzem. Wszyscy mnie lubili i podziwiali. Powoli zanurzałem się w tym obrazie, jakbym nurkował w słodkiej, waniliowej śmietance. Było mi tak przyjemnie. Jakieś zwiewne, mgliste i uśmiechnięte postacie przywoływały mnie i ciągnęły do siebie, lecz nagle poczułem, że ktoś ciągnie mnie w drugą stronę, chcąc wydostać z tego pięknego świata. Nie chciałem wracać! Byłem gotów tam zostać i cieszyć się zupełnie nowym życiem, a jednak ktoś był na tyle złośliwy, by przerwać tą wspaniałą wizję. Tym kimś miał być Ogonek, który wyglądał na równie zmęczonego, gdy wreszcie mnie wydostał.

 — Ale czemu to zrobiłeś!?

 — To pułapka! Zorientowałem się w ostatniej chwili i na szczęście zdążyłem. — Upomniał mnie i od razu się roześmiał, widząc, ile mam przy sobie batonów.

 — Ale jak mnie znalazłeś? — Ogonek pokazał sznurek, który przyczepił przed wejściem do labiryntu.

 — Krok po kroku i cię znalazłem.

 — Sprytnie. A gdzie Lula?

 — Wciąż szukam. Prawdopodobnie ona też przechodzi to, co my. Może też chciała być lepsza, piękniejsza, zgrabniejsza, bardziej utalentowana. — Biegaliśmy tu i tam, przeczuwając najgorsze. Wykrzykiwaliśmy imię naszej koleżanki, lecz głosy odbijały się kilkukrotnie od ścian labiryntu i już sami nie wiedzieliśmy, kto kogo woła. Aż nagle dobiegliśmy do niewielkiej komnaty, gdzie nasza droga koleżanka siłowała się z lustrem, które przedstawiało jej lepsze życie. Usłyszeliśmy głośny „krach”. Lustro było rozbite, a obok siedziała biedna i zapłakana Lula. Podeszliśmy do niej i ją przytuliliśmy najmocniej jak potrafiliśmy. Dławiącym się głosikiem wyjaśniła nam:

 — Tak bardzo chciałam się pozbyć moich piegów. Chciałam być ładniejsza. — Szeptała i płakała jednocześnie.

 — Jesteś ładna. Bardzo. — Przyznałem, podając jej chusteczkę, czym wprawiłem w zdumienie zarówno Piegulę jak i Ogonka, bo przecież kiedyś śmiałem się z piegów Luli.

 — I jedyna w swoim rodzaju. Bo przecież nie ważne jest to, jak wyglądacie, ale to, co czynicie dla drugiego człowieka. To w nim się odbijacie, w jego uśmiechu. Wtedy czujecie, że postąpiliście słusznie. — Odezwał się ktoś jeszcze. To Lustrzana Pani stała tuż za nami, odbijając w sobie nasze zdumione twarze. Podłożyła mały flakon pod oczy Luli i złapała do niego parę łez.

 — Dobrze się spisaliście. Czas złożyć moje lustro. — Wyjęliśmy kawałki zwierciadła zdobyte podczas tych wszystkich przygód i razem je dopasowaliśmy. Znów przypomniały mi się czasy, gdy układałem puzzle. Po kilku przesunięciach i obróceniach danych fragmentów, wreszcie zwierciadło było kompletne. Na koniec Srebrna Pani wylała z flakonu łzy Luli i przetarła nimi powierzchnię lustra, które zalśniło w swojej pięknej, srebrnej ramie.

 — A teraz spójrzcie uważnie. — Powiedziała Lustrzana Pani.

W lustrzanym odbiciu zobaczyliśmy siebie — brudne, zmęczone dzieciaki, które przeżyły niezwykłą przygodę, odczarowując smutnych i nieszczęśliwych ludzi. I po tym wszystkim staliśmy się przyjaciółmi na całe życie. I do dziś uważam, że Lula ze swoimi piegami jest najpiękniejsza, a Ogonek jest najlepszym kompanem. No i zacząłem sprzątać swój pokój. A w moim lustrzanym odbiciu staram się dostrzegać więcej lepszych stron, zwłaszcza gdy mam batony. Jednak przede wszystkim, swoje odbicie chcę widzieć w uśmiechu drugiej osoby.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

GREG ZORBA. PIĘKNA KATASTROFA

BAJKA O POCIĄGU

LALKA