TELEFON, CZYLI DYSKRETNY UROK BUDEK TELEFONICZNYCH

 


Dwadzieścia lat już upłynęło od tego niezwykłego telefonu, który zadzwonił w pewnej budce telefonicznej. Budżet tego „telefonicznego” filmu wynosił około 13 milionów dolarów, a zwrócił się w kwocie wysokości 98 milionów dolarów. Całkiem nieźle, jeśli spojrzeć na skromność środków, jakimi ekipa Joela Schumachera kreśli nam tą historię bez zmieniających się scenografii, plenerów, a jednak tworząc bardzo intensywny klimat rodem z takich filmów jak „Upadek” czy „Na żywo”.

Cała akcja rozgrywa się niemal cały czas przy i w budce telefonicznej na ruchliwej ulicy (West Fifth Street, South Spring Street, Los Angeles). Rety! Kto dziś korzysta z budek telefonicznych?! Doktor Who? Who, who are you? Kto mówi? Będziesz żałował do końca życia, że odebrałeś ten telefon…

Szkic do tego filmu Larry Cohen nosił w sobie już w latach sześćdziesiątych i dzielił się tym pomysłem z samym Alfredem Hitchcockiem, ale dopiero po roku dwutysięcznym, wraz z Joelem Schumacherem udało mu się zrealizować swoją wizję człowieka zamkniętego w budce telefonicznej. Czemu tam musi siedzieć, mimo, że ma wokół siebie coraz bardziej niezadowolonych ludzi, którzy także chcieliby skorzystać z budki telefonicznej? Zupełnie jakby zajął publiczną toaletę na cały dzień. Człowieku zwolnij wreszcie, też chce komuś pobruździć przez słuchawkę!

„Telefony w mojej głowie, bez przerwy trrrrrrrrrrr”. Co za czasy. Kiedy jeszcze nie byliśmy tak bardzo przywiązani do swoich telefonów, które dziś zdają się wyprowadzać nas na spacer. A my, jak wygłodniałe psy, sprawdzamy zniecierpliwieni wszystkie możliwe aplikacje, wiadomości, irytując się co chwila: „Czemu nikt do mnie nie napisał?!”.

Dawniej, żeby uciec od tej głośnej rzeczywistości i porozmawiać z kimś, kto był daleko, musieliśmy się zamknąć w budce telefonicznej niczym w toalecie albo konfesjonale. Rozmowa, dialog z drugą osobą wymagały pewnych scenografii i rekwizytów. Uzbrojeni w żetony albo karty telefoniczne, wystukiwaliśmy numer. Kontrolowaliśmy czas rozmowy przez impulsy. Musieliśmy się śpieszyć i mówić konkretnie.

Ale budki telefoniczne tak całkiem nie zniknęły z naszego życia. Wciąż znajdują się w restauracjach, biurach, gdzie zainteresowany wchodzi do wygodnej kabiny, wyłożonej materiałami dźwiękoszczelnymi, siada i załatwia swoje sprawy, nie dając innym ciekawskim powodów do plotek. Skończyłem rozmawiać, wychodzę. Gotowe. Oczyściłem się z nadmiaru wiadomości.

Mamy rok 2002, wciąż na ulicach stoją urocze budki, ale co niektórzy już szpanują komórkami. Stu Shepard to człowiek nowych czasów, który już bardzo dobrze zaznajomił się z komórką, do której jest nieustannie przyklejony. Ale to zrozumiałe. Specjalista PR musi być cały czas pod telefonem. Stu w swoim garniturze Dolce Gabana przemierza ulice pewnym krokiem, załatwiając mnóstwo różnych spraw. Wywiad, artykuł, zdjęcia, przesłuchanie. Stu wszystko załatwi. Sto spraw w jeden dzień! Ma kontakty z filmem, radiem, prasą. Dziś pewnie byłby managerem w jakiejś agencji PR-owskiej, gdzie dba się także o wizerunek klientów w mediach społecznościowych. Instagram, Facebook, Twitter i serwisach informacyjnych, gdzie można sobie wykupić wywiad z obiecującą gwiazdą… kwestia tytułu, liczby kliknięć i sprofilowanie reklam.

Po ulicach płynie rzeka ludzi, tysiące różnych twarzy, miliony różnych spraw, a ponad tą rzeką stoją wysokie budynki, z których okien co niejeden sprawdza definicję „systematycznego chaosu”. Z okna patrzy zarówno odludek William Forrester, bohater filmu „Szukając siebie” jak i pewien tajemniczy facet, który lubi się bawić telefonami i bronią. Chyba już długo patrzył na różnych ludzi, badał ich zachowanie, motywacje i lęki. Obserwator-psycholog z kompleksem Mesjasza, który nade wszystko ukochał sprawiedliwość i prawdę. Długo przyglądał się Stu, skoro zna jego imię, sekrety i plan dnia.

Tuż za Stu podąża jego zdyszany asystent, zapisujący nerwowo kolejne polecenia szefa, mając nadzieję, że może kiedyś sam będzie takim wziętym managerem. Jego mentor jest sprytny i potrafi łatwo manipulować ludźmi, by osiągać swoje cele, daje ludziom pozorną kontrolę wyboru, a w rzeczywistości przedstawia tak argumenty, by klienci zawsze wybrali jego opcję. Taki akwizytor, showman, biznesman w jednej osobie o wyglądzie czarującego Włocha.

Przezorny wyłącza komórkę i wchodzi do budki telefonicznej. Stu dobrze wie, do czego służą budki telefoniczne. By nie zostawiać po sobie śladu w postaci bilingów, które potem może sprawdzać podejrzliwa Kelly. Szczęśliwa żona Stu od trzech lat. Ale małżeństwo to rutyna, zwłaszcza dla kogoś takiego, kto nieustannie balansuje w showbiznesie. Stu potrzebuje jeszcze innych wrażeń. Wytyczmy granice. Komórka i dom dla żony, a hotel i budka telefoniczna dla kochanki. Stu wystukuje znajomą sekwencję cyfr, by usłyszeć słodki głos Pam (ale nie Anderson), która oprócz pracy w restauracji ma ambicje by zostać aktorką. Od czego jest Stu. Parę telefonów, kontaktów i jego słodka Pam może zawojować ekrany.

Ale za chwilę to Stu zawojuje ekrany wszystkich telewizorów w dziennikach informacyjnych. Zapewne myślał, że to dzwoni znowu Pam, a tu w słuchawce zupełnie inny głos. Niski, szyderczy ton. Okazuje się, że to chyba jakiś znajomy Stu. Bo skoro zna jego imię, profesję i co gorsza sekrety, bardzo wstydliwe tajemnice, wie o jego romansie z Pam, to go czyni bardzo bliskim znajomym, wręcz kimś w rodzaju psychoanalityka albo księdza. A budka telefoniczna jest tu czymś w rodzaju konfesjonału, w którym Stu wreszcie wyzna swoje winy. Rozpłacze się i zapoci, jakby był w małej saunie. Jeszcze nie wierzymy w to, że ten pewny siebie specjalista od PR, lider, samiec alfa, kroczący tak pewnie po ulicach za kilkadziesiąt minut będzie przerażony, będzie płakał i błagał o litość, będzie wyznawał swoje winy na oczach milionów ludzi. Collin Farrell pięknie przechodzi od maski przebojowości, przez zaniepokojenie, podejrzenie, frustrację, desperację, gniew, strach, rozpacz. Podczas gdy spokojny, niski głos Kiefera Sutherlanda, wydobywający się ze słuchawki coraz bardziej podkręca atmosferę. To kolejne spotkanie Sutherlanda i Schumachera od czasów „Lost Boys”, z tymże teraz Sutherland gra przede wszystkim swoim głosem. Czym jest naprawdę ten głos? Głosem szaleńca, który lubi bawić się ludzkimi emocjami i karabinkiem z tłumikiem czy może głosem sumienia, które się buntuje, żąda prawdy i sprawiedliwości w tym zakłamanym świecie, gdzie inaczej nie zwrócisz na siebie uwagi jak tylko przez spluwę przyłożoną do czyjejś skroni. Ciekaw, że pierwszym, prawie pewnym kandydatem do roli Stu był Jim Carrey, który wcześniej grał zakłamanego prawnika w filmie „Kłamca, kłamca”, gdzie za sprawą magicznego zaklęcia zaczął mówić prawdę, co akurat w jego zawodzie stało się przekleństwem. Carey jednak okazał się na tyle szczery, aby przyznać Schumacherowi, z którym wcześniej współpracował na planie filmu „Batman Forever”, że zwyczajnie nie czuje tej roli. Poczuł ją za to obiecujący Colin Farell, który zdecydował się na dialog z Sutherlandem. Niezwykłe jak Kiefer swoim głosem buduje napięcie w filmie od twardych komend po udawanie płaczu i śmiechu. Stu w tej małej budce telefonicznej jest zdany na humory jakiegoś niezrównoważonego faceta, który jednak bardzo pewnie naciska spust, celując w samo sedno prawdy. Czemu akurat Stu? Na tej ulicy pełza jeszcze więcej kanalii niż by się mogło wydawać. Czemu akurat mesjasz sprawiedliwości wziął sobie „na warsztat” specjalistę od PR, który grzeszy hipokryzją. Czemu Stu. A czemu nie! Z tym głosem się nie dyskutuje. On rozkazuje i strzela.


 

Przyznaj się Stu, wyznaj swoje winy. Oto konfesjonał XXI-wieku – kabina telefoniczna. Potem to będzie transmisja na żywo na Fejsie lub YuTube. Ale by była oglądalność.

Wystarczy, że padnie pierwszy trup, który wcześniej był bardzo wkurzonym facetem, próbującym się dostać do budki telefonicznej, Stu zrozumie, że głos w telefonie nie żartuje. Trup leżący na ulicy oczywiście przyciągnie uwagę gapiów, a potem samej policji. Kiedy już przyjadą stróże prawa i wymierzą swoje spluwy, ty drogi Stu wciąż będziesz czuł na sobie tylko jednego snajpera, z którym ciągle rozmawiasz przez telefon. Gdy już zejdą się wszyscy na twój spektakl, gdy nawet twoja kochana żona i zatroskana kochanka pojawią się w pierwszych rzędach, wtedy będziesz gotowy, by powiedzieć monolog stulecia, dyktowany ci przez suflera-snajpera. Nie żyjesz w zgodzie ze swoim sumieniem. Przedstaw swoją żonę, swojej kochance. Przyznaj, że pragnąłeś innej, chciałeś mocniejszych wrażeń. Mów głośno i płacz. Jedynie łzy są twoją maską wobec publiczności przypadkowych gapiów, uważających cię za błazna. Niech strzeli ten sukinsyn wreszcie. Niech przerwie to napięcie. Stłumiony krzyk. Strzał. Niech zginie zakłamany Stu i narodzi się nowy… Stu…art Malutki? Pokorny.

Do zobaczenia i do usłyszenia Stu, kiedy znów zapomnisz o uczciwości.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

GREG ZORBA. PIĘKNA KATASTROFA

BAJKA O POCIĄGU

LALKA