PATRZĄC POD SŁOŃCE (1971). CIENIE I BLASKI UCZUĆ ZAGUBIONYCH

 


Jak miło odpocząć od intensywnych kolorów, agresywnych narracji, które ścielą się wielowątkowymi pasażami na stronach serwisów informacyjnych – to, tamto, sprawdź, idź, patrz, słuchaj, wygraj… chaos na loterii. Zupełnie, jakbyśmy mieli gorączkę i przeżywali „burzę myśli”. Jak odnaleźć i zrozumieć w tym gąszczu zwykłą historię od A do Z? Trzeba się zresetować i czasem też wrócić do przeszłości. W tym wypadku cofniemy się o jakieś pół wieku. Czemu aż tak daleko? Może im dalej, tym lepiej.

Gdzieś na środku morza, jeziora, gdzieś na taką bezludną wyspę, gdzie można się odciąć od wszystkiego. To w takiej scenerii poznajemy naszych bohaterów. Ale właściwie reżyser i scenarzysta Konstanty Ciciszwili nie przedstawia ich jakoś wylewnie. Oto mamy trójkę ludzi… a może i miłosny trójkąt. Zakochani spędzają urlop na wyspie, on starszy, lekarz, ona młodsza i trudno powiedzieć, czym się zajmuje. Chociaż od razu zajmuje naszą uwagę swoją urodą (wiadomo Barbara Brylska). Znajomy klimat z filmu „Nóż w wodzie”, tyle że nie będzie tu konfrontacji między mężczyznami/rywalami. Nawet gdy pojawi się ten trzeci, wszyscy raczej będą się tu mijać, nie mogąc do końca dotrzeć do siebie. Gdy trochę oddalimy obiektyw, zrozumiemy, że od dłuższego czasu ta wakacyjna aura nie pomaga zakochanym. Są ze sobą, ale wciąż obok. Leżą na łóżku, on słucha transmisji meczu, a ona patrzy gdzieś w dal i próbuje zrozumieć to, co ich jeszcze łączy. On jej zarzuca, że nie jest sobą. Natomiast ona ma dosyć jego żartów i jego braku delikatności. Znudziła się tym związkiem, a może popadła w melancholię, gdy wszystkiego miała pod dostatkiem. Spleen? Zapatrzona gdzieś w dal, gdzie słońce muska krawędź wydmy, doświadcza zapewne tego, co filozofowie określali mianem „czarnego słońca”. Jeszcze próżna rozkoszuje się słoneczną kąpielą, ale już po chwili ogarnia ją niepokój. Zauważa na tle jasnej tarczy jakąś sylwetkę. Kto to? W obiektywie Janusza Kreczmańskiego, który tu umiejętnie bawi się światłocieniami, nieznajomy wygląda jak przybysz z innej planety, jak mesjasz, który przybył w blasku chwały i schodzi teraz po piaszczystym gruncie. Schodzi powoli, ostrożnie. Ma poczucie upływającego czasu, który się przed nim rozsypał z klepsydry i już za niedługo go pogrzebie. Tak. Niestety. Ten bohater jest chory na białaczkę i przybył tu na wyspę z pobliskiego szpitala, by jakoś na chwilę zapomnieć o swoim smutnym przeznaczeniu. Istotnie, tu na tej wyspie można zapomnieć o wielu rzeczach, można na chwilę stworzyć sobie inny świat. Tajemniczy przybysz zajmuje się fotografią, pragnie uchwycić jak najwięcej pięknych zjawisk, których zapewne nie doświadczy już zbyt wiele. Tam drzewo, tu ptaki i wreszcie ta piękna, jasnowłosa dziewczyna. Raj kompletny? Grzechem byłoby nie sfotografować tej pięknej istoty?

Ale tu znowu warto się zatrzymać i zastanowić się nad metafizycznym aspektem fotografii, która z jednej strony zatrzymuje czas, ludzi, miejsca, utrwala wszystko, a z drugiej strony uśmierca, zawłaszcza. Sfotografować kogoś, to innymi słowy zabić go w tej jednej, konkretnej chwili, zabrać mu jedną z wielu twarzy, które nosi przy sobie. Czyż ten nieznajomy, umierający nie chce przez fotografię „zabić” także tej dziewczyny, a może przez poczucie własnej śmierci obudzić w sobie miłość do niej? Komplikuję? Rozwiejmy te mgły, przetrzyjmy obiektyw.

Tak jak teraz dziewczyna przeciera oczy, rozwiewa mgły tajemnicy i rozpoznaje zwykłego człowieka, który przybył na wyspę, by zrobić zdjęcia. Ten nieznajomy zaczyna ją fascynować. To ona pierwsza go zagaduje. Zaczynają spędzać ze sobą leniwe popołudnia na plaży, podczas gdy przyjaciel dziewczyny wędkuje gdzie daleko i próbuje złapać swoją „złotą rybkę” albo wraca do szpitala jako lekarz. Co za paradoks, dziewczyna zamienia związek z lekarzem na fascynację tajemniczym pacjentem. Co ciekawe nie dochodzi między nimi do niczego poważnego. Po prostu rozmawiają, „zapisują na piasku” te ulotne momenty i ustalają zegarem słonecznym nowy czas. Dziewczyna przestaje się nudzić, a wreszcie rozbudza się w niej ciekawość do przeżywania kolejnych beztroskich chwil. Aż tu…

Doznaje szoku, gdy widzi portret zdjęciowy, który nieznajomy jej zrobił. Nie potrafi go przyjąć, bo boi się spojrzeć w swoje odbicie. To tak, jakby ktoś przyłożył jej lusterko zbyt blisko twarzy i duszy. Boi się pokazać, jaka jest naprawdę? Ta długo już udawała, tak długo jej narzeczony miał o to do niej pretensje. Dopiero ten cichy nieznajomy uchwycił jej zawstydzenie i tajemnicę. Dziewczyna odrzuci ten portret, ale potem go przyjmie, z rąk pielęgniarki, która poinformuje ją o śmierci nieznajomego fotografa. Ostatnia taka pamiątka, portret pośmiertny dla żywej osoby.

Czarno-biały obraz, światłocienie, niedomówienia. Asceza dla zmysłów. Ciszej, spokojniej, wolniej, choć pewnie dla niektórych także nudniej. Ta czarno-biała, szara sceneria jest trochę jak lektura wiersza. Niby wszystko jasne, krótkie, zwięzłe, a jednak w każdym wersie, ujęciu, kwestii, spojrzeniu jest coś wymownego, co bardziej uderza widza niż te wszystkie głośne produkcje za kilkaset milionów dolarów pełne pościgów, walk, strzelanek i nie wiadomo jeszcze czego. Czytasz, oglądasz, jedno skojarzenie rozbudza drugie. Uważaj, czy podczas tego seansu ktoś ci nie zrobił zdjęcia, w którym jesteś taki prawdziwy.

 

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

GREG ZORBA. PIĘKNA KATASTROFA

BAJKA O POCIĄGU

BAJKA O GITARZE