POCIĄG WIDMO

 

Dochodziła trzecia w nocy, gdy wreszcie wytoczył się z baru. Ostatnio często tu przebywał. Zbyt często. Nie miał dokąd wracać. Wciąż rozpamiętywał pewną scenę, gdy kierownik kazał mu się wynosić. Po tylu latach pracy i takie słowa. Nie mógł tego przeboleć. Prędzej spodziewał się awansu niż porażki, a jednak wyleciał na zbity pysk jak najgorszy śmieć. Zaciskał pięść, ciągle coś gadał do siebie, przeklinał, jakby wciąż się kłócił z szefem.

 — Daj już spokój. Musimy zamykać. – powiedział zniecierpliwiony barman przecierając blat, z którego chciał usunąć też rękę namolnego klienta.

 – Wwwy też? O co wam chodzi? Przyszedłem, zapłaciłem, a teraz piję! To moje prawo! – uderzył pięścią w stół. Był cały spocony, roztrzęsiony, błędnym wzrokiem wodził po wszystkich, budził strach i litość.

 – A nasze prawo to zamknąć o tej konkretnej godzinie. – Warknął barman i dał znak dwóm rosłym ochroniarzom, którzy chwycili go za ramiona i wyprowadzili na zewnątrz. Patrzył po stolikach. Nie było już nikogo.

 – Jestem ostatnim honorowym klientem, należy mi się spokój!! – Oświadczył, coraz bardziej się szarpiąc.

 – Wytrzeźwiej wreszcie Martin! To znajdziesz spokój! – Odpowiedział Barman.

 – Należy mi się szacunek! – Krzyczał klient.

 – Mnie też! Wyrzucić go! – Odparł barman. Ochroniarze spełnili polecenie. Poleciał twarzą na trawnik. Leżał tak kilkanaście minut i coś bredził. Wreszcie wstał, trochę się otrzepał z ziemi, obrócił się, chwiejąc na nogach. Zaczął coś śpiewać, ale potem sympatyczna piosenka zmieniła się w tyradę oszczerstw pod adresem właścicieli baru. W końcu ruszył przed siebie. Barman odetchnął z ulgą. Noc była taka cicha, a w nim kotłowało się tyle myśli. Ale spacer przez to pustkowie powoli go wyciszał, jakby z każdym krokiem ubywało tych wszystkich pretensji. Ani się nie obejrzał, gdy szedł już całkiem wyprostowany i swobodny. To trochę go zdziwiło, bo przecież wypił sporo. A jednak teraz idąc po prostej drodze, wzdłuż pól starego Jimmy’ego, czuł się coraz lepiej. Spojrzał na zegarek, dochodziła czwarta. Wszyscy normalni ludzie o tej porze spali, by za półtorej godziny wstać i iść do pracy. Jego już nie dotyczyła ta kwestia. Zapiął kurtkę i począł iść szybciej. Wreszcie zauważył stację kolejową, która od dawna już była zdewastowana. Pomyślał, że może tam przekima parę godzin. Nie miał siły już wracać do miasta. A właściwie do czego miał wracać? Za niedługo pewnie i z mieszkania go wyrzucą. Tak, ten posępny dworzec wydawał się być teraz doskonałym miejscem na samotny sen. Wszedł na peron i począł szukać jakiegoś przytulnego kąta. Sama stacja była już zamknięta, choć pewnie, gdyby się postarać z drzwiami, ugościła by go w swoim wnętrzu. Podejrzewał jednak, że i tam spotka paru niewygodnych obywateli, którzy nie mają domu. Wolał im nie przeszkadzać i wybrał mimo wszystko sen na ławce, na świeżym powietrzu. Zanim jednak znalazł sobie idealne posłanie, przeszedł chyba z piętnaście ławek, aż trafił na tą jedyną, do której jeszcze nie dotarli wandale. Opadł bez sił. Chwilę tak siedział i wpatrywał się w jaśniejący pas na horyzoncie. Wreszcie położył się na lewym boku, wkładając pod głowę swojego buta. Czuł się tak zmęczony, że nawet zimno mu nie doskwierało. Poczuł błogą lekkość i rozkosz, gdy zamykał oczy i opuszczał rzeczywistość. Sen przyszedł momentalnie. A co mu się śniło? Jakieś błyski świateł, jakiś turkot, promień światła wyłaniający się z ciemności. Tak cudownie wchodzić coraz głębiej w tą krainę. Ale…

Otworzył oczy, chyba się przebudził. Silne światło go oślepiło. Usłyszał dzwon i świst. Gdy uważniej się przyjrzał, z ciemności wyłoniła się czarna lokomotywa, a za nią wagony, których końca nie mógł dojrzeć. Spojrzał na zegarek, dochodziła szósta.

Ktoś wyszedł z pociągu i powiedział ciepłym głosem.

 – Proszę wsiadać. Halo, proszę pana, już czas. – Nagabywał.

 – Ale ja przecież… nie mam by… bid…bbbiletu. – Zająknął się, zmrużył oczy, starając się dostrzec twarz tego kogoś, kto z nim rozmawiał w stroju maszynisty.

 – Podwieziemy pana do miasta. – Zachęcał życzliwy głos. Martin poczuł, jak ktoś mu pomaga wstać i powoli wprowadza go do wagonu. To dziwne, ale Martin nie czuł właściwie podłoża, wydawało się, jakby lewitował. W końcu uprzejmy maszynista posadził go w pustym wagonie i po chwili dało się słyszeć głośny gwizd. Pociąg ruszył. Martin wstał i się rozejrzał, ale nigdzie nie było widać tego konduktora, czy jak go inaczej nazwać. Martin zastanawiał się, czy może przejść do kolejnego wagonu. Złapał się jakiejś barierki, zaczęło już mocno trząść. Odważył się. Dotknął klamki i przesunął drzwi. Zdziwiło go, że w tym przedsionku nie było drzwi wyjściowych, by po prostu można było… wysiąść z pociągu. Więc jak tutaj wszedł? Przejście i kolejne drzwi do następnego wagonu. Tu również było pusto, ciemno i jakoś chłodno. Pociąg chyba dopiero zaczął swój kurs. Martin przechadzał się głównym korytarzem. Patrzył na puste siedzenia, migające za oknami niewyraźne kształty drzew i domów. Z czasem jednak to wszystko zniknęło. Znów było ciemno i jeszcze zimniej niż poprzednio. Zaintrygowany Martin poszedł do kolejnego wagonu, w przedsionku znów nie dostrzegł drzwi wyjściowych, które na każdej stacji się rozsuwają. Więc nikt nie może wejść? Niee to jakiś nonsens. Kolejny wagon, gdzie również nikogo nie napotkał, za to czuł coraz większy chłód. Uparcie szedł dalej, a niepokój wzmagał się wraz z ciekawością. W czwartym wagonie chciał już usiąść, bo i tu nie było nikogo. Tu już właściwie nic nie widział i błądził po omacku, próbując odtworzyć układ siedzeń. Nagle spostrzegł za szybą, w piątym wagonie jakąś błękitną poświatę. Ruszył ku niej. Energicznie przesunął drzwi, aż huknęło. Usłyszał wyraźny stukot, znów brak drzwi wyjściowych, drzwi przesuwne do kolejnego wagonu. Był teraz w wagonie piątym, który jarzył się jakimś błękitnym światłem. Martin przeszedł przez cały wagon, ale i tu nikogo nie spotkał. Szedł dalej przez kolejne wagony, które wciąż były puste. Mógłby wreszcie usiąść i się przespać na miękkim siedzeniu, a nawet na kozetce, a jednak czuł, że coś jest nie tak. Po dwudziestym wagonie przestał już liczyć, w którym numerze się znajduje. Właściwie nie odczuwał różnicy. Każdy kolejny wagon był taki sam. Raz było jaśniej, potem znów ciemniej. Zastanawiał się, ile jeszcze musi przejść wagonów, by odkryć tajemnicę tego pociągu, by zrozumieć, że nie ma stąd wyjścia. Szedł dalej z jakimś dziwnym obłędem w oczach, szedł jakby przez całą wieczność był owładnięty pragnieniem znalezienia się w ostatnim wagonie, który wciąż był gdzieś daleko. Pożądał. Co za dziwna dwuznaczność słowa „pociąg”. Monotonny stukot, żadnych przystanków, żadnego wścibskiego konduktora, który by się przyczepił o brak biletu, żadnej dźwigni, wajchy, przycisku do hamowania pociągu. Stukot. Dududumdum. Co się dzieje? Świst, gwizd, dzwonek, ale pociąg wciąż jedzie. Kolejne wagony. Które to już za nami? Nieznośne pytanie rzuca się na głowę jak wściekły kot. Martin zaczyna biec, dyszy, czując, jakby miał za sobą najdłuższy maraton. Po tym monotonnym widoku pustych siedzeń nagle rzuca mu się w oczy jakaś siedząca postać przy oknie. Trudno powiedzieć, czy to mężczyzna, czy kobieta. Ale chyba kobieta. Tak, zdecydowanie kobieta. Jest w czarnej sukni i ma zakrytą twarz woalką. Na głowie ma elegancki kapelusz. Martin podchodzi do niej i pyta najuprzejmiej jak potrafi w takich okolicznościach:

 – Przepraszam panią najmocniej, nie wie pani, dokąd jedziemy? – Wyjąkał, starając się dojrzeć twarz za woalką. Ale im bardziej chciał odkryć oblicze nieznajomej, tym bardziej czuł, że jakaś ciemna otchłań kryje się za tą niepozorną woalką. Nagle poczuł na ramieniu mocny uścisk, jakby jakaś metalowa łapa ściskała go coraz mocniej. Odwrócił się gwałtownie, jakiś cień przemknął na ścianie. Gdy chciał spojrzeć na tajemniczą postać, jej już nie było. Przesiadła się, zniknęła? Przeszedł cały wagon z powrotem. Żadnych śladów. Ruszył znów przed siebie, chcąc odnaleźć ostatni wagon. W pewnym momencie przestawał sobie zadawać jakiekolwiek pytania. Szedł bezmyślnie do przodu od przedziału do przedziału.

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

GREG ZORBA. PIĘKNA KATASTROFA

BAJKA O POCIĄGU

BAJKA O GITARZE