KAPITAŁ, CZYLI JAK ZROBIĆ PIENIĄDZE W POLSCE



No właśnie jak zrobić? A nie zarobić! I jak zaoszczędzić? Jak dobrze zainwestować? Pytania, które spędzają sen z powiek wielu ekonomicznym graczom, zwłaszcza w dobie kryzysu. A tak w ogóle kryzys jest, czy go nie ma? Czy już się do niego przyzwyczailiśmy, czy może w ogóle go nie zauważyliśmy, jak przemknął między półkami sklepowymi?

W co inwestować, wrzucić, zakopać, ale nie wyjmować zwłok, tylko prawdziwe skarby?

To pytanie drży zarówno dziś, jak i sto trzydzieści lat wcześniej, gdy w Łodzi, mieście fabryk i przędz co chwila ktoś zawiązywał nową spółkę niczym węzeł gordyjski, a gdy tylko do drzwi pukało bankructwo, szybko rozwiązywał się z więzów interesów. Co bardziej przezorny fabrykant podpalał cały swój dobytek, by zyskać odszkodowanie. A po wszystkim zrzucał popiół dawnych sentymentów i wchodził z odzyskanym kapitałem w nową spółkę, by za jakiś czas podziwiać nowe kominy swej fabryki. Co za ironia. Dopiero co dym unosił się nad spaloną fabryką i już nowy dym nadziei wschodzi nad kominem nowej fabryczki. Zapalamy cygaro i popijamy koniak za nową spółkę. Ruszamy z interesem i z radością wdychamy ten aromat przyszłej fortuny, podczas gdy nasi pracownicy coraz bardziej kaszlą i dostają zadyszki.

A gdy znów upadniemy, to znów zakrzykniemy:

 

Ja nie mam nic, ty nie masz nic, czyli w sam raz, aby założyć spółkę!

 

Niepokonane orły biznesu inwestujące na oślep cudze pieniądze.

 

A poza tym nieważne, ile zarobiłeś, tylko ile razy zdołałeś się podnieść po porażce, żeby wyjść na zero.

Tak się robiło interesy w dziewiętnastym wieku i nie inaczej było w początkach dzikiego kapitalizmu, który wygłodniały zawitał wreszcie do nowej Polski. Wszystko się zmieniło. Niejeden emigrant powrócił znudzony Stanami czy Niemcami, aby wreszcie zacząć coś u siebie. Swojsko i z rozmachem albo po prostu, żeby poczuć się wreszcie normalnie w swoim kraju. Ale jak dobrze wiemy, do tej normalności jeszcze długa droga.

Feliks Falk z ironią przygląda się temu, co działo się na początku lat dziewięćdziesiątych, przez pryzmat doświadczeń i przemyśleń intelektualisty Piotra Nowosadowa, doktora socjologii, który właśnie wrócił ze Stanów Zjednoczonych, gdzie wykładał. Całkiem niezły skok, przynajmniej facet się jakoś spełnił naukowo a nie kładł azbestu. Trochę zarobił i szuka teraz w nowej Polsce jakiejś szuflady, w której mógłby zainwestować swoje pieniądze. Czyżby Piotr czuł jakiś niedosyt? Wszak napisał książkę „To piękne życie”, gdzie udzielał rad, jak osiągnąć pełnię szczęścia, idąc przykładem amerykańskich poradników coachowych. No cóż. Teoria, teorią, a tu trzeba jakoś się urządzić w nowym kraju z nowymi definicjami szczęścia. Każdemu wolno, nawet intelektualiście, który w swoich książkach zawsze przedkładał bycie nad posiadanie.

Póki co „raj komunistyczny”, rezerwat, gdzie każdy miał, gdy leżał i stał, się skończył. Ludzie za dużo chcieli wiedzieć, za dużo pytali i wreszcie zerwali kwaśny owoc wolności. Obalili tą komunę, zostali wygnani z raju. A na odczepnego anioł zawołał do nich: „radźcie sobie sami w nowym piekiełku kapitalistycznym”, gdzie każdy orze jak może. Jedni zakładają sady, inni gospodarują łąki i szukają naiwnych, by za nich robili. I każdy sieje kapitał na tej nowej, odzyskanej ziemi. Komu puszczą plony, a komu nerwy?

Interesujący jest plakat do tego filmu, zaprojektowany przez Wiesława Wałkuskiego. Ukazuje on postać, trochę w stylu malarskim Hieronima Boscha, trzymającą karton, do którego sypią się pieniądze z góry i wylatujące od razu z dołu. W końcu pieniądze nie mogą leżeć w jednym miejscu. Muszą płynąć strumieniem. Ktoś musi wydawać, topić i ktoś musi zarabiać. Sukcesem nie jest trzymanie majątku, tylko zapewnienie sobie przepływu gotówki.


Czas opuścić mury uczelni, bezpiecznej teorii i pensji oświeconego naukowca, który powtarza od lat znane formułki. Daj sobie spokój ze studiami. To już widzieliśmy w „Młodych wilkach”. Im szybciej zaczniesz, tym szybciej do czegoś dojdziesz. Czas na przygodę w kapitalistycznej dżungli, gdzie co chwila powstają nowe interesy. Wczoraj robiłeś w restauracjach, dziś ksero, a za miesiąc może jakaś hurtownia. Jeszcze manna się sypie, jeszcze warto grać na własnym boisku. Panowie w za dużych garniturach przyjmują nas w swoich biurach, gdzie już stoją te szare lub komputery, a w powietrzu unosi się zapach Old Spice’a. W czym mogę pomóc! Załatwię od ręki. Jeszcze ściskamy sobie dłonie, pakując palety zamówionych produktów. To będzie hit! O te towary biliśmy się w Pewexie, a teraz wreszcie sprzedajemy je u siebie. Pięknie! Jaki ten nasz kraj kolorowy. Coraz więcej zachodnich opakowań i szyldów. Bajecznie się robi.

Aż przyjdą w drugiej połowie korporacje i rozsiądą się wygodnie na nowych terenach. Wczoraj miałeś bar z frytkami, jutro będzie Mcdonald, w miejscu dawnego Sezamu w Warszawie, o którego otwarciu trąbiła cała Polska w roku 1992. A ileż ważnych osobistości zasiadło pierwszego dnia za stolikami, by ugryźć hamburgera i poczęstować się frytkami. Ach jak wspaniale. Nasz wolny kraj z amerykańskim fast foodem. Czy ktoś zauważył, że ten pajac Ronald McDonald ma sporo biało czerwonych akcentów w swoim ubranku. McDonald przybył do nas. Hurra! Jesteśmy godnym partnerem Zachodu.

Tymczasem w Pałacu Kultury odbywa się bal biznesu. Czuć powiew nowych interesów. Kogo by tu złapać na nowego wspólnika, kogo się poradzić. Wodzirej wesoło krzyczy. Bawcie się państwo. Tańczymy! Wcześniej ten Wodzirej postawił wszystko na jedną kartę, odrzucił przyjaźnie i sentymenty, by osiągnąć ten swój sukces poprowadzenia wielkiego balu. No i jest teraz na balu godnym największych rekinów biznesu. Ale i małe rybki podpływają. Małe manufaktury, produkujące kosmetyki za niedługo urosną do rozmiarów wielkich korporacji. Ach jak bajkowo. Rzućmy wszystko i zajmijmy się biznesem. Rzućmy kośćmi, niech los nam szczęści.

Na balu jest także wielkie kasyno, gdzie trzeba w ostatniej chwili postawić wszystko z nowopoznanym wspólnikiem, który też na niczym się nie zna, a co gorsza nie ma pojęcia o tych przekrętach, które odkrył właśnie urząd skarbowy. No cóż. Do bogatych zawsze się przyczepią. A jakby co, będzie licytacja komornicza. Nie pierwsza i nie ostatnia. Ten komornik potem odbije się rykoszetem u Falka.

Grunt to zawsze mieć coś w tej małej kieszonce na czarną godzinę. Zawsze lepiej mieć pięć interesów i doglądać ich z daleka. Dwa upadną, jeden ktoś wykupi. Zawsze coś jeszcze zostanie. No chodź kochanie, ruszajmy z biznesem. Zamówmy tysiąc tych chińskich kubeczków, albo te konsole do gry. Zejdą jak świeże bułeczki. Komputery, komputery! To jest przyszłość. Atari, IBM, potem nasz rodzimy Optimus. Tylko frajerzy robią na etatach albo uczą się całe dnie. Nigdzie nie nauczysz się tak dużo, jak właśnie robiąc swój biznes. Znajomości, odpowiedni ludzie, psychologia, kontakty, języki, negocjacje, koszty, rachunki, kalkulator przechodzący w excela, sztuka osiągania celów, praca pod presją i autosugestia. Uśmiechaj się, uśmiechaj! Chwal się każdym małym sukcesem. Bądź jak influencer, który swoim blaskiem przyciąga nowych inwestorów. Z nim warto robić interesy. On zawsze przynosi zysk. Ucz się od Amerykanów („Szczęśliwego Nowego Jorku” wykład pana Lindy o lusterku i uśmiechu). Każdy pucybut się uśmiechał, gdy wreszcie spełnił swój sen. Każdy akwizytor ma uśmiech starannie wyrzeźbiony na swej zadbanej buzi. Sprzedajesz garnki, samochody czy nawóz. Uśmiechaj się do swego sukcesu. Mów z pasją jak amerykański kaznodzieja. Ten produkt was zbawi! Mówimy o Biblii? Ależ nie. Mówimy o wszystkim, co da się sprzedać.

Grunt to się nie narobić za bardzo. Masz już towar pod ręką, teraz działaj jak aktor, jak wodzirej i czaruj tu i tam. Wygłaszaj te monologi. Wasze życie nigdy nie będzie takie samo, kiedy kupicie nasz produkt. Ach słodko, nieprawdaż? Co za żywioł. I jak łatwo się pomylić w doborze wspólników. To nic, jeśli ten oferma zapomniał o rozliczeniach podatkowych, gorzej, jeśli za paskiem trzyma rewolwer i gotów jest cię szantażować, gdy zapomniałeś mu oddać ostatnią zaliczkę. Jakie to wszystko płynne. Niezły interes, przechodzący powoli w historię kryminalną ze słynnym „Długiem” Krzysztofa Krauzego. Kratki w tabelkach z rachunkami stają się metalowymi kratami, za którymi spędzisz resztę życia i może wyjdziesz po roku dwutysięcznym. Czy coś się zmieniło? Ludzie nadal kombinują, szukają. Zmieniła się może odrobinę estetyka biznesu, a gorliwy komornik nadal puka do tych, którym biznes nie wypalił. Oj puka i puka, aż dudni w tym pustym magazynie, gdzie świszczy bieda. Może zamiast biznesem lepiej było zostać kontrolerem podatkowym albo komornikiem. W tej branży zawsze jest ruch i popyt.

Póki co jesteśmy pośrodku, między wodzirejem a komornikiem. Między zabawą a rachunkiem za tą biznesową przygodę. Wraz z Piotrem Nowosadowem (Piotr Machalica), ironicznym narratorem, intelektualistą oraz jego przyjacielem Stefanem Sapieją (Andrzej Grabowski), czyli przyszłym Ferdkiem Kiepskim, naczelnym bezrobotnym III RP, ruszamy w rajd za wyśnionym biznesem, w którym człowiek niewiele się narobi, popilnuje ludzi w pracy, podpisze parę dokumentów, a reszta będzie się sama robiła. Wystarczy zainwestować. A potem to sobie kupimy jakąś willę obok innych młodych wilków biznesu. Najpierw frytki, potem ksero, dalej agencja matrymonialna no i hodowla żab. Piotr po swojej akademickiej karierze jest wyraźnie spragniony sukcesu i wielkich pieniędzy. Zakompleksiony humanista, który ma na koncie parę niepoczytnych książek. Zaliczył wszystkie mądrości z biblioteki, a teraz zalicza po kolei różne dziedziny biznesu. Nie może być gorszy niż jego koledzy i nawet jego syn, który już śmiga na Atari, bawiąc się w maklera. Z kolei żona, Piotra, Barbara (Gabriela Kownacka) wzdycha coraz głośniej, widząc, jak mąż traci kolejne pieniądze i marnuje swój naukowy potencjał.

Między tymi różnymi biznesami zobaczymy całą galerię barwnych osobowości, które Piotrowi przedstawia jego przyjaciel Stefan, z powołania aktor, z konieczności początkujący biznesman, próbujący się złapać czegoś wielkiego. Sapieja to baczny obserwator tego, na co jest popyt i kto czym się zajmuje. Najważniejsze są znajomości. Czyż nie? O, witam cześć. Tam Grzegorz Warchoł, idealny do ról cwaniaczków i spryciarzy, potem Marek Kondrat, który w tamtym czasie grał jeszcze w „Labiryncie”, serialu równie dobrze ukazującym tą przemianę całego kraju, z modelu państwowego na epokę prywaciarzy. Kondrat to również ciekawy przypadek artysty-przedsiębiorcy, który porzucił sztukę dla biznesu winiarskiego. Aktorstwo wykorzystuje teraz już tylko do reklam pewnego pomarańczowego banku. A poza tym, „Pieniądze to nie wszystko”, nieprawdaż? Kogoś jeszcze rozpoznajemy w tym tłumie wziętych biznesmanów? O proszę, Tadeusz Huk grający tu doktora habilitowanego z historii. A że z historii nie da się zrobić biznesu, to trzeba poszerzyć swoje horyzonty i pisać własną historię. Donald Tusk i Mateusz Morawiecki z teoretyków historii przeszli do praktyki w nowej epoce. A bohater grany przez Tadeusza Huka zajął się prowadzeniem agencji matrymonialnej. Jego biznes polega na tym, jak celnie trafić strzałą amora, wybrać nie tyle kogoś atrakcyjnego, co pokrewną duszę. Piotr słysząc o tych wszystkich biznesowych pomysłach, tylko łapie się za głowę. Rzeczywiście, wiele się zmieniło w tym kraju. Wszystko można sprzedać. Trzeba tylko otworzyć głowę i słuchać mądrzejszych od siebie. Takim guru biznesu jest tajemniczy pan Serafinowicz, prywaciarz, któremu nawet komuna nie dała rady. Teraz, w nowej Polsce także się wybija. Choć w swoich poradach przypomina pomylonego proroka, bredzącego od rzeczy niż konkretnego biznesmana. W tej roli Jerzy Nowak, który przed laty wcielił w rolę Zuckera, w „Ziemi obiecanej”, fabrykanta i nieszczęśnika, mającego za żonę największą piękność w Łodzi, która ostatnio z panem Borowieckim za dużo czasu spędzała.

Piotr z trudem przełyka porażkę po niedopieczonych frytkach, gdy oto w punkcie ksero odnajduje swoje nowe powołanie. Wszak ksero od uniwerku niedaleko padło jak jabłko od jabłoni. Nowosad! Będzie sad pełen kapitalistycznych owoców! Studenci czytają i kopiują. A tu ciekawostka, bo tym, który odstępuje interes Piotrowi jest inżynier Bykiet, grany przez Michał Juszczakiewicza, niegdyś prowadzącego program „Od przedszkola do opola”, pra-wersję „Voice of kids”. Bykiet to kolejny przykład wziętego biznesmana, który spełnia swoje ambicje na zbyt wielu polach, przez co nigdy nie osiąga sukcesu w jednej dziedzinie. To taki syndrom biznesowego ADHD. Jest na to tylko jedna skuteczna terapia, ograniczyć liczbę biznesów. Oto pojawia się sympatyczny pan Piotr na horyzoncie. Czemu by jemu nie zrzucić na barki tego interesu. A niech ma. Całe życie robił w książkach, to teraz będzie je kopiował. Problem w tym, że czasem nie da się skopiować smykałki do interesów. Kopia kopi nierówna. Piotr się gorzko o tym przekona.

Raz frytki, potem ksero, miłość, no i wreszcie hodowla żab, które niestety nie zamienią się w księżniczki, przynoszące krociowe zyski. Ten interes Piotrowi odsprzedał Leonard Pietraszak. Kramer wie, jak się dorobić w nowej RP. Nota bene Machalica spotka się potem z Pietraszakiem na planie „Siedliska”, gdy nadejdzie moda na ucieczkę mieszczuchów na głuchą wieś. Póki co trzeba się jeszcze pomęczyć w tym głośnym i brudnym kapitalizmie. Jedne drzwi się zamykają, drugie otwierają. Od Annasza do Kajfasza. I gdzie ta złota komnata!?

Nawet jeśli interes już się nieźle rozkręca, to nagle Piotra odwiedza jakiś tajemniczy Marian Dusza, który albo jest pracownikiem sanepidu albo kontrolerem podatkowym, albo wysłannikiem urzędu skarbowego, czy protestującym ekologiem, innymi słowy zwiastunem porażki wziętego przedsiębiorcy. Dusza jest kimś, kto pełni podobną rolę jak postać grana przez Artura Barcisia w „Dekalogu” Kieślowskiego, drogowskazem podpowiedzią, alegorią. Wszak samo nazwisko „Dusza” brzmi już dosyć wymownie.

 

Oj kapitalisto, oj przedsiębiorco, gdzie twoja dusza się zgubiła! No gdzie?

 


 

Wreszcie nadchodzi taki moment gdy zirytowany Piotr, mający za sobą już te wszystkie biznesy i nawet romans z urodziwą sekretarką, wraca do domu, rzuca walizką, ściąga ten modny szary płaszcz i pragnie jakiejś zmiany w swoim życiu. Ma już dosyć zarabiania pieniędzy! Zwłaszcza dużych pieniędzy. Potem zawsze są problemy i kolejne kontrole, znajdujące haczyki i kruczki. Może źle zdefiniował sukces, widząc innych wziętych przedsiębiorców. Wszyscy dookoła odnoszą sukces, wszyscy mają firmy, nawet ten kolega, co był najgorszy na studiach. Teraz jeszcze otwiera kolejny interes. Jakie to proste, a jednak nie dla każdego. Może Piotr za bardzo zapatrzył się w ten jeden model kariery, który chciał przyłożyć do swego życia? Czy naprawdę chodzi o bogactwo, o nowy samochód, dom, komputer i wielki telewizor? Nota bene, ten kolorowy telewizor, symbol nowego dobrobytu odbije się w komedii „Smacznego telewizorku”, gdzie Piotr Machalica i Gabriela Kownacka znów jako małżeństwo zapatrzą się aż za bardzo, tak że kolorowy ekran dosłownie ich pochłonie, pochłonie ich konsumpcja tak jaskrawo przedstawiana w każdym telewizorze. Potem Kownacka w serialu „Matki, żony i kochanki” jako rozpychająca się bizneswoman będzie musiała się zmierzyć z pierwszym poważnym kryzysem, kiedy wraz z mężem stracą swoją firmę kosmetyczną i zaczną od zera jako kelnerzy, by podawać innym biznesmanom obiady. Jej mąż, Michał, niegdyś przedsiębiorca, z wykształcenia chemik, po tym upadku finansowym, wreszcie powróci do swojej pasji: nauczania na uniwersytecie. Straciłeś wszystko, by odzyskać siebie.

Może jednak trzeba było wrócić do korzeni. Może odpowiedź była tak blisko. Intelektualista i niespełniony przedsiębiorca wreszcie doznaje olśnienia. No dalej, podejdź do lustra, zobacz, kim jesteś naprawdę. Zapomnij na chwilę o tych wszystkich biznesach. Piotr przygląda się sobie i swojej brodzie à la Marks. No kim pan jest? Nowosadow to przede wszystkim uczony, który wreszcie przeżył jakąś przygodę, z teorii przeszedł na praktykę. A teraz powraca do swoich książek, by znów pisać o doświadczeniach kapitalizmu i konsumpcjonizmu. Może to jest jego droga: bacznego obserwatora płynnej rzeczywistości, pisarza i wykładowcy. Twoją skałą Piotrze jest uczelnia i pisarstwo, masz obserwować, notować, wyciągać wnioski i diagnozy. Zabawne, że potem Piotr Machalica pojawi się w serialu „Pokój 107” jako znudzony wykładowca filozofii, przepytujący nowe pokolenie studentów, którzy w filozofii nie widzą już nic ciekawego. Bo na studiach ma być praktycznie, mam dostać odpowiedź jak osiągnąć sukces, jak zmienić swoje życie, a wywody filozofów otwierają zbyt wiele furtek do zakazanych światów.

Film Falka podobnie jak „Wodzirej” czy późniejszy „Komornik” to ironiczna opowieść o tym, jak czasem łatwo ulegamy modzie na wszystko. Jak łatwo zabijamy siebie, przekraczając moralne granice. Skoro inni zakładają biznesy, ja też to zrobię. No co? Jestem wykształcony, poradzę sobie. Ale gdzieś zawsze zapominamy jednak o tym, co nas interesuje, w czym czujemy się dobrze. Tu znów uderzamy o znajomy brzeg coachowych nauk, by przez swoją pasję dojść do spełnienia zawodowego i życiowego. A może i to jest nieprawda? Może pasja zmieniona w biznes okaże się największym przekleństwem?

Sam przyjaciel Piotra, jowialny Stefan, który wcześniej wydawał się być takim szaraczkiem ciągnącym swój etat w teatrze, w końcu rzuca tą pracę i zmienia się w drapieżnego przedsiębiorcę, prowadzącego firmę przewozową, który uważnie sprawdza swoich pracowników. Ta zmiana branży i charakteru odbija się także w ubiorze bohatera. Dżinsowa, przetarta kurtka ustępuje miejsca czarnemu garniturowi. Trzeba się jakoś odkuć. A teatr jako pasja może być wszędzie, nawet w biznesie, gdy trzeba grać emocjami.

Nawet jeśli na koniec filmu Piotr zostaje doceniony za swoją książkę o życiu, to już myśli o tym, jakby zainwestować nagrodę pieniężną. Lecąc samolotem po odbiór nagrody, zawieszony między niebem a ziemią, znów zaczyna marzyć. Znów budzi się w nim uśpiony przedsiębiorca, chcący zarobić na wszystkim, podczas gdy kamiennemu Marksowi wypada z rąk Kapitał.

 

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

GREG ZORBA. PIĘKNA KATASTROFA

BAJKA O POCIĄGU

LALKA