JAK SIĘ SPADA

 

Zaczyna się od poczucia niskiej wartości

Zaczyna się od kompleksów

Zaczyna od dziwnego uczucia,

mimo że masz te wszystkie gadżety, które mają twoi koledzy

Jesteś wciąż wybrakowany

Jesteś w tyle

Starasz się dogonić ten blichtr, styl, to coś

Co mają tamte dzieciaki

Bogate, nie bogate

Ale pewne swego

Że gdy kroczą po chodniku

Inni muszą zejść na bok

Potrafiłbyś tak przejść z wyprostowaną głową?

Prosto do celu

Ignorujesz to pytanie.

Kopiesz żwir, roznoszą się tumany kurzu

Jesteś tylko sobą

I martwisz się kolejnym pryszczem i tłustymi włosami

Czasem potrafisz znieść te przezwiska

Te złośliwe komentarze

A czasem zapisujesz to siebie gdzieś głęboko w myślach

Ostrym rylcem

I nawet nie zdajesz sobie sprawy jak te wszystkie wyzwiska

Wyżłobione twoją nadwrażliwością

Będą rzutowały na twoim torze

Powoli przestaniesz walczyć, a oddasz swoje życie schematom

 

Powoli przestaniesz wierzyć swoim głupim pomysłom

Bo przecież ty nie możesz mieć dobrych pomysłów

No chyba że ktoś ci je ukradnie i wykorzysta na swoją korzyść

Ty jednak się nie łudź

Powoli spacerujesz po spirali przegranego

Coraz głębiej

W swoje kompleksy

Zastrzyk

Kieliszek

Samotność

Zaczyna się niewinnie

Próbujesz ugasić gorycz

Inni się bawią

A niech się bawią

Kolejna zabawa,

Sylwester

Ty i cztery ściany

Nikt cię nie zapraszał na imprezy

A nawet jeśli

Wyrobiłeś w sobie tą nonszalancję

By odmawiać w porę

Twoje moralne zwycięstwo

Że nie jesteś z ludźmi

Tylko ze swymi myślami

Zadowolony z siebie?

Bo wiesz

Że ludzie to piekło

Ich opinie, spojrzenia

Ich szepty

Uśmiechy

Cały korowód interpretacji

Kostki domino

Czy oni mówią o tobie?

A może to początek

Twoich urojeń?

No i jeszcze gorzej

Nawet jeśli nie przelewasz z kieliszka do kieliszka

Nawet jeśli nie wbijasz w żyłę

Strzykawki

Jak chorągiewki na nowym szczycie

By jakoś żyć

Albo uciec od lustra

Jest jeszcze psyche

Kłębowisko żmij,

Przepalonych zwojów

Nie wiesz już, czy ufać swoim przekonaniom?

Zatrułeś się filozofią

Z pochyloną głową

wracasz na lekcję matematyki

Proste równanie

Byłeś frajerem w szkole

W życiu będzie tak samo

Żadnej rekompensaty, żadnego wyrównania rachunków

Jakie to proste

Krótka odpowiedź

Jakbyś już poznał swoje przeznaczenie

Do końca

Z naiwnego, przestraszonego dzieciaka

Zmieniasz się w cynika

Który potrafi obrócić każdą słabość

W gorzki żart

Nauczyłeś się spijać gorycz jak nikt inny.

Te lata w szkole, te zaczepki o wszystko i o nic

Stałeś kamieniem

Czasem cię to zdumiewa, że już nie wzruszasz się

Na nic

Że jesteś z dala od życia

Może czasem

Czasem głos ci drży

Ale już o uczuciach nie powiesz tak

Jak w tym wzruszającym filmie

Zresztą im mniej tego metafizycznego śmiecia

Tym lepiej dla ciebie

Oczyściłeś się już z tego nalotu naiwności

Teraz konsekwentnie w swojej pustce

Na tarczy kompasu

będziesz wybierał najgorsze scenariusze dla siebie

Jeśli wypadniesz z wyścigu szczurów jeśli odmówisz sobie kariery

I bycia hedonistą

Pójdziesz drogą surowego pustelnika, ascety

A może gorzej

Prochy i wóda to jeszcze jakiś widzialny znak upadku

Najbardziej oczywisty

Ale gdzieś w umyśle jest to dziwne źródło

Które codziennie sączy hektolitry trucizny

Która rozpuszcza wszelkie połączenia

Między nowymi możliwościami

Jakie mógłbyś dostrzec

Gdybyś nosił różowe okulary

Jak zaczarowany zawsze będziesz wybierał stagnację

Niż działanie

Będziesz tylko reagował na kolejne uderzenia losu

I uśmiechał się gorzko potwierdzając w myślach powtarzaną śpiewnym refrenem frazę

„nic mi się nie udaje”

Mając wciąż to dziwne poczucie, że zawsze jesteś gorszy od swoich rówieśników, którzy już dawno

Zajmują ciepłe posady i robią swoje

Podczas gdy ty wciąż analizujesz, poddajesz różnym

Obserwacjom i wspomnieniom

Wciąż jesteś w ławce szkolnej

Wciąż odrabiasz zaległe zadania na lekcji wyrównawczej

Wciąż czujesz, że zawiodłeś drużynę

No dalej, możesz znów upić się smutkiem i cynizmem

Te trucizny najtrudniej usunąć

Najtrudniej przejść po nich detox

I jesteś ciekaw, co dalej?

No skoro już doświadczyłeś pustki

Jeden krok dzieli cię od skoku w rozpacz

I totalną destrukcję

Możesz rzucić się pod pociąg

Lub zawisnąć na drzewie

Możesz rzucić to wszystko

I żyć na ulicy

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

GREG ZORBA. PIĘKNA KATASTROFA

BAJKA O POCIĄGU

BAJKA O GITARZE