HISTORIA PEWNEJ BUDOWY (FRAGMENT)
Już pierwszego dnia szlag mnie trafił. Spadła cegła, a potem wielki blok z ornamentem. Cały dzień nam zajęło podnoszenie tego, bo i z dźwigiem były problemy.
Jaśnie Wielmożny Panie, ślę do Pana ten list i relacjonuję, ech… uprzejmie donoszę, że ukończyliśmy już pierwszą wieżę wielkiej katedry według przepisu architektonicznego samego Grivalda Johansona. Co do pana Johanssona to taki trochę gbur, jeśli mam być tu szczery w naszych sprawunkach. No ale takiemu geniuszowi wybacza się wszelkie humory. To w końcu pan Johansson dźwiga na swoich biednych, wątłych barkach cały ten projekt. A my tu z ekipą stawiamy kamień na kamieniu. Jutro z samego rana Pan Ravenwald przywiezie nową, podobno rewolucyjną mieszankę cementu. Póki co wszystko stoi, jak ma stać.
Co do naszej ekipy, która ostatnio się powiększyła o dwóch narwańców, to muszę przyznać, że stanowimy dość zgodne grono. Ci dwaj nowi to podróżnicy z dość bogatych domów, ale wciąż mają we łbach bałagan, dlatego ruszyli na wyprawę i podejmują się różnych prac. Pewnie nie zostaną z nami zbyt długo, ale zawsze mogą się przydać. Tym bardziej, że nie są oni znowu takimi przypadkowymi specjalistami od wszystkiego… Mają za sobą solidne edukacje, uniwersytety stoją za nimi murem. Oczywiście, że żaden z nich nie ma fachu murarza. Oni to raczej tacy niespokojni intelektualiści. Ale jak chcą i mają do tego jakąś smykałkę, to czemu nie spróbować. Tym bardziej przyda nam się jeszcze trochę rąk do pracy. W końcu musimy szybciej stawiać kolejne ściany. Pan Jameson w przerwach między jedną ścianą a drugą zasiada sobie jak arystokrata i zapala fajkę. Coś zapisuje. Pewnie prowadzi taki dzienniczek jak ja sam i wypuszcza ze swojej fajki, rzeźbionej w głowę lwa chmury dymu. Po czym spogląda na zegarek kieszonkowy. Jeszcze pięć minut przerwy. Ja raczę się chlebem, wypiekanym w tutejszym młynie. Pan Jameson sięga po swoją miskę ze strawą. Pachnie wspaniale. Pan Jameson coś notuje, a potem jeszcze czyta. Zawsze ma jakąś książeczkę przy sobie. Nie ma się co dziwić. Ma za sobą fakultety humanistyczne, ale i brał się za medycynę. Z tego natłoku wrażeń, myśli jakoś pobłądził. Dla poszerzenia horyzontów nie tylko książkowych, postanowił się wybrać w taką wyprawę życia. Kto wie, może jedyną taką prawdziwą eskapadę między różnymi profesjami, krajami i ludźmi. Bo potem już tylko świat nagabuje, by wreszcie zająć stołek i robić swoje przy biurku, znaczy robić karierę. Święty spokój mieć z rachunkami i odkładać sobie na pierwszy dom. Ale pan Jameson o tyle ma dobrze, że w razie wielkiej porażki może wrócić zawsze do domu swego wielkiego ojca, wielkiego potentata naftowego. A jeśli stary będzie wciąż obrażony, jest jeszcze czcigodna siostra Jamesona, dziedziczka niezłej fortuny. Pan Jameson nie zginie, ale ciągnie go do zbyt wielu spraw, a to nie zawsze dobrze, gdy człowiek-ośmiornica, chwyta zbyt wiele.
A z kolei pan Richards, też absolwent wielu dziwnych kierunków, wraca z północy. Swój wielki plecak rzucił w kąt i raczy się teraz aromatycznym gulaszem. Na strawę nie mamy co narzekać, bo nawet ci panowie z wielkich krain chwalą i dogadzają swoim apetytom. Pan Richards zapala fajkę i również chwilę odpoczywa po posiłku, gładzi brodę z kilkudniowym zarostem. Pewnie za dwa dni znów będzie się golił. Widać, że przyzwyczajenie z wielkiego świata. My tu oto nie dbamy. Nie występujemy przecie gdzieś na salonach. My na razie budujemy saloniska, komnaty, które będą służyły jasnie państwu. Ach, napisałem, że budujemy katedrę. Ano tak jest. Ale Notre Damme to my nie zbudujemy. Raczej mniejsza to będzie budowla, ale ambicje wciąż duże jak u budowniczych katedry. A jak! Ja zawsze mówię: póki w garach mamy strawę i w miarę ciężką sakwę, to my damy radę. Grunt, żeby zająć czymś myśli. Na przykład taki pan Frederiksen. No z żoną się rozwiódł, bo ona wolała innego. Normalnie to w takim bólu można by oszaleć. Ja nie wiem, ale tak sobie myślę, nie? No tragedia, a może i lżej na duszy? Dużo człowiek myśli. Ale jak jest ten pałac, ta nowa ściana do postawienia, jest kolejny cel na nowy dzień. Pan Frederiksen niewiele mówi, robi swoje i ja wiem, że to dla niego takie lekarstwo. Wznosisz te mury, jakbyś wspinał się na szczyty. Codziennie zdobywamy małe trofeum, gdy ułożymy kolejny fragment wielkiej układanki. Tak się czuję. Bo długie lata i ja nie mogłem sobie znaleźć miejsca na świecie. A taki ze mnie powsinoga, taki co weźmie, zepsuje, zdenerwuje i odejdzie z pustymi rękoma i wlezie komu pod nogi. No zakała, jak cholera. Dopiero przy tej katedrze, dopiero przy tym pałacu wraz z innymi jakoś wytrzymałem, od siódmej do osiemnastej. Wytrwałość odkurzona. Czasem se myślę, że takie place budowy to wspaniałe miejsca, gdzie możesz poczuć, że masz na coś wpływ. Że już jutro zobaczysz kolejną ścianę zbudowaną tymi twoimi łapami, które nie tak dawno były jak dwie lewe i krzywe. Teraz jeszcze bardziej poharatane. Okropnie szczypią. Ile to ja już zmarnowałem olejów, tłuszczy czy nawet kremów, no i rękawic. Młody Pan Richards widząc mój problem zasugerował wodę po goleniu, glicerynę i pokazał mi butelkę. A gdzieżmy tu taki towar dostaniemy? Pożyczył mi trochę. Istotnie ulga jest, ale też na krótko, na dzień, dwa. Wracam do starego sposobu smarowania tłuszczem dłoni, a potem zakładania rękawic. Kolejny mur. Nie mogę się doczekać, kiedy postawimy te cudaczne gargulce. Przyjechał wreszcie porządny dźwig. I nareszcie Stary Rogerson się wykaże swoimi umiejętnościami. Chyba nie chwalił się na marne. Kolejna porcja bloków kamiennych. Dziś to już zwyczajny krajobraz, który trzeba koniecznie zmienić, bo tak już jest, by z chaosu wznieść kolejne filary, które ustalą nam azymut. Pan Keifer ma stały problem: komu się bardziej tłumaczyć: żonie, czy matce? Masz ci los z takim wahadłem między lojalnością a poddaństwem. My tutaj to wszyscy się tłumaczymy panu kierownikowi, a on Jaśnie Wielmożnemu Panu. A jako że pan kierownik na razie spokojny więc Wielmożny Pan chyba nie miał powodów do narzekań. Zapraszamy zatem na kolejną inspekcję. Póki co… acha
Szanowny Jaśnie Panie, donoszę, że praca przebiega bez problemów i opóźnień. Nawet małomówny pan Johansson nie szuka już powodów do awantur. A były awantury? A jakże. Ale to na początku. Ja pisałem przecie. Pan Johansson się obraził, bo jeden z otworów na okno był za mały. Ale to inna historia. Pan Johansson chce już widzieć gotowy pałac, a my tu przebieramy kielniami między cegłami. Ambitny jest! To nie grzech.
Żeby nie było tak sielankowo i nudno to oprócz kaprysów i humorów zacnego pana dobrodzieja Johanssona zdarzyło się jeszcze coś okropnego. Ach nieszczęście. Wypadek. Któż taki? Ano sam pan Hegon. Wezwali my szybko lekarza, doktora Bernarda, który tu stacjonuje niedaleko. Choć tak między nami mówiąc, to lepiej żeby lekarz był tu zawsze na posterunku. Trzeba się o to postarać, bo za każdym upadkiem, trzeba latać i wcale nie jest pewne, że Bernard akurat będzie. A on też niewiele ma personelu pomocniczego. Ot to jakiś tam sanitariusz i może jeszcze jeden osiłek do przenoszenia… zwłok. Z wielkim niepokojem czekaliśmy wyroku doktora Bernarda. Z początku to my się bali, że to kręgosłup. Choć u tego człowieka, znaczy u Hegona, złamany kręgosłup to taka niedorzeczność. Bo on ma tak twarde zasady, że niejeden cwaniaczek skruszeje na jego betonie. Ale oczywiście to nie kręgosłup, tylko ręka. Werdykt doktora: w najbliższych miesiącach pan Hegon nam się nie przyda, choć to on przez ostatni kwartał stawiał cegła po cegle i przekładał cementem. No cóż, czas wpuścić na salony młodzież, która też musi ćwiczyć fach.
Marco to prawdziwy artysta w ustawianiu cegieł. Pochodzi z Włoch i ciągle coś gada w tym dziwnym języku. Majster pokazuje do której linii ma układać cegły i rozmowa się kończy. Powstaje nowa ściana. Niewiele z nim gadamy. Marco gada za wszystkich i ciągle się śmieje. Entuzjazm to podstawa. Wraz z jowialnym śmiechem Marca i nam przybywa sił.
Rzecz niesłychana wydarzyła się po pół roku od rozpoczęcia budowy. W którymś momencie ktoś uderzył zbyt mocno, że zadrżała cała kopuła podziemnego sklepienia, które dotąd uważaliśmy za pewny grunt. Ani się nie obejrzeliśmy, jak część z nas wpadła do wielkiego dołu. Nie był on na szczęście aż tak wysoki. Jakieś dwa metry. Wszyscy mocno potłuczeni. Nim opadły chmury pyłu niczym kurtyny, zaczął się prawdziwy seans. Okazało się, że znajdowaliśmy się w jakiejś piwnicy. Nie było czasu i siły, by zgłębiać podziemny świat. Przyjechała karetka. Jeszcze nigdy tu nie mieli takiej akcji. Lekarz złapał się za głowę, żartując, że jesteśmy „jak chłopcy w piaskownicy”. Sanitariusze złapali nosze. Za pomocą dźwigu zaczęto wciągać powoli kolejnych potłuczonych i rannych. Nie było zbyt poważnie, ale i tak prace musieliśmy zawiesić na jakiś czas. Miałem stłuczoną nogę i łokieć. Pan Jameson zszedł po drabinie na dół i rozejrzał się z latarką po wnętrzu tego miejsca. Okazało się, że to chyba jakiś grobowiec. Były kości, czaszki i był sarkofag. Jasna cholera. Co my wykopaliśmy? To było wydarzenie. Przyjechali specjaliści mądrzejsi od nas, którzy trawią czas na odkopywaniu różnych dziwnych rzeczy i podkopują znane już teorie, które przez wieki stały jak katedry, dumne i niewzruszone.
W sarkofagu znaleziono… kości i trochę złota. Gdybyśmy nie wezwali tych cholernych specjalistów, może byśmy się na tym wzbogacili. Może. Zacisnąłem zęby i poczułem przeszywający ból. Wróciłem do realności.
Komentarze
Prześlij komentarz