CELINA
— No moja droga, czas teraz być samodzielną. — Odezwał się poważny głos.
— To znaczy? — Zapiszczała cichutko jak myszka.
— No, czas znaleźć sobie jakieś poważne zajęcie. Jesteś już duża, więc… no nie możesz tak nic nie robić. — Powiedział dystyngowany pan ze starannie zaczesanymi do tyłu włosami i zapalił papierosa. Powiedział te słowa do młodej damy, która siedziała przy wielkim, długim stole. Spod żaluzji przedzierało się słońce i rzucało blask na zakłopotaną buzię dwudziestosiedmioletniej Celiny De Conte. Włosy miała kasztanowe, uplecione w niedbały kok, który zdawał się przypominać wysoki szczyt, z którego spływała kaskadą niewinna krzywka, nachodząca nieco na oczy. Muślinowa bluzka w kolorze kawy z mlekiem okalała zgrabną sylwetkę damy. Nieco rozpięta, ujawniała zalotnie różowy dekolt z rowkiem, a podwinięte rękawy ukazywały piękne ręce ozdobione bransoletkami i srebrnym zegarkiem. Modne ubranie idealnie szło w parze ze starannym wykształceniem wszelkich prywatnych uczelni, jakie mogły tylko być. Celina była niezłą studentką, ale wciąż nie mogła się w niczym praktycznym odnaleźć. Nie znosiła takich rozmów, znów czuła się jak małe dziecko, które musi zdać raport ze swoich osiągnięć. Znów czuła tą bolesną zależność od człowieka, który nie szczędził jej pieniędzy, a jednocześnie zupełnie zniszczył jej pewność siebie. Mowa była tu oczywiście o ojcu: Ludwigu De Conte. Był on właścicielem wydawnictwa i miał wielki talent do interesów. Nie miał jednak dobrego podejścia do swojej jedynej córki. Nie można zaprzeczyć: był troskliwym ojcem, ale wychowanie rozumiał poprzez kupowanie drogich prezentów. A w przypadku Celiny, która nigdy do końca nie wiedziała, czego chce, prezentów tych było całe mnóstwo i również trzeba było wygospodarować odpowiednią przestrzeń, aby gdzieś je pomieścić, Jak na razie trzy wielkie pokoje służyły Celinie do trzymania tego dziwnego zbioru, ale co jakiś czas opróżniała któryś z pokoi i przekazywała te wszystkie prezenty bardziej potrzebującym. Pan Ludwig tylko kiwał głową i wzdychał, ale inaczej nie potrafił okazać uczucia córce, która już wcześniej straciła matkę. Tak więc te wszystkie modne ubrania, zabawki miały wypełnić między nimi tą wielką przepaść, która wciąż ziała pustką i prawdopodobnie już nigdy nie miała się wypełnić, by ojciec z córką mogli wrócić do siebie.
Gdy Celina siedziała w biurze Ludwiga, te wszystkie rzeczy nie miały znaczenia wobec okropnego pytania, które niejednokrotnie budziło ją w środku nocy, zrywając bezpieczny całun przedłużonego dzieciństwa. Jaki jest twój cel Celino? „Cel-ina-Lina”. Pobrzmiewały głosy. Czego chcę i dokąd zmierzam? Te straszne pytania towarzyszyły jej bohaterom, o których się uczyła i studiowała dogłębnie ich teksty na prestiżowych uczelniach, ale jakoś w praktyce Celina wciąż nie znała tej najważniejsze odpowiedzi. Czy to normalne, czy to właściwe? Teoretycznie nie musiała się martwić o swoje finanse, bo mogła przejąć wydawnictwo ojca. Ale czy by sobie poradziła w podejmowaniu najważniejszych decyzji? Wstrząsał nią dreszcz na samą myśl. A gdyby po prostu pracowała w takim wydawnictwie? Och już próbowała. To właśnie ojciec ją zaprosił do siebie. Choć Celina pracowała pod innym nazwiskiem, wszyscy dobrze widzieli, kim jest i traktowali ją jak szpiega, którego szef wpuścił między swoich pracowników. Nie mogła liczyć na życzliwą pomoc, gdy z czymś miała problem. A ona miała talent do stwarzania sobie problemów na każdym kroku. Panna De Conte zaliczyła kilka małych posad sekretarki, redaktorki. Odebrała kilkadziesiąt telefonów i pomyliła kilkanaście spotkań, w wyniku czego doszło do niezłego bałaganu. A gdy już pochylała się nad tekstami do redakcji, lubiła je tak zmieniać, że zwyczajna poprawka błędów przechodziła w wymyślanie alternatywnych historii.
W końcu powiedziała sobie „dosyć” i następnym razem do pracy w redakcji nie przystąpiła. Przez jakiś krótki czas próbowała swoich siła jako nauczycielka, ale sama czuła się jak dziecko rzucone między dzieci, które jak sępy próbowały rozerwać na strzępy jej uwagę. Dosyś, dosyć – szeptała sobie i zaciskała coraz mocniej pięści. No i co tu począć? To pytanie zawsze zadawała sobie, gdy siadała przed pustą kartką papieru niczym przed wyrocznią, ale jak zwykle, znikąd nie spływała odpowiedź. Kłębiły się tylko różne myśli, jak chmury gradowe, aż musiał spaść deszcz łez. Kartka była mokra, a twarz czerwona ze złości i wstydu.
Jednak pewnego wieczora coś nagle sobie uświadomiła. Miała pióro i kartkę. To było bardzo dobre pióro, odporne na długie dystanse zdań złożonych. Wzięła je do ręki i od niechcenia poczęła coś pisać. Zawsze brakowało jej kogoś takiego jak ciotka, kogoś, kto jest jak matka, ale bardziej jak dobra przyjaciółka, starsza i bardziej doświadczona, która potrafi mądrą radą wyleczyć niejedną chandrę. To właśnie ciotka towarzyszyła Celinie, gdy ta musiała się zmagać z samotnością po śmierci matki. Potem gdy podrosła, ciotka chciała ją wziąć ze sobą domu, daleko na wieś, ale Ludwig naciskał, że dziewczynka powinna skupić się na szkole. To dobrze jej zrobi. Tylko w mieście są najlepsze szkoły. I tak Celina została, a ciotka w końcu usunęła się w cień i wróciła do siebie.
Właśnie teraz gdy stanęła na tym rozdrożu, potrzebowała innego kierunku. Zaczęła coś pisać w swoim notatniku, historię, którą chciałaby przeżyć. Potrzebowała spojrzeć w oczy ciotki i wyczytać z nich jakąś mądrość, radę na przyszłość. Ciotka była i jest zawsze w pobliżu i do niej teraz pojechałam. Ciotka mieszka daleko, z dala od ludzi, w takim pałacyku, no może raczej dworku, który nieco się rozpada. Ciotka to taka pani samowystarczalna. Dystyngowana pani, prawie jak arystokratka, która swoją klasą i humorem rozwiewa zawsze wokół siebie blask i spokój. Jej srebrzyste włosy jak diadem dodają jej powagi. Jej pogodna twarz przyozdobiona gdzieniegdzie zmarszczkami, zachowuje wciąż przystojny wygląd i godność znoszenia przeciwności losu. A pewnie było ich sporo. Ciotka należy do osób, które są uparte i nie znoszą ludzkiego stada. To już w zupełności wystarczy by mieć w życiu pod górę. Nigdy nie wyszła za mąż, bo jak twierdziła: „to nie dla niej”. Nie potrzebowała męża, by zdobyć sobie pozycję w towarzystwie. Wykształciła się na uniwersytecie na historyczkę sztuki, ale zrobiła to tylko po to, aby nasycić się atmosferą uniwersytetu. Potem przyszedł czas na konkrety, czyli na biznes. Ciotka Konstancja, bo tak miała na imię, nie szczędziła pomysłów na różnorodne biznesy. Chciała założyć muzeum osobliwych sztuk. Muzeum rzeczywiście powstało po trzech długich latach. Cieszyło się jednak umiarkowaną popularnością, a ostatnia wystawa wypełniona nieprzyzwoitymi aktami zupełnie zraziła władze miasta do wspierania tej artystycznej idei. I w końcu po muzeum pozostało wspomnienie. Ciotka zaczęła się chwytać bardziej przyziemnych dziedzin, jak choćby złom. Ale i tu długo nie pociągnęła. Biznes wreszcie odstąpiła innym znawcom metali wszelakich. Wreszcie Konstancja postanowiła wrócić do swojej innej wielkiej pasji, jaką było cukiernictwo. I to był strzał w dziesiątkę. Chociaż ciotka unikała ludzkiego stada, jednocześnie zawsze podkreślała, że najbardziej jest dumna ze swojego talentu do zjednywania sobie ciekawych, wyjątkowych ludzi. O tak. Ciotka jest wybredna jeśli chodzi o ludzi i słodycze. I zarówno jedne jak i drugie pozwoliły jej przetrwać gorsze chwile i zapewniły dochodowy, słodki interes. Ludzie przecież kochają słodkie, im bardziej gorzkie jest życie. Oj tak, ciotka zawsze sobie poradzi, zawsze wyjdzie z labiryntu, jaki jej zgotował los. To właśnie ciotkę Konstancję warto było poprosić o radę — pomyślała Celina i odetchnęła po napisaniu tych kliku zdań. Czyżby to był początek jakiejś powieści? Włożyła pióro w kok i uśmiechnęła się pod nosem, szepcząc sobie: „może, kto wie”.
Popatrzyła jeszcze raz na te zdania, które przypominały ślady na drodze. Na drodze do Ciotki. Trzeba jechać do ciotki! To była wskazówka. Podróż zawsze się sprawdza, gdy tak duszno z własnymi myślami. Czy ta podróż miała się odbyć na papierze, czy może naprawdę? Czy Celina zdobyłaby się na to, by wyjechać gdzieś w siną dal? Wyjęła pióro z koka i skierowała na białą kartkę. W tej podróży zaoszczędzi się na biletach i na benzynie. Rozsiadła się wygodnie na krześle i znów zaczęła coś notować z wielką pasją, jakby nigdy wcześniej tego nie robiła i z każdym napisanym zdaniem czuła coraz większą rozkosz.
Ale czym tu dojechać do ciotki Konstancji? Mieszka ona daleko, oj bardzo daleko. Powiedzmy, że w pięknej krainie, do której każdego z nas prędzej czy później wiodą myśli, gdy mamy dosyć problemów. Pragniemy wtedy jakiejś arkadii, harmonii, miejsca, w którym wszystko do siebie pasuje, słowa stwarzają czyny i rzeczy, i wszystko jest takie jasne, bez zbędnych niedomówień. Mała wioska o nazwie Krzyżtopór, położona za górami i lasami w pełni spełniała taką kojącą rolę dla Konstancji. Choć sama nazwa kojarzyła się raczej z krwawymi krucjatami niż oazą spokoju. Czym tu dojechać? Może dyliżansem? Tak pięknie mogłaby się zaczynać ta historia. Tętent koni, mknący dyliżans na tle zielonych wzgórz i błękitnego nieba. Czy to aż nazbyt naiwne odcienie wprowadzające do tej opowieści? Może więcej granatów, może więcej kamieni i więcej łez na pastelowym różu buzi głównej bohaterki, która wyraźnie jest przejęta tą podróżą.
Niee. Niech najpierw będzie pociąg, a potem może dyliżans. Dworce od dawna fascynowały Celinę. Były w końcu miejscami, w których można spotkać różnych ludzi, z różnych światów, planet i innych cywilizacji. Wystarczyła inna kultura, inne DNA na tym spiralnym torze, by już inny człowiek dzielił z nami peron i przedział. Taki był urok dworca. Można było tu przysiąść i patrzeć godzinami na tą rotację różnych wędrowców. Ciągle zadawać sobie to pytanie: dokąd oni zmierzają, co mają w walizkach, z kim chcą się spotkać? Tu można było snuć mnóstwo takich opowieści, dopisywać kolejne wątki i czekać, aż następny pociąg odjedzie. Jakie to szczęście wiedzieć, dokąd się zmierza ze swoim ciężkim plecakiem, nogą w gipsie czy złym humorem. Jakie to szczęście, kiedy dokądś się biegnie i widzi już upragnioną metę. A ci którzy nie mają tego szczęścia, którzy tracą swój cel, przesiadają się całymi dniami na dworcach, znieczulając się od czasu do czasu jakimś trunkiem, gdy wszystko jest nie do zniesienia. Choć Celina nie miała jasnego celu w swoim życiu, była jak pijane dziecko we mgle, to jednak teraz miała bardzo wyraźny cel swojej podróży. Wzięła torbę na kółkach, wrzuciła do niej parę ubrań, a w razie czego ciotka też pewnie ją poratuje. Szła na dworzec z poczuciem swego odosobnienia, ale już po chwili miała się wtopić w tą masę przejezdnych. Zresztą wglądało tak zwyczajnie, jak tylko mogła wyglądać. Nie miała już na sobie muślinowej bluzki, tylko flanelę i spódniczkę sztruksową, a zamiast szpilek, założyła trapery. Rozglądała się z zaciekawieniem, próbując dotrzeć na peron czwarty. Wcześniej zaliczyła kolejkę w kasie. Dawno nie kupowała biletu, bo przecież zawsze miała wszystko zarezerwowane. Chciała kupić ulgowy, ale w ostatniej chwili przypomniała sobie, że nie jest małą dziewczynką, która stała obok niej z matką i wielkim plecakiem. Nie jest już tak wyjątkowa, jak kiedyś. Nie dostanie zniżki. Będzie tak samo potraktowana jak ten facet przed nią. Nareszcie. Stało się! Otrzymała druk upoważniający ją do podróży pociągiem.
Przebrnęła przez ten gąszcz ludzi i usiadła z ulgą na ławce, sprawdzając co jakiś, czy jest na pewno na peronie czwartym. Czuła się trochę dziwnie, bo akurat ten peron w przeciwieństwie do innych był nadzwyczaj opustoszały. Widać, że to niepopularne połączenie. Nie było tu nikogo. Usiadła. Rozejrzała się. Tylko jakiś włóczęga przeszedł obok niej i dziwnie się popatrzył, by potem zniknąć za rogiem.
Dziwny był ten pusty peron. To nie dawało spokoju Celinie. Może to pomyłka? Może pociąg, na który miała czekać, odjeżdżał z innego? Kilkanaście razy sprawdzała bilet i kierunek trasy. Nasłuchiwała komunikatów, ale nie było mowy o opóźnieniu. Była we właściwym czasie i miejscu, i wciąż czuła się nieswojo. Za jakąś minutę jej pociąg miał przyjechać. Tupnęła butem i usłyszała echo, jako drwiącą odpowiedź na jej osamotnienie.
Ale już po chwili jedna osoba weszła na czwarty peron. Jakiś staruszek uśmiechnął się dobrotliwie do Celiny i usiadł na sąsiedniej ławce, podczas gdy na innych peronach tłumy pasażerów witały swoje pociągi, by ruszyć w popularne kierunki Wreszcie miły głos oznajmił przez głośnik, że pociąg do Węgowa przez Krzyżtopór wjedzie na peron czwarty. Celina z niepokojem wstała i wyglądała świateł, które za chwile miały się pojawić. Słychać już było charakterystyczny sygnał, gdy pociąg się zbliża. Wreszcie czarny, wielki potwór nadjechał, by połknąć i trawić przez parę godzin tych dwoje pasażerów. Na tą słabą przekąskę pociąg nie specjalnie się śpieszył. Jechał powoli, roztaczając wokół siebie kłęby dymu.
Wreszcie nastąpił przeraźliwy zgrzyt, pisk, syk i pociąg stanął, otwierając drzwi do wagonów. Celina spostrzegła jeszcze wśród oparów dymu jakąś postać, która wskoczyła do pociągu. Zatem chyba tylko troje pasażerów miało z tej stacji odjechać tym pociągiem. Celina wtaszczyła swoją torbę do przedziału. Jak widać, nie musiała się obawiać, że z kimś będzie dzielił przestrzeń, nie wiedząc, czy rozmawiać czy milczeć, czy udawać, że się śpi. Pociąg był pusty, więc każdy mógł sobie pozwolić na odrobinę wybrzydzania i wybrać jak najbardziej przytulny kąt, by jakoś przetrwać tą podróż.
Celina szybko przełożyła bilet do kieszonki przy piersi, choć pewnie jeszcze z dziesięć razy będzie sprawdzała z niepokojem, czy aby na pewno ma przy sobie ów dokument. Usiadła przy wielkim oknie i znużona oparła się o ściankę, która wibrowała od pracy silników. Gdy pociąg ruszył, Celina czuła w skroniach to okropne dudnienie, spojrzała jeszcze na migające za oknem widoczki, z których można by zrobić ze dwadzieścia tanich landszafcików i sprzedawać na rynku jako pocztówki lub reprodukcje, ale w końcu zmorzył ją sen. Zdawało jej, że jeszcze kogoś widzi na peronie, kto wskakuje w ostatniej chwili, ale nie miała już siły sprawdzać, czy mu się udało. Poczuła miłą lekkość, jakby już odpływała gdzieś w nieznane. Co jej się śniło? Raczej kto? No oczywiście, że Ciotka Konstancja. Ale już nie tak silna, nie tak przebojowa jak kiedyś. Była jakaś mała i przestraszona, a wokół niej było ciemno. Co to mogło znaczyć? Faktem jest, że Celina dawno jej nie widziała. Tak wiele mogło się zmienić przez ten czas. Ona dorosła, ale zapomniała, że ci, którzy byli dookoła niej, którzy się nią opiekowali, chuchali i dmuchali na zimne, którzy zawsze ją ochraniali, stracili swoje niezwykłe moce bycia prawie niezwyciężonymi. Teraz to ona czuła się w obowiązku wziąć ich pod swoje skrzydła. Choć przecież sama ledwo co potrafiła latać. Przeszedł ją dreszcz. Otworzyła oczy i wstrząsnęła się. Zwróciła uwagę, że na korytarzu przemknął jakiś chłopak z wielkim plecakiem. Zdziwiła się, bo oto była przykryta kocem, choć przecież nie brała go ze sobą. Widocznie ktoś z obsługi był tak uprzejmy, że ją przykrył. O proszę, właśnie do przedziału zawitał konduktor, na którego twarzy rysował się uśmiech, nie za głupawy, nie złośliwy, a po prostu serdeczny.
— I jak się pani miewa? Nie chciałem pani budzić, ale gdy otworzyła pani już swoje śliczne oczęta, mogę spełnić swój niewdzięczny obowiązek.
— Ależ oczywiście — odparła spokojna Celina i natychmiast sięgnęła do kieszonki po bilet, ale jakież było jej zdziwienie, gdy się zorientowała, że biletu nie ma. Wyraźnie zaniepokojona zerwała się z siedzenia, rozejrzała dookoła, a potem przeszukała wszystkie kieszenie. Nieco się uspokoiła, że znalazła portfel wraz z pieniędzmi, ale biletu jak na złość nie było.
— Co, nie ma?
— Na to wygląda, a przecież, przysięgam panu…
— Spokojnie droga pani. Od tego tu jestem, by teraz pani kupiła bilet.
— Przysięgam, że miałam. — Zaklinała Celina.
— Spokojnie. Nie ważne co mieliśmy, ważne co teraz mamy lub… czego nie mamy. – Odparł maszynista, jakby mówił najmądrzejszą myśl pod słońcem. Celina tylko zmarszczyła czoło i przygotowała pieniądze na kolejny bilet.
— Zatem wyruszyła pani ze stacji Rowy i jedzie pani do…
— Krzyżtopora. — Odparła Celina, sprawdzając jeszcze kieszeni w nadziei, że może w ostatniej chwili pokaże temu przemądrzałemu konduktorowi bilet, ale wciąż nic nie miała pod ręką.
— Do Krzyżtopora, dobrze. — Powtórzył pod nosem i coś zapisał, po czym przystawił pieczęć na druczku i jeszcze zapytał:
— Żadnych legitymacji, zniżek?
— Zwykły bilet.
— Ech, masz ci los. To będzie osiem — powiedział kwotę, po czym wystawił druk, a Celina wsypała do jego dłoni kilka monet. Sprawdził, ukłonił się i wyszedł. Celina jednak chciała go jeszcze o coś zapytać.
— Przepraszam, jeszcze na chwilę. — Konduktor się odwrócił:
— Tak?
— Nie wie pan, kto położył mi ten koc? — Konduktor nieco zdziwił się tym pytaniem, ale szybko odpowiedział.
— Nie mam pojęcia, myślałem, że to pani…
— A ja myślałam, że to ktoś z obsługi, ech nie ważne…
— Może, ale właściwie to teraz ja mam swój dyżur i raczej nie przypominam sobie, żebym dawał pani koc.
— No cóż, przepraszam… — Odparła zawstydzona Celina.
— Niech się pani dobrze wyśpi. Krzyżtopór za jakąś godzinę. — Konduktor wyszedł. Celina oparła się wygodnie i wypuściła powietrze z ust, jakby uwolniła się od wszystkich trosk i kłopotów. Ale to była tylko chwila ulgi. Wciąż nie dawało jej spokoju to, że nie miała przy sobie biletu, za to dostała od kogoś koc. Jakże idealny prezent na dreszcze, które ją przechodziły na samą myśl o tej dziwnej sytuacji. Chcąc jakoś odreagować to wszystko, postanowiła zmienić przedział. Szybko przeszła cały wagon, ostrożnie się rozglądając, czy ktoś jej nie śledzi. Ale na litość Boską! Kto miałby ją śledzić? Gdy tak siedziała w nowym, pustym przedziale, który nie trudno było znaleźć, zauważyła nagle na korytarzu tego tajemniczego pasażera z wielkim plecakiem, który wskoczył w ostatniej chwili do pociągu. Znów poczuła jakiś niepokój. Nagle pociąg zaczął zwalniać, aż wreszcie zatrzymał się piskiem kół. No tak, kolejna stacja. Jaka tym razem? Celina wyjrzała przez okno. Na tablicy widniał napis: „Labrada”. „Ciekawa nazwa” — pomyślała Celina, ale po chwili spojrzała na zegarek i sobie policzyła. „Za jakieś dwadzieścia parę minut powinniśmy już dojechać”. Gdy pociąg znów ruszył, zniecierpliwiona Celina wstała i zaczęła się przechadzać od jednego siedzenia do drugiego, starając się tym samym pokonać zniecierpliwienie. Nie znosiła czekać. Coraz bardziej uderzało ją to dziwne uczucie, że zbyt długo na wszystko czekała. A teraz próbowała jakoś nadrobić ten stracony czas. Wciąż miała uczucie, że jest spóźniona ze wszystkim, począwszy od pracy zawodowej, kończąc na życiu osobistym, którego właściwie nie miała. Targały nią różne emocje od melancholii po gniew, który nawet był jej przyjacielem, bo dzięki niemu mogła się wreszcie skupić i dążyć ku wybranemu celowi tak pewnie jak tylko było obrażona na cały świat.
Wreszcie pociąg się zatrzymał. Chwyciła swój bagaż i wybiegła z przedziału. Wyskoczyła z pociągu i wreszcie stanęła na betonowym podłożu. Na stacji zobaczyła długo oczekiwany napis „Krzyżtopór” i miała ochotę go pocałować. Gdy pociąg odjechał, zorientowała się, że ten nieznajomy z wielkim plecakiem również wysiadł. Zaniepokojona trochę się oddaliła, ale nie musiała długo czekać na reakcję pasażera, który postanowił koniecznie z nią porozmawiać.
— Chyba pani o czymś zapomniała? — Zawołał za Celinę, która powoli schodziła z peronu. Chciała go zlekceważyć, ale jakoś nie potrafiła. Odwróciła się w jego stronę i przyjrzała mu się z uwagą. Nieznajomy trzymał w rękach kraciasty koc, który nie tak dawno okrywał Celinę. O ile koc dawał ciepło, o tyle nieznajomy powodował tylko chłód i intrygował ją. Celina w końcu zdobyła się na odwagę i odpowiedziała pytająco:
— O czym niby zapomniałam? — Zapytała dla pewności.
— O tym. — Wyjaśnił krótko nieznajomy rozmówca i podniósł do góry koc.
— To nie mój koc, nie wiem, kto mi go podrzucił. Nie będę zabierała cudzych rzeczy. Przepraszam, ale śpieszę się. — Ucięła i ruszyła w swoją stronę. Miała już założyć okulary, gdy nieznajomy ją dogonił, co już bardziej ją zaniepokoiło. Teraz zobaczyła go z bliska. Był to młodzieniec liczący sobie jakieś dwadzieścia parę lat. Twarz miał jasną i pogodną, choć kilkudniowy zarost trochę zmieniał go w zadziornego chłopaka o podejrzanym statusie. Do tego jeszcze wytarty, stary, czarny płaszcz i ten plecak podobny do worka świętego Mikołaja. „Jakiś włóczykij, z którym muszę rozmawiać” — pomyślała zrezygnowana Celina, ale to co miała usłyszeć za chwilę, zupełnie ją zszokowało.
— To ja go pani podrzuciłem. — Przyznał ze wstydem na twarzy.
— Pan? Czyli, yyyych, więc… — Przyjrzała mu się uważnie.
— Taaaak. I to ja ukradłem pani bilet. — Tu poczuła wyraźne ukłucie w żołądku.
— To jakieś żarty?! Co to znaczy?
— To nie żarty droga pani. Po prostu musiałem wyjechać. — Celina tylko odfuknęła i dodała.
— Ale bilet przecież nie był taki drogi.
— A jednak wystarczająco drogi, by go pani ukraść. — Przyznał.
— Jest pan włóczęgą? Tak pan żyje, przemieszcza z jednego miejsca na drugie kosztem innych?! — Zapytała z wyrzutem.
— Nie miałem przy sobie żadnych pieniędzy. Chciałem wyjaśnić i przeprosić. — Celina chciała już iść, ale on wciąż dotrzymywał jej kroku, próbując wytłumaczyć swoje postępowanie.
— Po co te ceregiele? Mógłbym pan nic nie mówić. Ja żyłabym w przeświadczeniu, że gdzieś zgubiłam bilet i tyle.
— Niby tak, tak byłoby wygodnie, ale… — Zawiesił głos. Celina się zatrzymała i obejrzała w jego kierunku, on spojrzał na nią spode łba nieco zawstydzony.
— Ale to nie byłoby w porządku. Oddam pani te pieniądze. — Celina się roześmiała i zaczęła iść dalej.
— Nie trzeba. Niech pan mi już da spokój. — Ale on znów ją dogonił, co już ją trochę bardziej zdenerwowało.
— Jestem pani dłużnikiem.
— Świetnie, może spotkamy się w innym pociągu i znów mi pan podrzuci ciepły koc, a teraz żegnam!
— Niech pani zaczeka. — Powiedział to jakoś tak dziwnie, że w końcu się zatrzymała i zaczęła mu się przypatrywać.
— Skąd się pan tu wziął i dokąd pan idzie? — Zapytała Celina i zamyśliła się nad tym pytaniem, które teraz brzmiało jakoś niedorzecznie, gdy czytała je w swojej historii od nowa.
— To pani musi wiedzieć. Skąd się tu wziąłem i to na pani życzenie. — Usłyszała w odpowiedzi.
— Moje?
— A tak, pani. — Potwierdził. Powstrzymała się od dalszych pytań. Zrozumiała, że wszyscy bohaterowie, których tu spotka na dalszych stronicach będą jej obsesjami, lękami, pragnieniami. Kim mógł być on? Zaproszeniem do przygody? Kontynuowała rozmowę:
— Więc pan tu istnieje na moje życzenie?
— W pewnym sensie tak.
— Więc chyba nie muszę obawiać się o własne życie?
— Jeśli chce się pani unicestwić, może znajdę w plecaku sznur, nóż, albo… — Mówił z szyderczym wyrazem twarzy, aż Celina mu przerwała.
— Dobra, dobra. Jeszcze mi to nie w głowie.
— Więc co pani teraz zamierza? — zapytał. Celina zrobiła parę kroków i znów poczuła ukłucie w żołądku. Znała to okropne pytanie, które jej zadawali wszyscy dookoła, od ojca po rekruterów w nowej pracy. Co zamierzasz? Chcesz zostać małą dziewczynką, czy wreszcie dorośniesz? Zacisnęła pięści i wreszcie przypomniała sobie o swoim celu.
— Chcę iść do ciotki, to jakieś pół godziny piechotą w stronę Lawendowych wzgórz.
— Ciekawa nazwa. — Przyznał nieznajomy.
— Mnie się podoba. — Odfuknęła z wyrzutem.
— To świetnie, mnie też się podoba. A tak przy okazji ja idę w podobnym kierunku, więc mogę pani towarzyszyć.
— Włóczęga idzie w podobnym kierunku, co ja. Cóż za niezwykły zbieg okoliczności. Ciekawe. Co mam odpowiedzieć panu?
— Lubi się pani droczyć, ale sama mnie pani tu sprowadziła jako wyparty element swojej jaźni.
— Teraz będzie psychoanaliza.
— Wyprawa w głąb siebie. Zatem mogę pani towarzyszyć?
— A cóż mam powiedzieć. Choćbym panu zabroniła i tak mnie pan dogoni i znów będzie mi truł, że ma wobec mnie dług wdzięczności, czyż nie?
— Z ust mi to pani wyjęła. — Powiedział rozmarzony.
— Ach tak. — Skwitowała Celina i ruszyła dalej polną drogą. On również ruszył za nią.
— Gdyby nie było tu pana, mogłabym w spokoju rozkoszować widokiem pięknych sadów.
— Chyba chciała pani raczej powiedzieć, że byłaby skazana na nudne otoczenie przyrody.
— Wymyka mi się pan spod kontroli. – On ją wyprzedził, obejrzał się za siebie, spojrzał w jej oczy i odparł.
— Nie jestem wytresowanym, poza tym nie ma pani przy sobie smyczy. — Wreszcie stanął i wyciągnął rękę.
— Niech pani da tą torbę, poniosę. Niech chociaż taki użytek ze mnie będzie, bo chyba na rozmowę nie można tu liczyć.
— Czyli włóczęga i gentelman w jednej osobie. — Podsumowała Celina.
— Wyśniony książę do usług.
— Ho, ho, też mi… książę.
— Trudno zrozumieć pani motywacje i intencje. Chyba sama pani nie wie, czego chce, więc i przyciąga pani do siebie różnych niezidentyfikowanych dziwolągów. — Wreszcie odebrał od niej torbę i zaczął posłusznie nieść. Ona chciała coś powiedzieć, ale w końcu odpuściła.
— Czyli będzie mnóstwo przygód.
— Po tak nudnym życiu, jakie pani wiodła, chyba wreszcie coś powinno się wydarzyć. Nie sądzi pani?
— Skąd pan wie, że wiodłam nudne życie? — Znów się zdziwiła. Spojrzał na nią i mrugnął do niej okiem.
— To widać od razu. — Wyszeptał.
— Co widać to widać. Nie mam zamiaru się z panem kłócić. Przed nami jeszcze trochę drogi, więc lepiej oszczędzać energię.
— Ciężka ta torba. Szykuje się dłuższy pobyt.
— Za dużo chce pan wiedzieć. Ja też mogłabym zapytać, po co panu ten wór?
— Będę szybszy i zapytam, po co właściwie pani tu przyjechała? — Celina zwolniła kroku i popatrzyła z wyrzutem na współtowarzysza.
— Jest pan bezczelny. — Oceniła. On tylko się uśmiechnął i dodał.
— Ktoś musi, by inny był poukładany i wręcz idealny. — Celina uśmiechnęła się pod nosem i od razu wyjaśniła.
— Przyjechałam tu do ciotki, by się jej poradzić, co zrobić w życiu.
— Ciekawy cel podróży, ale w gruncie rzeczy zbyteczny. Nikt pani nie pomoże, nawet mądra ciotka Konstancja. — Tu Celina słysząc imię ciotki z ust nieznajomego trochę się wzdrygnęła i stanęła jak wryta. On również się zatrzymał.
— Pan zna moją ciotkę?
— Może. — Odparł i ruszył dalej. Ona nie mając, wyboru dogoniła go, by uzyskać bardziej konkretne odpowiedzi.
— Co to ma znaczyć?! — Zapytała zniecierpliwiona. Uśmiechnął się.
— Droga pani, toczymy tu dialog wewnętrzny. Pani po prostu musi odbić w kimś swoje myśli.
— I padło na pana?
— Potem będzie ciotka, ale ostatecznie to pani zna odpowiedzi, których mają tu udzielić napotkani rozmówcy.
— Czyli zna pan moją przyszłość?
— Zna pani odpowiedź. A ja odbijam tylko kwestię.
— I niesie pan mój bagaż.
— Kolejna metafora, nieprawdaż? — Roześmiał się i przełożył torbę do drugiej ręki. Zniknęli za rozłożystą jabłonią, która jak drogowskaz informowała, że za chwilę wejdą do wielkiego sadu.
— Więc co pan tu robi? Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia.
— Owszem, należą. Wyniosłem się ze swojego rodzinnego domu. Uciekłem, by wreszcie żyć na swoim, no… może jeszcze nie na swoim.
— Póki co zaczął pan od kradzieży.
— Niedaleko stąd mój stary znajomy ma warsztat. Obiecał, że mi pomoże. Mam nadzieję.
— No to już coś, ale jeśli zawiedzie ten plan.
— Chcę wierzyć, że nie… inaczej przegram.
— Chodzi o honor?
— Chodzi o wszystko pani…
— Celino. — Dokończyła.
— A pan?
— Henryk.
— Kojarzy mi z królem.
— Póki co jestem włóczęgą.
— To ucieczka po swoje?
— Miałem dosyć tej mieściny, w której mieszkałem niemal od urodzenia. Ci sami ludzie od lat. Ile można? Pani chyba też miała dosyć, skoro wybrała się do ciotki?
— Taka podróż sentymentalna. Tylko na tyle mnie stać.
— Ale podobno jest pani bogata? — Zagadnął, a Celina zwolniła z wrażenia, myśląc, że to kolejny szczegół, którego ten nieznajomy nie powinien znać.
— A jednak. — Odpowiedział triumfalnie, na co Celina mogła spojrzeć tylko z gniewem.
— Czyli wie pan, że mój ojciec zarządza sporym wydawnictwem?
— No coś tam…
— Ale ja mam dosyć życia pod jego kloszem!
— Syndrom obrażonej księżniczki, która nagle chce pragnie prostszego życia bez tych wszystkich luksusów. — Wytłumaczył.
— Niech pan sobie daruje te komentarze.
— Pewnie chciała pani wydać swoje zapiski, ale ojciec się nie zgodził.
— Nie byłabym taka głupia, by wydawać u swojego ojca własne wypociny.
— Czyżby.
— Mój ojciec to doświadczony wydawca. Od razu widzi potencjał, w tym, co jeszcze nie jest spisane do końca. W moim przypadku raczej by się ciągle wahał, czy zrobić mi przyjemność i to wydać, czy może uchronić mnie przed kompletną klapą. Bo wydać to jedno, a sprzedać z sukcesem to drugie. Zresztą o czym my tu rozmawiamy. To, że sobie piszę od czas do czasu do szuflady, nie znaczy, że będę wielką pisarką na złość ojcu.
— Na złość? Pani ojciec byłby dumny.
— Wydawca mający córkę-pisarkę. To niezbyt dobre rozwiązanie, nawet gdybym pisała pod pseudonimem.
— Więc jak na razie błądzi pani w swojej historii.
— Po prostu nie wiem, dokąd zmierzam? Uciekam przed sobą i szukam siebie, ale nigdzie nie mogę wytrzymać dłużej…
— Niż parę zdań?
— O czym rozmawiamy, o życiu czy o literaturze?
— Wychodzi na to samo. A propos drogi, to ile jeszcze do domu pani ciotki? — Zapytał, siłując się z torbą. Celina się zatrzymała i rozejrzała uważnie.
— Powinniśmy iść cały czas prosto, aż dojdziemy do tego wzniesienia, by potem zejść już w dolinę i ukaże nam się okazały dom…
— Od wyżyn namiętności po doliny spokoju. —Wyszeptał rozmarzony.
— Co takiego? — Zapytała zdziwiona.
— A nic, nic. Chodźmy. — Odparł zakłopotany, jakby przyłapany na jakimś wstydliwym wyznaniu.
— Co pan chciał przez to powiedzieć?
— To pani historia, pani ją pisze w tej chwili. — Odparł.
— Och, niech pan mnie nie łapie za słówka. Chodźmy już lepiej, szybciej.
— Po co się tak śpieszyć.
— Wcześniej to pan pytał, ile jeszcze do domu ciotki.
— A teraz pani się śpieszy?
— Jestem trochę głodna.
— Na pewno ma pani jakieś pyszne śniadanie w plecaku.
— Rozczaruję pana, ale nie.
— Nie szkodzi. — Schylił się i wziął jabłko, które leżało pod jabłonią.
— Chce pani? — Zaproponował.
— Chyba to ja powinnam proponować zakazany owoc? — Zapytała.
— Tu wszystko jest na opak. — Wzruszył ramionami i ugryzł jabłko.
— I jak tam owoc? — zapytała.
— Kwaśny.
— Jesteśmy na szczycie naszych możliwości towarzyskich. — Oznajmiła Celina, gdy stali już na wzniesieniu.
— Skoro to szczyt naszych możliwości, to ja wolę uciec. — Powiedział zawiedziony.
— Teraz już będzie z górki — Uspokoiła go.
— Aż strach pomyśleć, co będzie na dole.
— Jak to co, dom ciotki. — Odpowiedziała zdziwiona Celina, która teraz zdała sobie sprawę, że ta rozmowa chyba przebiega na dwóch poziomach, a jej ostatnio metafory słabo wychodziły. Postanowiła szybko zejść w dół, ale potknęła się o jakiś korzeń i upadła. Henryk szybko do niej dobiegł i zapytał poruszony:
— Czy wszystko w porządku?
— Chyba tak. Nie musi się pan tak przejmować. — Odpowiedziała żartobliwie i wstała, a po chwili ruszyła znowu przed siebie, dodając.
— Niech pan już da tą torbę. Nie mogę patrzeć, jak się pan z nią męczy.
— Skoro tak pani chce udowodnić, że wszystko w porządku, niech będzie. — I podał torbę Celinie, która zaczęła schodzić ze swoim pakunkiem coraz szybciej, czego nie omieszkał skwitować Henryk złośliwym komentarzem:
— To jest wyścig, czy co?! Zawsze chce pani być pierwsza? — Ale ona już mu nie odpowiedziała, tylko schodziła uparcie w dół. Popatrzył za nią i powiedział do siebie.
— Nie pozostaje nic innego, jak tylko się dostosować. — I ruszył za nią.
Minęli jeszcze parę jabłoni, aż wreszcie ukazał się ich oczom okazały, choć trochę zniszczony dom. Co ciekawe brama była uchylona, podobnie zresztą jak drzwi od domu, jakby było to zaproszenie do wizyty, na tym bądź co bądź odludnym miejscu. Celina jednak się zatrzymała, jakby nie była pewna, czy rzeczywiście warto sprawdzać ów gościnność. Wreszcie dogonił ją Henryk. Popatrzył na bramę, potem na dom i wreszcie na Celinę, oczekując od niej jakiegoś konkretnego ruchu.
— No co jest, teraz pani się nie śpieszy? Idziemy? — Henryk już zrobił krok do przodu, ale Celina go powstrzymała ręką.
— Zaczekaj, coś mi tu nie pasuje.
— Niby co?! Że wszystko otwarte, a kto by na tym odludziu przejmował się złodziejami. — Henryk poszedł pierwszy, uchylił bardziej drzwi wejściowe, które od razu okropnie zaskrzypiały i ukazały zaciemnione wnętrze domu. Celina rozejrzała się dookoła i również dołączyła do Henryka, który już był w salonie i otwierał właśnie okiennice, by wpuścić trochę słońca. W końcu zrobiło się trochę sympatyczniej i jaśniej. Ich oczom ukazał się skromnie urządzony salon z meblami, których politura niejedno już przetrwała. Popękana, pomarszczona wciąż jakoś chroniła złociste dębowe drewno, które chyba już od dłuższego czasu nie było przez nikogo używane. Zaniepokojona Celina przeszła się po salonie. Ten pokój znała najlepiej. To tutaj przebywała najczęściej, gdy spędzała wakacje u ciotki. Spojrzała na znajomy fotel stojący przy oknie, gdzie Konstancja siadała i snuła jakieś opowieści. Celina ruszyła do kolejnych pokoi. Za każdym razem gdy stawała przed drzwiami, przeszywał ją dreszcz, bo nie wiedziała, co tam zastanie. Otworzyła wszystkie sypialnie i schowki — w sumie jakieś siedem pomieszczeń, ale nigdzie nie zastała ciotki i również Henryk miał dla niej takie same wieści.
— Pusto, nikogo tu nie ma! — Krzyknął.
— A na strychu? — Zapytała Celina, wychodząca z powrotem na korytarz. Henryk tylko popatrzył na zaciemnione schody, prowadzące do góry i wyszeptał.
— Sprawdźmy. — Weszli po wąskich schodach. Henryk się zatrzymał i dźwignął drzwiczki w suficie, które z hukiem opadły na podłogę na strychu. W powietrzu uniosła się chmura pyłu. Chłopak zakaszlał i odgarnął pajęczyny
— Tu z pewnością nie było nikogo od lat. — Powiedział, starając się dojrzeć w ciemnościach cokolwiek. Celina w ostatniej chwili podała mu latarkę. Zapalił i wszedł na strych, a za nim Celina. Nie było tu nikogo poza składnicą staroci, które pewnie by zrobiłyby niezłą furorę na pchlim targu.
— Co się mogło stać? — Zapytała zdziwiona Celina.
— Przecież to pani tworzy tą historię, widać lubi pani intrygi. — Odparł Henryk.
— Nie uprzedzałam jej, że przyjadę.
— Może wyjechała?
— Tak bez słowa.
— A kiedy ostatnio tu pani była?
— Dawno, może pięć lat temu. — Przyznała zawstydzona.
— Sama pani widzi. Ale ten motyw z zaginioną ciotką, to dosyć ciekawe.
— O czym pan mówi. To raczej przerażające.
— To przecież pani cały czas pisze. Choć… może pewne elementy fabuły nie są tak posłuszne, jakby autorka tego chciała? — Celina zmrużyła oczy. Wyglądała teraz tak, jakby coś sobie przypomniała. Wreszcie Henryk zauważył jej zawstydzenie na twarzy.
— Co jest?
— Nie uwierzysz.
— No co?
— Ja chyba tu nigdy nie byłam.
— I pewnie nigdy nie miałaś ciotki?
— Ale chciałam ją mieć.
— Skoro nigdy taka ciotka nie istniała, to do kogo należy ten dom? — Nasuwało się logiczne pytanie, które tu musiał zadać towarzysz drogi, rozglądając się po strychu. Zapadła kłopotliwa cisza. Henrykowi zaburczało w brzuchu. Celina tylko przełknęła głośno ślinę. On ruszył ku schodom i oznajmił:
— Poszukajmy lepiej czegoś do jedzenia w kuchni. Jest pani głodna?
— Nie wiem, jakoś nie mogę teraz myśleć o jedzeniu.
— Ja rozumiem, to szok dowiedzieć o ciotce, która nigdy nie istniała.
— Dowiedzieć się, że ona w ogóle nie istniała?
— No właśnie, to mówię.
— Ale to przecież czyjś dom. — Oponowała Celina.
— W pani wyobraźni. A poza tym, jakby ktoś się tu zjawił, to powiemy, że byliśmy w potrzebie, zabłądziliśmy i takie tam. Najwyżej nas wyrzucą. Wielkie rzeczy. Mnie już wyrzucali z niejednego domu.
— Cenne doświadczenie.
— Żeby pani wiedziała. Chyba nic takiego złego nam się nie stanie, jeśli wciąż cała ta akcja przebiega w pani wyobraźni.
— Problem w tym, że ja nie panuję chyba nad swoją wyobraźnią. — Wymamrotała Celina i spojrzała ze wstydem w dół.
— Nie zamartwiajmy się na zapas. Chodźmy na obiad, może będzie coś w kuchni.
Henryk zniknął w kuchni i po chwili dało się słyszeć jakieś odgłosy. Coś spadło, poturlało, potem znowu coś chyba się stłukło. Celina zrobiła wielkie oczy i nie mogąc już wytrzymać tej dziwnej, hałaśliwej symfonii, wbiegła do kuchni. Na środku stał zadowolony Henryk, który zebrał na stole parę najpotrzebniejszych akcesoriów, jak garnki, chochle, ziemniaki, cebule, marchewki.
— Wszystko w miarę świeże.
— Czyli nie jest to opuszczone domostwo? — Powiedziała zaniepokojona Celina.
— Niech się pani nie przejmuje.
— W razie czego mam kanapki i termos z herbatą.
— A nie woli pani zjeść coś ciepłego? — Zapytał Henryk
— A kto niby nam to przygotuje? — Zdziwiła się Celina.
— No chyba… ja.
— Pan umie gotować?
— A co taka zdziwiona? Gotowałem sobie w różnych miejscach. Tutaj to jest luksus. Wszystko pod ręką, jak w prawdziwej restauracji. Trzeba rozpalić w piecu, postawić garnek z wodą, a potem wrzucić te pokrojone warzywa.
— Mamy za mało składników. — Marudziła Celina.
— Wszystko jest droga pani.
— To co mam robić, obierać?
— Może pani. Ja rozpalę w piecu. Naleję wody do garnka. A jeszcze na początek chętnie bym spróbował tych pani kanapek
— Ależ proszę. — Celina wyciągnęła z torby tosty i podała. Henryk przyjrzał im się z zainteresowaniem, mówiąc:
— Nie wyglądają jak typowe pajdy chleba.
— To tosty z francuskim camembertem. — Objaśniła Celina ze śmiechem.
— Ach tak, typowo snobistyczne śniadanko. — Henryk spróbował trochę i od razu się uśmiechnął.
— Snobistyczne? Też mi coś. — Obraziła się Celina.
— Ale pyszne, naprawdę. — Zapewniał ją Henryk. De Conte się uśmiechnęła i wysypała z torby całą górę takich tostów.
— Dobrze zaopatrzona panienka. — Skwitował Henryk.
— Pan sobie daruje dalsze uwagi. — Odparła Celina. Tak sobie dokazując zjedli wszystkie tosty i popili herbatą. Henryk żartował, że Celina nie wzięła ze sobą srebrnego imbryczka. De Conte zrewanżowała się, nalewając tylko pół szklanki Henrykowi, który i tak ze smakiem wszystko wypił. Gdy już zjedli postanowili dokończyć swój zamysł z gotowaniem. Wszystko obrali, pokroili i wrzucili do wielkiego gara, nie przewidzieli tylko, że coś było nie tak z piecem i o mało co się nie zaczadzili. Ciemny dym ogarnął całą kuchnię, tak że z trudem nie mogli znaleźć się nawzajem.
— Nie, może ktoś coś tam wrzucił do pieca, okropnie śmierdzi.
— Niech pan to gasi i uciekajmy stąd lepiej. Jeszcze nas posądzą o wywoływanie pożarów. — Henryk wziął wiadro z wodą i chlusnął nią w piec, który od razu zasyczał. Po czym wyszli na zewnątrz i odetchnęli.
— I nici z obiadu. — Powiedział zawiedziony Henryk.
— Nie szkodzi. Grunt, że nie spaliliśmy domu.
— Nie chce tu pani nocować?
— Po tej przygodzie raczej wolę pod gołym niebem.
— Tego się nie spodziewałem.
— W razie czego mamy ciepły koc. — Powiedziała z uśmiechem.
— No, ja mam śpiwór, ale pani…
— Że niby muszę zawsze mieszkać w najlepszych pensjonatach? Bez przesady.
— No tak.
— Coś jeszcze pana trapi? — Zapytała zniecierpliwiona. Henryk podrapał się po głowie i w końcu wyjąkał.
— Yyyyy, tak chciałem pani oddać za ten bilet.
— Niech pan już da spokój!
— Kiedy ja tutaj przyjechałem do znajomego. On ma warsztat w okolicy i może nawet mógłbym u niego pracować. Załatwiłbym sprawę i oddałbym. Nie lubię mieć długów.
— Skoro pan taki honorowy, nie będę utrudniała.
— To nie daleko stąd. — Zapewniał Henryk
— Ja chyba wiem lepiej, skoro to moja historia — Przerwała mu.
— Ale chyba mi przysługiwała ta kwestia, nie sądzi pani? — Odparł Henryk.
— Ach, znowu wszystko wymyka mi się spod kontroli.
— No to chodźmy. — Klasnęła w dłonie. Wybiegli z gospodarstwa, patrząc jeszcze za sobą, jak dym ulatnia się zza okien. Wymienili uśmiechy i szli dalej, a do ich uszu powoli dochodził miejski gwar: a to klakson, a to rozmowy, krzyki, szum cywilizacji. De Conte jeszcze raz postanowiła uspokoić sumienie Henryka.
— Naprawdę nie musisz… nie musi Pan.
— Ależ muszę… muszę prosić, by wreszcie pani mówiła mi na ty… — Odparł i zwolnił kroku, na co ona odparła.
— W takim razie i ja będę cię prosiła, abyś…
— Tak, no to świetnie. — Podali sobie ręce i wymienili imiona, ale pocałunek sobie odpuścili. Wreszcie Henryk wskazał na ceglany budynek stojący może z dziesięć metrów od nich.
— To tu, zaczekaj. — Celina skinęła głową, zastanawiając się w głębi, do czego to wszystko zmierza? Póki co Henryk zmierzał do warsztatu, z którego dało się słyszeć różne dziwne dźwięki, jak stukanie, wiercenie i jazgot. Zniknął na zapleczu, tymczasem ona została na zewnątrz. Przez pierwsze minuty chodziła sobie tu i tam i rozglądała się po wystawach sklepowych, ale potem usiadła na ławce i wyciągnęła książkę, by jakoś zabić czas. W tym samym czasie Henryk pokonał już długi warsztat i wszedł do biura. Osobnik siedzący na fotelu nieco się skrzywił, gdy go zobaczył. Wreszcie ryknął:
— A niech mnie!
— Jestem, żyję i wracam po swoją dolę.
— Wracasz? Tylko jako kto. Brak mi słów, jak syn marnotrawny. Nie dostaniesz doli. — Syknął mężczyzna i wstał gwałtownie z fotela, który zaskrzypiał. Mężczyzna cały dyszał jak lokomotywa gotująca się do odjazdu.
— No co ty? — Zdziwił się Henryk.
— Co ja? Coś ty do cholery zrobił. Skok był tak prosty, że ten małolat Tado by dał radę, a ty to tak sknociłeś. Gliny zaczęły węszyć, nawet mnie wypytywali, a to już coś znaczy.
— Formalności.
— Taaak, formalności. Nic nie pomoże, że zrzekłeś się swojej większej części. A teraz po co wracasz? Po miłosierdzie?! — Krzyknął kierownik, tarmosząc kieszenie, jakby już chciał pokazać, że go nie stać na wielkie gesty. Henryk obejrzał się za siebie, ale jazgot maszyn był dość głośny. Widać, że nikt nie zadawał sobie trudu, by podsłuchiwać, jakie to szef załatwia sprawy w swoim biurze. Postanowił jeszcze raz wyjaśnić, jak tylko potrafił:
— Ale to nie tak. Nie było innego wyjścia. Zrobiłem, jak należy, resztą zajął się Marcel.
— Ledwo zrobił. A ty znów pokazałeś, że niczego nie potrafisz doprowadzić do końca.
— Przeprosiłem cię. Teraz tylko proszę o pożyczkę. Jestem w potrzebie.
— W potrzebie, potrzebie. Ja pożyczam tym, których znam stan konta, a tobie już nie ufam.
— Mała pożyczka. — Naciskał.
— Maluśka, maciupeńka, jak ten paluszek — Powiedział cienkim głosem szef i pstryknął tym placem w nos Henryka, który od razu się odsunął. Szef tylko się uśmiechnął i wreszcie zaproponował:
— Może się zrehabilitujesz przy kolejnym skoku, wiesz którym.
— To co ustalaliśmy wcześniej?
— No a co?
— Proszę cię pożycz mi teraz i odejdę.
— Oj przestań smędzić, jesteś zawodowcem. Trochę cię podpuszczałem, ale może teraz dałbyś radę.
— Znowu mam być twoim niewolnikiem?
— Narobiłeś sobie długów, a ja byłem tak miłosierny, że ci zaufałem, no to teraz musisz się wykazać. Po co sobie komplikować relacje? Zarobisz, spłacisz i się pożegnamy. Wyjdziesz na plus. — Powiedział szef już z większym entuzjazmem niż na początku. Henryk tylko się skulił i chrząknął.
— Jesteś mi coś winien.
— Chcę z tym skończyć.
— Teraz musieliśmy za ciebie sprzątać.
— Szantaż, tak?
— Chcesz się nawracać, proszę bardzo, ale najpierw naucz się podejmować decyzje na własną odpowiedzialność.
— Skończyłem z tym. Nie chcę już okradać.
— Przestań mi tu chrzanić. Ja mogę z tobą skończyć i wyjawić co nieco policji. — Syknął kierownik.
— A od kiedy to jesteś po niebieskiej stronie?
— Jak trzeba to jestem… dla ciebie i twojej głupoty.
— Najpierw musiałbyś ten chlew wyprostować. Te lewe faktury i umowy. — Roześmiał się Henryk.
— A skąd wiesz, że tego nie zrobiłem?
— Najszybciej byłoby zlikwidować ten cały warsztat.
— Można i ciebie zlikwidować.
— Ucieknę i mnie nie znajdziesz.
— Uciekniesz do innej historii, wymyślisz sobie wspomnienia i nazwisko, ale ja i tak jestem twoją najgłębszą studnią wspomnień, a w niej policja można znaleźć wiele.
— Dobra nie nudź już. Naoglądałeś się kryminałów i teraz puszczasz te gadki, kiedy to ma być?
— Już jutro. Tu masz plan. — Przekazał kopertę, a Henryk ją od razu schował za poły płaszcza.
Kierownik popatrzył na niego i zapytał w końcu.
— Jak mała ma być ta pożyczka?
— Daj mi stówę i znikam.
— Stówa i już? — Zapytał podejrzliwie kierownik.
— Czy ja się jąkam? — Kierownik się zaśmiał i wyjął z kieszeni kilka banknotów.
— Masz tu pięćset i kup se lody. I pamiętaj, jutro.
Zniecierpliwiona Celina podeszła w końcu do drzwi od warsztatu, ale nikogo nie zauważyła. Znów jej przemknęła dziwna myśl: „może zwiał tylnym wyjściem?”. Ale właściwie po co miałby uciekać? I co ją to obchodzi. Już mu darowała bilet za te kilka monet. Trzeba przyznać, ze to był bezczelny chłopak, który odważył się ją okraść. Skradł bilet, czy może coś jeszcze? Dotknęła piersi i poczuła gwałtowniejsze uderzenie serca. Westchnęła i odeszła kawałek od warsztatu. Wreszcie wyszedł nieco strapiony, a przynajmniej bardzie smutny niż przed wejściem do warsztatu. Celina pomyślała, że może nie dostał pieniędzy.
— Co się stało. Jesteś niewypłacalny, czy zobaczyłeś ducha?
— W pewnym sensie zostawiłem w tym miejscu dawnego siebie…
— Rety, zabrzmiało poważnie.
— Na szczęście honor uratowany. — Uśmiechnął się i pokazał jej banknot, który od razu wcisnął w jej dłoń.
— To za dużo.
— To za fatygę i stres. — Celina popatrzyła na banknot, a potem na Henryka.
— A może coś chcesz zjeść. — Zaproponowała.
— Póki co twoje tosty w pełni mnie nasyciły. Może pozwiedzamy miasteczko?
— Czemu nie, ale z tymi bagażami?
— Znajdziemy hotel.
— Stać nas? — Zapytała zdziwiona.
— Spokojnie, mam na zapas.
— Ach tak. —Celina jeszcze chwilę mu się przypatrywała, on jednak odwrócił wzrok w kierunku rynku.
— Chodźmy, taka ładna pogoda, a miasto też warte zwiedzania.
— Czy ja wiem? Zwykła dziura. — Roześmiała się Celina
— Jak możesz tak mówić.
— Więc, co zostaniemy tu w hotelu, jeśli w ogóle dostaniemy jakiś pokój…
— Ja na jakiś czas będę musiał cię opuścić. — Wyjaśnił.
— Ach tak, robi się ciekawie. — Podsumowała Celina.
— Dostałem zlecenie i muszę się wyrobić, ale potem wrócę.
— Przecież nie musisz mi się tłumaczyć. Nie jesteśmy małżeństwem.
— No tak. — Odparł zawstydzony.
— To co, idziemy do tego hotelu?
Napotkany jegomość w kapeluszu wskazał im na zieloną kamienicę, gdzie właśnie znajdował się hotel. Z radością się tam udali, wiedząc, że przynajmniej nie muszą długo błądzić. Ale oczywiście hotel w rynku miał swoją wartość i gdy tylko usłyszeli, ile mają zapłacić za dwie doby hotelowe zupełnie spochmurnieli, ale De Conte wreszcie sprawdziła swoją sakwę i wyłożyła pieniądze na blat. Henryk próbował oponować, ale ona znów powiedziała to samo, co w kwestii biletu. Wreszcie dokonali formalności i weszli na pierwsze piętro, gdzie ze względów ekonomicznych zajęli jednołóżkowy pokoik.
— Nareszcie! I jak schludnie. — Ucieszyła się Celina.
— Czyżby znów wracał snobizm? — Zapytał złośliwie Henryk. De Conte rzuciła w niego poduszką i poszła do łazienki trochę się odświeżyć. Henryk usiadł na fotelu z podnóżkiem i zamknął oczy. Nie miał głowy do konwenansów i do tej dziwnej sytuacji, w której teraz się znajdował, że niby w jednym pokoju z przypadkowo poznaną dziewczyną. Teraz musiał się skupić na nowym zadaniu i nie mógł tym razem nawalić. Tak wiele myśli kotłowało się w jego głowie, że w końcu wszystkie się ze sobą zderzyły jak na skrzyżowaniu. Wreszcie poczuł ulgę i usnął.
Celina stała przed lustrem i przemywała twarz. Długo wpatrywała się w swoje odbicie. Wzięła podręczny flakon wody i spryskała nim szyję. Poprawiła włosy, jakby dla kogoś się stroiła, dla siebie, czy dla niego? Gdy tak pochylała się nad umywalką, nagle wypadł z kieszonki bilet kolejowy. Uśmiechnęła się, bo ten świstek papieru rozpoczął w jej życiu jakąś dziwną przygodę. Ale gdy wzięła go do ręki, trochę się zdziwiła, bo był to ten bilet kupiony jeszcze na dworcu i to nie skasowany przez konduktora. Zatem, on wcale nie ukradł biletu? A może go teraz podrzucił. Ale jak? Nie rozumiała tego. Więc może szukał powodu, by się do niej przyczepić. Ale na co liczył? Na pieniądze, romans? Nie to w jej głowie się nie mieściło.
Odłożyło pióro. Wyprostowała się na krześle. Poczuła ulgę, że chociaż kawałek ruszyła z miejsca.

Komentarze
Prześlij komentarz