STILL LIFE

 

STILL LIFE. ZATRZYMANE ŻYCIE

 

 

Co zostaje po człowieku? Jego osiągnięcia, jego rodzina, przyjaciele, którzy tłumnie przyszli go pożegnać i wygłosić te lukrowane mowy pożegnalne (chyba że pogoda będzie nieciekawa). To takie w gruncie rzeczy szczęśliwe pożegnanie, gdy po śmierci jesteś otoczony tymi którzy cię kochali, podziwiali, lubili czy też tolerowali. Ale są też takie pogrzeby, na które nie przychodzi nikt. No może poza jedną osobą (nie licząc księdza). To pan John May (Eddie Marsan). Mężczyzna po czterdziestce w czarnym płaszczu, z czarną aktówką. Jego zadaniem jest doprowadzić sprawę zmarłego do końca. Jest on jak urzędnik i detektyw w jednej osobie. W opuszczonym mieszkaniu, gdzie parę tygodni wcześniej ktoś jeszcze żył, teraz rozgląda się ze smutnym/obojętnym wyrazem twarzy. Odtwarza sobie z pozostałych w mieszkaniu przedmiotów, pamiątek historię zmarłego, o którym nikt nic nie może powiedzieć. Co lubił, co kochał, o czym marzył? To mu się potem przyda, gdy będzie pisał mowę pożegnalną. Szuka jakiś śladów, dokumentów wskazujących, że być może samotny zmarły nie był do końca samotny i nie będzie zapomniany. Chce jeszcze dać nadzieję na godny pochówek z rodziną, która się pofatyguje, aby stanąć nad tym ciemnym dołem, w który zostanie złożona trumna bądź urna z dawno niewidzianym krewnym.

Czasem ktoś się znajduje. Syn, córka, kuzynka. Pan May drąży temat. Kopie, jątrzy. Często się boleśnie przekonuje, że rodzina nie chciała mieć nic wspólnego ze zmarłym i nie przybędą na pogrzeb. No cóż. Nie pierwsi i nie ostatni. Był on już świadkiem wielu zmarnowanych szans na lepsze życie rodzinne. Ciekawe, czy sam czuje, że zmarnował swoje życie, nie mając nikogo bliskiego obok siebie? Zmarnował je, poświęcając tak wiele czasu na załatwianie spraw zmarłych, spraw w sumie tak nieistotnych, bo przecież i tak wszyscy idą do piachu. Ale to jest jego obowiązek a może i sens życia, sprawa honoru. Wciąż go gnębi widok pełnych urn stojących na półce, czekających na godny pochówek. Trzeba dopełnić wszystkich formalności. Jeszcze raz sprawdzić archiwum. Pan May zmierza do kostnicy, potem do krematorium. Wybiera z zarządcą cmentarza odpowiednie miejsce na grób. Najlepiej z jakimś ładnym widokiem na miasto. Odpowiednia mowa pożegnalna, dobór muzyki do ceremonii pogrzebowej. Troszczy się o każdy detal, jakby to był dla niego ktoś bliski. Może i tak jest, że ci wszyscy zmarli są dla niego trochę jak rodzina. Znamienne, że po każdej zamkniętej sprawie, May wyciąga z teczki zmarłego jego zdjęcie i wkleja do swojego opasłego albumu, układając w ten sposób niejako historię swojej „rodziny”, dla której zrobił co mógł i nadal robi: bo o nich pamięta. Ci ludzie ze zdjęć uśmiechają się tak pięknie. Oni przecież też kiedyś byli młodzi, mieli marzenia, pragnienia, kochali. A jednak coś się takiego stało… że odeszli samotnie. I nikt ich nie pożegnał. Jakby nigdy nie istnieli.

Pan May z kamiennym wyrazem twarzy śledzi kolejny pogrzeb, a potem rusza do biura mieszczącego się w piwnicy (odpowiednia lokalizacja dla spraw dotyczących śmierci), by zaznaczyć w dokumentach, że sprawa została zamknięta. Dokonało się. Pan May po wypełnieniu swoich obowiązków rusza dalej. Jego uniwersum to podziemne biuro, cmentarz, krematorium, kostnica i mieszkanie. Cierpliwie czeka na przejściu dla pieszych, a gdy wreszcie zapali się zielone, wzorowo ogląda się na prawo i lewo i rusza na drugi brzeg. Ten drugi brzeg, na który Łódź Charona przenosi dusze zmarłych.

Tym drugim brzegiem dla pana Maya jest teraz mieszkanko urządzone w minimalistycznym stylu Ikea, gdzie dominującym kolorem jest biały. Tutaj sobie spokojnie zjada skromny posiłek: mielonkę z chlebem oraz jabłko. Tak toczy się monotonne życie pana Maya aż do czasu gdy nie wezwie go kierownik, pan Pratchett, by oznajmić mu, że czas na zmiany w biurze. Kierownicy zawsze tak mają, że muszą koniecznie coś zmienić, najlepiej zredukować, zamknąć, by tak zaoszczędzić i pokazać, że panują nad wszystkim. Przyszła pora na biuro naszego głównego bohatera, który po dwudziestu dwóch latach pracy dowiaduje się, że jest zbędny. To oczywiście bolesne, ale może to jakaś szansa, by poza sprawami zmarłych znaleźć sobie w życiu coś ciekawszego. Własne życie? Ale pozostała jeszcze jedna, jak się okaże bardzo wyjątkowa sprawa, którą trzeba zamknąć w ciągu paru dni. Niejeden pracownik, widząc, że jego dni są policzone, dałby sobie już spokój. Ale nie pan May, który za wszelką cenę postanawia odnaleźć rodzinę człowieka, który jak się okazuje był jego sąsiadem. Mieszkał w domu naprzeciwko Maya, a z jego okna było widać okno Johna. Obaj mogli patrzeć na siebie z okien. Czyżby to takie zwierciadło, w którym nagle nasz bohater zobaczył pustkę swojego życia? Umarły Billy był alkoholikiem. Znaleziono go dopiero wtedy, gdy sąsiadom zaczęło śmierdzieć. Wtedy ktoś się zatroszczył i poinformował.  Mieszkanie jeszcze nosi w sobie ten okropny smród, a dookoła stoi pełno butelek po różnorakich trunkach. Billy pił, by się znieczulić i zapomnieć, ale John musi teraz wyłuskać z jego życia parę istotnych faktów. Ma ku temu powody, bo w zapuszczonym mieszkaniu znajduje się album rodzinny, gdzie na zdjęciach może być córka Billy’ego. Gdzie ona teraz jest i jak wygląda? Nie wiadomo. Historia zdjęć urywa się, gdy córka miała kilkanaście lat. Najwyraźniej potem relacja między córką i ojcem się przerwała. Pan May jednak jest wytrwały i rusza w podróż, by zamknąć tą ostatnią sprawę jak należy. Jacyś znajomi od kieliszka, jacyś współpracownicy. Jakieś okruszki informacji, które powoli dają obraz tego człowieka.

Córka Billy’ego, Kelly pracująca w schronisku dla zwierząt przyjmuje wiadomość o śmierci ojca dość obojętnie, dopiero potem do niej dociera ta strata, ta zmarnowana szansa. John w takich chwilach jest także spowiednikiem, który cierpliwie wysłuchuje wyznań rodzin, które próbują sobie jakoś wytłumaczyć, jak doszło do tego, że tamta osoba zmarła w zupełnej samotności. Poruszona kobieta zaprasza urzędnika do swojego domu, gdzie w oczy od razu rzuca się taki sam fotel jak w mieszkaniu Billy’ego. Fotel bez jednej nogi, którą zastępują nieczytane już grube tomiszcza. Jaki ojciec, taka córka. Oby tylko biedna dziewczyna nie popadła w taki sam nałóg jak jej ojciec. Wielkim sukcesem Johna jest to, że Kelly postanawia wziąć udział w pogrzebie ojca. Gdy John z wielką pasją przedstawia jej jak pogrzeb Billy’ego będzie wyglądał i gdzie zostanie pochowany, Kelly płacze ze wzruszenia, a może dostrzega też w tym niepozornym urzędniku kogoś bardziej interesującego.

To mógłby być początek pięknej znajomości, a jednak nasz główny bohater nagle dzieli taki sam los, jak jego „klienci”. Raz nie spojrzał na przejściu dla pieszych i…

 

Zostaje pochowany jako ten nieznany, samotny, zapomniany, który poświęcił całe swoje życie na dokończenie spraw umarłych. Co za okrutna ironia, żeby nie dać szansy temu skromnemu człowiekowi na odrobinę szczęścia tu, na ziemi.

 

Piękne, minimalistyczne, refleksyjne kino w reżyserii Umberto Pasoliniego. To właściwie drugi film tego włoskiego reżysera, tworzącego głównie w Londynie, który debiutował w 2008 roku filmem „Machan”. Jeszcze wcześniej stał za produkcją komedii „Goło i wesoło”. W branży filmowej zaczynał jako dokumentalista odpowiedzialny za lokacje zdjęciowe i tą chłodną dokumentalność z życia urzędnika widać w „Still life”. A ze słonecznych Włoch do sennego Londynu Pasolini przyjechał na studia ekonomiczne, by potem pracować przez jakiś czas w bankowości. Londyn jednak pobudził do tego stopnia jego wyobraźnię, że postanowił rozpocząć przygodę z filmem. O ile w filmach „Goło i wesoło” czy „Machan” główni bohaterowie starają się desperacko odmienić swój los, dzięki czemu akcja nabiera tempa, to w „Still life” wydaje się, że pan May jest od początku do końca pogodzony ze swoją nudną egzystencją. Nie protestuje, nie skarży się i żadna Wyższa Instancja nie pomaga mu w poprawie jego sytuacji. Jedynie pod koniec tych trudnych poszukiwań rodziny zmarłego, nagrodą wydaje się być ten uśmiech wzruszonej Kelly. Taki słodki uśmiech kobiety, która mogłaby być tą jedyną. Lubimy w to wierzyć, snuć taką romantyczną naiwną historię, która byłaby zwieńczeniem pustego życia pana Maya. Przez tyle lat żył on cudzymi sprawami i wreszcie mógłby coś zmienić. Ale nie było mu dane. Misja zakończona. Znika jak tajny agent, który nie może z nikim się wiązać. To był tylko moment, iskra szczęścia. A potem koniec.

 

Jakieś wspomnienie. Chociaż.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

BAJKA O POCIĄGU

GREG ZORBA. PIĘKNA KATASTROFA

NIEBO SERIAL HBO