DESTRUKCJA
DESTRUKCJA
NISZCZYĆ I TWO…ŻYĆ DALEJ
W tym ciekawym komediodramacie z Jakem Gyllenhaalem w roli głównej reżyser, Jean Marc-Valee snuje opowieść o Davisie, człowieku, o którym można spokojnie powiedzieć, że osiągnął sukces. Ale na skutek niespodziewanej tragedii musi on przewartościować swoje życie. Niby oczywisty temat w kinie: trauma po śmierci bliskiej osoby i szukanie po omacku nowego punktu zaczepienia, gdy tandetne scenografie pozornego spokoju runęły w gruzach. Ale zawsze jest to ciekawe, jak w tym kryzysie głęboko upadnie bohater, by się odbić od dna. I czy w ogóle się odbije i znajdzie odpowiedź? Dotąd proste, konsumpcyjne, momentami nudne życie staje się teraz labiryntem pełnym metafor, jak wyrwane drzewo, cieknąca lodówka, automat z batonikami czy karuzela, które nie dają spokoju i prowokują do refleksji na temat czasu, sensu istnienia, poszukiwania własnej tożsamości i wreszcie — miłości, która może znów „ukorzenić” wyrwanego bohatera. Te poetyckie elementy zaczepiają wrażliwe struny bohatera-narratora, by uło-żył z nich nową opowieść.
Zatem opowieść czas zacząć
Wyrwane drzewo z korzeniami, którego dotąd nie zauważałeś w drodze do pracy. Nie mogłeś zauważyć. Od rana do wieczora pochłaniały cię liczby i kody, abstrakcyjne wartości przechodzące z jednej tabeli do kolejnej, by w końcu na koncie pojawiły się kolejne zera.
Aż nagle wybija godzina zero. Wypadek samochodowy. Żona, która droczyła się z tobą w samochodzie. Nie żyje. To ona prowadziła. Może to ona także prowadziła w waszym życiu. Odpowiedzialna i otwarta. Nauczycielka. Czy nauczyła cię czegoś ważnego? Na twojej twarzy przemyka wstydliwy uśmiech, który za chwilę zmieni się w płacz opuszczonego dziecka. Dała ci szczęście, a jej ojciec, Phil (Chris Cooper) dał ci pracę w banku. Jak za dotknięciem magicznej różdżki twoje życie zmieniło się na lepsze. Nepotyzm w pełnym wydaniu. Ale w pracy u teścia nie jesteś przypadkowym pionkiem. Znasz się na rzeczy i potrafisz osiągać sukcesy. W pracy jesteś niezwyciężony. W domu… nieobecny. Nie doczekaliście się dzieci. Ty — ciągle zajęty inwestycjami. Ona — oddana pracy z niepełnosprawnymi dziećmi. Ukochana córeczka tatusia, który nie może przeboleć, że jesteś jego zięciem. Pewnie wolałby, żebyś to ty zginął w tym wypadku a nie jego ukochana księżniczka. O tak, Chris Cooper jak żaden inny aktor potrafi grać srogich, szorstkich, twardych ojców. Gdyby nie Robert De Niro, to on mógłby spokojnie zagrać partię tatusia w filmie „Poznaj mojego ojca”. Warto tu wspomnieć, że to nie pierwsze spotkanie Jake’ a Gyllenhaala i Chrisa Coopera. Wcześniej zagrali razem w filmie „Dosięgnąć kosmosu”, gdzie również pokazali niełatwą relację między twardym ojcem górnikiem i synem, marzycielem-naukowcem.
Ale mam wrażenie, że w tym wątku utraty dziecka i niepełnosprawności podopiecznych, żony Davisa, odbija się też bolesny fragment z życia samego Coopera. W 2005 roku stracił on swojego jedynego, syna, Jessa, chorującego na porażenie mózgowe. Razem z żoną, Marianne do dziś udzielają się w różnych charytatywnych projektach, pomagających osobom z niepełnosprawnościami i ich rodzinom Tu, w filmie również zdruzgotany po śmierci córki, ojciec chce powołać fundusz jej imienia, wspierający utalentowanych studentów, na co musi wyrazić zgodę mąż zmarłej, by tak udostępnić jej polisę ubezpieczeniową. Jednak Davis przeżywa dziwną karuzelę nastrojów, gdzie przeszłość i teraźniejszość ciągle się ze sobą mieszają. A to także dezorientuje nas – widzów. Bo już nie wiemy, czy oglądamy wspomnienia bohatera, jego fantazje czy może obecną chwilę. A ta w końcu zaczyna coraz bardziej drażnić Davisa, który próbuje jakoś wypełnić pustkę po śmierci żony. To, co wcześniej mijał bez zastanowienia w tym pędzie do pracy i coraz lepszych wyników, zaczyna coraz bardziej zajmować jego myśli. Jakby teraz zmieniał się w dziecko, które co chwila zachwyca się tym lub tamtym, smakuje, kontempluje te drobne detale rzeczywistości i wciąż pyta „jak to działa?”. Na przykład lodówka? Żona skarżyła się, że ostatnio cieknie. Teraz słyszysz wyraźnie w pustym domu ten irytujący dźwięk. Cieknie. Czas się topi, czas płynie, wysycha, znika…
Nic już nie da się zamrozić.
Twoje łzy
I rozwalona lodówka, w której chciałeś sprawdzić, jak to wszystko działa.
Porozrzucane zabawki
Chłopiec, który był zbyt ciekawy
Wyrwane drzewo z korzeniami. Czy to jakaś metafora? Świat jest pełen metafor, znaków, przekazów, odpowiedzi. Wystarczy ustawić antenę, wsłuchać się w eter, wyostrzyć wzrok, wyostrzyć słuch. Między tymi kanałami, falami, gąszczem rozmów trafiasz na ten a nie inny fragment, który dziwnie pasuje do twojej obecnej sytuacji. Przypadek? Koło fortuny? Czy może… Nagle widzisz wszystko inaczej, jak poeta, który łączy poszczególne metafory w nowe znaczenia, przerzuca kolejne mosty nad przepaściami, by połączyć utracone brzegi spóźnionych wyznań.
Nagle zwykły (jak zwykle) zepsuty automat ze słodyczami w szpitalu zyskuje jakieś nowe znaczenie. Czemu akurat o nim myślisz, kiedy przed chwilą zmarła twoja żona? Straciłeś żonę i straciłeś drobne w tym cholernym automacie, który nie wydał ci słodyczy. Kolejna metafora? Czyli że tak wiele dałeś z siebie, a życie nie odpłaciło ci pięknym za nadobne? Jak to było? „Życie jest jak pudełko czekoladek…” tym razem była tylko gorycz. Ale już nie wiesz, co jest bardziej przerażające — jej śmierć, czy może twoja obojętność po jej stracie. Czy ją kochałeś? Nie wiesz. Poczekalnia w szpitalu. Parę osób z opatrunkami. Wszyscy zagubieni i smutni, jak przypadkowi turyści, którzy ukryli się w kinie przed wielką ulewą. Ale ten seans przyniesie niejednemu łzy.
Pusty dom. Cisza, potęgująca to okropne pytanie „co dalej?”. Zepsuta lodówka. Cieknący czas, który coraz bardziej dręczy, nawet gdy jest wypełniony tymi wszystkimi pustymi rytuałami. I nagle zaczynasz myśleć o tym cholernym automacie, który nie wydał ci słodyczy i należnej reszty. Dziwny wyjątek w tej konsumenckiej rzeczywistości, gdzie płacąc, zawsze dostawałeś nagrodę. Znak, impuls, który powoduje, że wyciągasz kartkę i zaczynasz pisać. Reklamację na psujący się automat i psujące się życie tak jak ten chłopczyk piszący list do pana Boga. Pozornie prosty gatunek literacki, jakim jest skarga konsumenta, staje się dla ciebie dziwną okazją, by zrewidować swoje życie. Rozbrajająca szczerość jak z wierszy Bukowskiego, z którą przyznajesz się do różnych wpadek, jest niczym list w butelce, wysłany na falach twego smutku, który od razu rzuca się w oczy znudzonej pracownicy działu reklamacji. Dotąd odbierała ona setki podobnie brzmiących skarg. Aż tu nagle coś takiego. Innego. Oczyszczającego. Dla niej. Dla ciebie. Wreszcie ktoś odczytał i zrozumiał twój ból. Żaden psycholog, ksiądz, terapeuta, pracownik telefonu zaufania tylko pracownica działu reklamacji.
Ma na imię Karen Moreno (Naomi Watts) i dzwoni w środku nocy, by zapytać cię, czy wszystko w porządku. To niezwykłe, gdy zupełnie obca osoba przejawia taką empatię. Może to znak, by podążać za jej głosem w ciemnościach i wreszcie odważyć się na spotkanie. Teraz jak nigdy wcześniej doświadczasz niezwykłego zrozumienia. Gdy poznałeś swoją żonę. To była krótka gadka, a potem wylądowaliście w łóżku. A potem droczyliście się i żyliście tak ze sobą. Gdy poznajesz Karen, to wydaje się, że potraficie rozmawiać na każdy temat. Porozumienie dusz. Silniejsze od seksu, na który żadne z was nie ma ochoty. Ty może nie masz nic do stracenia. Ale Karen ma chłopaka, strasznego buca, no i ma przede wszystkim dorastającego syna, dla którego musi być oparciem. Nie może mu zrobić z dnia na dzień kolejnej rewolucji. Musi się uspokoić i zapalić kolejną konopię (To w celach zdrowotnych).
Nastoletni Jack Moreno (Judah Lewis) to taki zgryźliwy, bezczelny chłopak, który jednak w głębi swojej duszy szuka siebie. Wybija głośno rytm na perkusji do piosenki, którą potem ty będziesz słuchał na swoim telefonie, zmierzając do pracy. Chłopak lubi muzykę i rytm, a ty lubisz ostatnio wszystko rozwalać. Dlatego zakupiłeś wielki młot do rozbiórki, by rozbić parę wymuskanych ścian w twoim nudnym domu. Czas pożegnać dawne życie w głośnym stylu. Jeszcze buldożer i traach. To nie przypadek, że właśnie teraz, gdy przeżywasz żałobę po swojej żonie, konfrontujesz się z tym nastolatkiem. Zupełnie tak, jakbyś stanął przed swoim odbiciem, w którym rozpoznajesz zagubionego chłopca. Twoja rozbrajająca szczerość, która tak urzekła Karen, również sprawia, że Jack się przed tobą otwiera. Pod tym gniewnym spojrzeniem ma sporo wątpliwości, którymi nawet nie dzieli się ze swoją matką. Na przykład to, czy jest gejem, czy może zbyt ciekawskim nastolatkiem, który chce spróbować wszystkiego. Wcześniej Jean Marc-Valee pokazał takie zmagania młodego homoseksualisty ze sobą i ze swoim otoczeniem w filmie „C.r.a.z.y.”. Z kolei w filmie „Dzika droga” ruszył wraz z Legalną blondynką Reese Witherspoon w podróż w głąb siebie, by między przeszłością i teraźniejszością wytyczyć odpowiedni szlak. Zmaganie ze sobą i odkrywanie swojej homoseksualnej tożsamości to także nie nowy temat dla odtwórcy głównej roli, Gyllenhaala. Przecież parę lat wcześniej doskonale zgłębił on ten temat, grając żonatego mężczyznę, który wikła się w romans z innym żonatym mężczyzną (Heath Ledger) w głośnej „Tajemnicy Brokeback Mountain”.
Tak, ten angielski tytuł „Brokeback Mountain” — to doskonała metafora sytuacji, którą przeżywa Davis w tyłowej „Destrukcji”. Góra sukcesów zawodowych zmieniła się w cienistą dolinę, w której nastąpił rozłam z dawnym życiem. To przerażające i zarazem wyzwalające, jak człowiek puszcza się wszystkiego, czego się tak kurczowo trzymał przez ostatnie lata i przestaje się przejmować, co o nim powiedzą. Odrywa się od tych bezpiecznych ścian i spada w nieznane, zrywając z siebie dawne maski i pancerze. Wreszcie skupia się na doświadczeniu, by codziennie przeżyć coś innego i ciekawszego.
Swoją nową pasję do rozkręcania i naprawiania różnych przedmiotów, Davis zmienia w cudowny pomysł, by odnowić starą karuzelę, jakie kiedyś królowały w wesołych miasteczkach i dawały tyle radości. I nadal mogą dać wiele radości, na przykład niepełnosprawnym podopiecznym jego żony. Karuzela — doskonała metafora, że to co było końcem, staje się początkiem w tym kole życia i może dać zupełnie nowy sens, jak choćby uśmiech srogiego teścia, który dopiero widząc te wszystkie szczęśliwe dzieciaki, odzyskuje spokój po śmierci swojej córeczki i wreszcie zaczyna doceniać swojego zięcia.

Komentarze
Prześlij komentarz