POWRÓT DO TAMTYCH DNI
Tamte dni. Takie proste i szczęśliwe, gdzieś między huśtawką a trzepakiem, gdzieś między tymi wysokimi blokami, między którymi ustalaliśmy granice naszych królestw, żując z satysfakcją gumę. Zamki budowane ze sztachet i kartonów, miecze tak na szybko zerwane z drzew, by skrzyżowały się w porę i rozpoczęły pojedynki o jedną z koleżanek, która obiecała dać całusa. Tamte dni zapisane na tych czarnych taśmach, odtwarzanych w złotej sepii sentymentalnego słońca.
Tamte dni niesione z wiatrem, gdy czekaliśmy na dziewiczych plażach, widząc już na horyzoncie piękne plastikowe okręty Lego obiecane przez dalekiego wujka z zagranicy. Tamte dni w tych w małych mieszkaniach, gdzie na meblościankach był cały świat. I telewizor i jakiś stary komplet encyklopedii PWN. Codziennie budowaliśmy sobie rzeczywistość od nowa, przekładając klocki tu i tam, bo przecież wciąż było za mało. I nie ten kolor i nie ten rozmiar. Klocek, ubranie, jedzenie, cokolwiek. Ale zawsze można było inaczej. Tak rozwijały się spryt i kreatywność. Aż któregoś dnia wrócił ojciec. I wszystko zadrżało. Koniec świata. Początek świata. Nastał jakiś lęk, niepokój. Coś się takiego stało, że już nic ze sobą się nie składało, tylko dziwnie… trzeszczało. Źle dobrane klocki, jakieś zakłócenia radiowe. Trzeszczy tapczan, na którym jakaś dziwna istota niespokojnie się wierci, przypominając coraz bardziej kogoś z innej planety. Tatusiu! Co ci obcy zrobili z tobą?
Ojciec dawno temu wyruszył ze znienawidzonego czerwonego kraju i zamienił go na niebieskie niebo pełne białych gwiazd, pod którymi już tyle emigrantów pochowało swoje sny. Jak to ironizował Mrożek, opisywał Redliński i wreszcie jak pokazał Zaorski. Szczęśliwego Nowego Jorku. Miło to sobie powtarzać, gdy codziennie chwyta się mopa i przeciera te brudne pasaże, po których chodzą ci uśmiechnięci Amerykanie. Ale nie ważne. Było się za Oceanem i można się pochwalić synowi, sąsiadom. Trzeba robić wokół siebie legendę, to zawsze otwiera drzwi do czegoś nowego.
Ojciec wrócił z Ameryki jak Kolumb, który właśnie przywiózł zdobyte trofea z ziemi obiecanej. Te wielkie walizki, te zabawki, gadżety, płyty, mity! I ta czerwona sukienka dla mamy jak na jakąś premierę filmową. Mama przecież jest aktorką. Trudno powiedzieć, czy teraz to wzruszenie to jej gra, czy to tak naprawdę? Wszystko tak pięknie jak w jakiejś sztucznej telenoweli. Te piękne, nowe ubrania, ta czerwona sukienka. Ojciec wprawdzie nie znosił komunizmu i czerwonych, ale kobieta w czerwieni to co innego. „Lady in red” delikatnie płynie ze starych głośników, podczas gdy tata bierze w ramiona mamę, jakby byli na pierwszej randce. Ojciec jak Święty Mikołaj. Rozdaje radość i prezenty naokoło. Nic nie może stać się złego. Ten telewizor też trzeba wymienić, by zobaczyć rzeczywistość w lepszej jakości. A może kiedyś będzie komputer! W Ameryce człowiek nauczyć ma…rzyć. Teraz niech realizuje po kolei te konsumenckie sny. Atari. Amiga. Może jakieś gry, a potem coś bardziej zaawansowanego. O tak! Ten cichy kolega, prymus w klasie już stuka w klawiaturę. Programuje to i tamto. Ale czy można przeprogramować ojca alkoholika, żeby nie pił? Komputer milczy jak w tej wymownej scenie w Dekalogu I. A ktoś inny na komputerze stuka te smutne wspomnienia o tamtych dziwnych czasach. Ojciec otworzył jakieś zapomniane wrota do tego kolorowego świata, którym jeszcze mocno się zachłyśniemy za kilkanaście lat.
Ale i tak ojciec był bohaterem. Wrócił z wielkiego świata. Triumfował. Przez chwilę. Nie potrafił utrzymać równowagi. Zamiast mówić do mikrofonu, jak to kiedyś robił z taką pasją, teraz mówił więcej do butelki, w której zostawiał te smutne wiadomości. Może wyciągał duchy z tych butelek? Gdy chuchał, to pokój cały był wypełnionymi tymi duchami. Płakaliśmy i się baliśmy z mamą. Już to przerabialiśmy. Potem ojciec wyjechał. I wydawało się, że może to było jakieś lekarstwo. Dla niego. Dla nas. Urlop rozłąkowy. Ale nie. Mama jako aktorka jeszcze nie daje tego po sobie poznać, ale to już czuć. Jest coraz gorzej. Te łzy rozmywające makijaż. Ta kukiełka z teatru z opuszczoną głową, której rączki i nóżki przywiązane są do sznurków. Taki jest nałóg. Obezwładnia całkiem. Wstrząsa tą kukłą, rzuca gdzieś na dno, a potem znów stawia na baczność. Chwila nadziei, że coś się zmieni. To pusty rym. Znowu trzeba biec do sklepu po flaszkę. Kto pierwszy ten lepszy. To wyścig. Nie ma zmiłuj. Uwaga, żeby nie dzwoniło za bardzo szkło. Sąsiadka w windzie coś podejrzewa. A zresztą. Tu i tak wszyscy wiedzą. Tylko najtrudniej przyznać się przed samym sobą. Ktoś po pijaku wysikał się w windzie. Czy to nasz drogi tatuś?
Wiedziałem, że muszę być tym silnym, gdy rodzice tak łatwo się załamują. Wiedziałem, że muszę uparcie budować sobie ten inny świat z klocków, codziennie cegiełka po cegiełce. Aż przyjdzie i uderzy. Piorun złości. I znów od początku. Klocek do klocka aż tym razem przyjdzie prawdziwy potop… alkoholowy i trzeba będzie uciekać na tej chybotliwej arce wraz z mamą. A tata?
Gdzieś zostanie.
Wyrzucony na brzeg. Wypalony przez kaca i zmoczony przez napierający ocean procentów.
Jakieś takie niemowlę niewinne, śpiące, jakiś bękart wstydu. Coś co dawno temu wypluł wielki wieloryb. Jakiś odpad, strzęp kogoś, kogo znaliśmy i kogo uparcie nazywamy… Tatą.
Filmy o alkoholikach to zawsze wyzwanie. Widzieliśmy to już w „Pętli”, „Żółtym szaliku”, „Tylko strachu”, „Pod mocnym aniołem”. Można dramatycznie, można trochę śmiesznie. Tyle że tam kamera właściwie cały czas była skierowana na osobę uzależnioną. A co z otoczeniem? Jacyś życiowi doradcy, ewentualnie odrzuceni bliscy. Ale to dalszy plan. W „Powrocie do tamtych dni” widzimy wszystko z perspektywy dorastającego chłopaka, który jednocześnie mierzy się z uzależnieniem ojca, wstydem, pierwszą miłością, problemami z nauką i zachwianą przyjaźnią z kumplami. To naprawdę dużo jak na nastolatka. Coś podobnego widzieliśmy już „Kochankach mojej mamy”. Heroizm miesza się tu ze strachem, jak utrzymać swoją rodzinę w ryzach, gdy to głowa rodziny przynosi jej największy wstyd, zataczając się pijany po ulicach, gdzie każdy wie o wszystkim.
Tu gdzieś w pamięci nakłada mi się klisza z filmem „Wszystko będzie dobrze”, gdzie również młody bohater straciwszy już ojca alkoholika, próbuje ratować śmiertelnie chorą matkę. Ale ratuje ją przez zaklinanie rzeczywistości. Wymyśla sobie, że pobiegnie na Jasną Górę, by wyprosić u Najświętszej Panienki zdrowie dla mamy. Pomaga mu w tym jego trener alkoholik, który próbuje zerwać z nałogiem. Tak więc uparty chłopiec próbując ratować matkę, ratuje także swojego trenera alkoholika. A wszystko to dzieje się w Drodze, gdy wraz ze zmieniającymi się widokami, ewoluują charaktery od bohaterów po ofiary.
Ojciec, który przez tyle lat był bohaterem dla swojego syna, który naprawiał to lub tamto i kupował drogie prezenty, teraz staje się problemem, powodem do wstydu. Syn czuje się w obowiązku, by chronić ojca przed nim samym, gdy znów będą plotkować: Ooo to ten pijak z naszego bloku. A to jego syn. Syn pijaka.
Tym synem tak naprawdę był reżyser, Konrad Aksinowicz, który zapewne wierząc w terapeutyczną moc kina, postanowił przy pomocy zbliżenia i oddalenia w kadrze rozliczyć się z trudnym dzieciństwem, przypadającym na przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. No właśnie, poza tą przejmującą historią dziecka, które mierzy się z alkoholizmem rodzica, jest tu także pokazana historia naszego kraju, który wchodzi w nowy ekscytujący rozdział. Nowe biznesy, handel, nowy styl życia, nowobogactwo na glinianych nogach. Jeszcze te niedopasowane ubrania, stare samochody, meblościanki, Pewexy, gdzie tak pięknie wyglądają te historyczne zestawy Lego sprzed trzydziestu paru lat. (Legendarny statek piratów „Black seas barracuda” z 1989 roku, który do dziś jest takim świętym Graalem dla fanatyków Lego czy Forest people). Wciąż mnie intryguje, skąd oni wzięli te zestawy, zachowane w tak dobrej kondycji. Ekipa odpowiedzialna za scenografie i kostiumy wykonała tu naprawdę imponującą pracę, by oddać klimat tamtych czasów, nie tak przecież odległych ale jakże specyficznych.
A obsada? Oczywiście na pierwszym planie Maciej Stuhr. To już inny Stuhr niż ten z przed dwudziestu paru lat, kiedy bawił nas w „Fuksie”, Chłopakach nie płaczą”, „Poranku kojota”, czy w kabarecie Pożarcie. Aktor o chłopięcej urodzie próbujący zerwać z etykietą „syna Jerzego Stuhra”. Nie chodzi tu oczywiście tylko o zmianę fizyczną, ale też mentalną, o aktorskie wybory: jakie role, jacy bohaterowie. Przez te wszystkie lata widać, jak ewoluował od komika po aktora grającego coraz bardziej skomplikowane charaktery. Podobnie zresztą jak Weronika Książkiewicz (zmagająca się z etykietą zbyt pięknej), grająca tu cierpliwą, doświadczoną żonę, która z chłodnym spokojem przygotowuje kolejną strategię radzenia sobie z alkoholizmem męża. Ale to młody aktor, Teodor Koziar i jego bohater najbardziej przyciągają uwagę. Bo to przecież z perspektywy tego młodego człowieka widzimy, co się dzieje w jego domu. Cichy, spokojny, wrażliwy chłopak, który w końcu budzi w sobie herosa, niosącego brzemię choroby ojca.
Może ten film to także dla Aksinowicza podróż w czasie, w której zawsze jest nadzieja, aby uratować ojca, któremu był dedykowany ten film. Zawsze można cofnąć kasetę video i zobaczyć tatę w lepszym nastroju, a co ważne —trzeźwego. Potem szybkie przewinięcie na koniec filmu. I ulga, że po wszystkim. Tej powodzi nie było. Spokój.
Gdziekolwiek jesteś Tato
Płyń po suchym.
Komentarze
Prześlij komentarz